zależy kto liczy

      Prawdę mówiąc, jesteśmy skazani na wiadomości z drugiej, trzeciej ręki. Nawet w kwestiach tak absorbujących i globalnie ważnych, jak wojna i wszelkie konflikty. Jedno państwo napada na drugie i zaczyna się podawanie liczb: jedna strona podaje, że zginęło tylu i tylu, a druga uściśla, to znaczy albo liczbę pomniejsza, albo zwiększa. Zależy, którą wersję "opłaca się" sprzedać miliardom odbiorców w świecie. 

      Otwieram na laptopie komentarz do trwającej wojny na Bliskim Wschodzie. Pisze ktoś, że obecnie Izrael prowadzi dwie wojny. Jedną z Iranem, drugą w Libanie. I jest to prawda. Prawda z pewnego punktu widzenia. A może raczej siedzenia. Zależy, gdzie znajduje się perspektywa i jak zdefiniujemy wojnę. Bo akcja na w Strefie Gazy wciąż trwa. Czy to nie jest wojna? 1 marca Izrael zamknął wszystkie przejścia do Strefy Gazy dla pomocy humanitarnej. W zasadzie zwyczajnie zamknął się wokół ścisły kordon. Nikt nie wjedzie, nikt nie wyjedzie. A ludziom brakuje wody, nie ma prądu, nadal panuje głód. Więc owszem, nie spadają bomby, ale czy to nie jest wojna i w ogólnej liczbie się nie liczy? 

      Według Clausewitza wojna to kontynuacja polityki prowadzona innymi środkami. I owszem, najczęściej przybiera formę gwałtownej akcji zbrojnej, ale wszelkie działania mające za cel przymus wobec wroga i zmuszenie go do określonego działania jest działaniem wojennym. To może być także odcięcie dopływu prądu, żywności, skazanie na głód, uniemożliwienie działania lekarzom, szpitalom; wszystko, co przyspieszy pogrążenie się w chaosie, niemocy i powolnym wymieraniu. 

      A dzisiaj szczególnej roli nabiera umiejętność szerzenia dezinformacji. Chcielibyśmy mieć dostęp do informacji rzetelnych, ale - nie łudźmy się! - takich informacji po prostu nie ma. Wszyscy maja swój punkt widzenia. Nawet matematyka, ta królowa nauk, nie pomoże. Save the Children informowała w październiku ubiegłego roku, z w ciągu dwóch lat wojny w Strefie Gazy zginęło 20 tysięcy dzieci.  Oczywiście władze Izraela nigdy tego nie potwierdziły, a retoryka wojenna służy uzasadnieniu wojny z Hamasem. Z kolei lekarze, świadkowie niosący pomoc humanitarną mówią o niedoszacowaniu tej liczby.  Prawdy raczej się nie dowiemy. 

       Teraz zaś trwa liczenie bomb: ile spadło na Teheran, ile na Bejrut, ile w Dubaju, ile w Katarze, a ile na amerykańskie bazy wojskowe. Ci, którzy zrzucają, chwalą, ile zrzucili; ci, którzy się bronią, podają liczby, ile rakiet zneutralizowali, ile przechwycono dronów. Pojawiają się nagrania, na żywo obserwujemy działania.  Ogrom informacji i świadectw filmowych stwarza złudzenie, że prawie tam jesteśmy i mamy pojęcie o skali wydarzeń. Nie mamy jednak żadnego. Każde nagranie ukazuje tylko jedno zdarzenie, jedno na setki, tysiące. Nadal nie da nam to wglądu w całość sytuacji. Ani w jej wymiar liczbowy. Jeśli ktoś chciałby tym karmić swój racjonalizm - polegnie od nadmiaru szczegółów, których nie da się ogarnąć, przetrawić, zsumować. 

      Jesteśmy skazani na wiadomości z drugiej, trzeciej ręki. To jak w tych relacjach z Dubaju polskich celebrytów i innych jakichś ludzi, którzy akurat w dzień ataku na Iran postanowili się tam udać na wycieczkę. Jedni relacjonują strach i przerażenie, inni uspokajają, że wszystko jest ok, bezpiecznie i normalnie się żyje. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. jedni czekają na rządowy samolot, który ich zabierze do Polski, inni wsiadają w samochód i jadą do Rijadu (swoją eskapadę opisała Anita Włodarczyk), aby stamtąd szukać dalej drogi ewakuacji. Ale to już temat na inną dyskusję. 

      

      

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

zależy kto liczy

      Prawdę mówiąc, jesteśmy skazani na wiadomości z drugiej, trzeciej ręki. Nawet w kwestiach tak absorbujących i globalnie ważnych, jak w...