front

      Wybuchło 5 maja, we wtorek, po godzinie 15:00. Stan na dzisiaj (7 maja) rano: czoło frontu ma 800 m szerokości, pole bitwy aktualnie obejmuje 500 ha. Teren: Puszcza Solska na Roztoczu, Nadleśnictwo Józefów. Wojna trwa trzeci dzień. Bierze w niej udział ponad 450 strażaków z całej Polski, ponad 100 jednostek, kompania gaśnicza SMOK z Małopolski, wyspecjalizowane kompanie GFFF z podkarpackiego, warmińsko-mazurskiego, łódzkiego, co najmniej dziewięć samolotów gaśniczych, w tym dwa śmigłowce Black Hawk. Każdorazowo taki śmigłowiec może podnieść w specjalnej gondoli 3 tysiące litrów wody. 



                                 Fot. Krzysztof Pisz, Państwowa Straż Pożarna

     Pierwszego dnia pożaru - we wtorek 5 maja w akcji gaśniczej zginął pilot lecący dromaderem. Maszyna straciła wysokość i roztrzaskała się o ziemię. 


     Walka trwa już ponad 40 godzin. Pisano, że dwóch czy trzech strażaków z wycieńczenia zasłabło, dwóch podtruło się dymem. Z pobliskiego Józefowa ewakuowano przytulisko dla zwierząt. Dym pożaru jest widoczny z daleka, z odległości kilkudziesięciu kilometrów: z Zamościa i Biłgoraja. W Biłgoraju cały czas słychać sygnały jadących straży pożarnych. Latają samoloty i helikoptery gaśnicze.




    Mieszkańcy okolicznych miejscowości organizują zbiórki wody pitnej i pożywienia dla strażaków walczących z ogniem. Dary zbierane są między innymi w Józefowie, Hamerni, Zwierzyńcu, Korytkowie Dużym, Biłgoraju, Gromadzie, Tarnogrodzie. Panie z kół gospodyń wiejskich dostarczają strażakom kanapki. 


     Ciężki sprzęt wspomaga otoczenie centrum ognia przed rozprzestrzenianiem się. Harwestery ścinają drzewa, żeby ogień nie przenosił się koronami, co miało miejsce w czasie porywistego wiatru. Tak zwany pożar wierzchołkowy jest najtrudniejszy do powstrzymania, bo wiatr przenosi iskry i płonące skrawki coraz dalej. W momentach ustawania wiatru pożar szedł poszyciem, a z wiatrem wznosił się na wierzchołki drzew. Obecny stan wilgotności poszycia leśnego na Lubelszczyźnie wynosi poniżej 10%. 

PS Z ostatniej chwili Jeden z portali podaje, że spłonąć mogło ok. 750 ha lasów państwowych i ok. 200 ha lasów prywatnych. Straty w populacji zwierząt nie do oszacowania. 

DOPISEK 9 maja
Z tego, co doczytałam, w sumie w akcji brało udział ponad tysiąc osób: strażaków, wojska, policji, leśników, pilotów.  Zapowiadany i bardzo wyczekiwany deszcz zaczął padać w czwartek rano, pomagając opanować ogień.  Gdyby nie deszcz, chwilami dosyć intensywny, mogłoby być naprawdę źle. Pożar podchodził blisko obrzeży Józefowa. Dym zalegał nad całym miasteczkiem, na ulicach nie dało się oddychać. Nie wiem, na jakich ostatecznie liczbach stanęło, ale w pewnym momencie podawano, że z samolotów zrzucono ok. 600 ton wody. Od czwartku do dzisiaj jest pochmurno i deszczowo, trwa dogaszanie zarzewi ukrytych w torfowisku, w poszyciu bagiennym. Dyrektor Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych w Lublinie we wczorajszym wywiadzie powiedział, że zasięg i straty mogą być porównywalne z ubiegłorocznym pożarem w dolinie Biebrzy. 

wolność

     Wielokrotnie aresztowany i od 2021 roku już stale przetrzymywany, a następnie w 2023 skazany na 8 lat więzienia o zaostrzonym rygorze Andrzej Poczobut został przez reżim Łukaszenki uwolniony 28 kwietnia w ramach wymiany więźniów. Od maraca 2021 roku, gdy Poczobut został ostatni raz aresztowany, minęło pięć lat. Na warszawskim plakacie z jego podobizną zapisano - 1911 dni. Spędził ten czas w izolacji od bliskich, od świata zewnętrznego, często skazywany na pobyt w karcerze. Podobno chorował, podobno nie miał dostępu do lekarza. Zdjęcia sprzed aresztowania i obecne pokazują ogromną zmianę w wyglądzie. Urodził się w 1973 roku, ma 53 lata, a jak wygląda obecnie, można było zobaczyć, gdy odbierał dzisiaj Order Orła Białego - na jakieś 70 lat. Pięć lat białoruskiego więzienia postarzało go o jakieś 20 lat. Fizycznie. Duchowi nadal, jak twierdzi, nie pozwoli zgnuśnieć. 

Andrzej Poczobut zrobił sobie zdjęcie ze swoją podobizną sprzed aresztowania na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie, zdjęcie z portalu X

      W uwolnienie Poczobuta zaangażowane były służby dyplomatyczne kilku krajów: poza Polską, także USA, Rumunii i Mołdawii. Wymiana więźniów miała charakter międzynarodowy: pięciu na pięciu. Trzech więźniów wydała Polska, dwóch Mołdawia, w zamian za pięciu więźniów zza wschodniej granicy. O wszystkich szczegółach zapewne nigdy się nie dowiemy. 
       
      Przez półtora miesiąca - od mniej więcej 20 marca zdaje się, trwała walka na morzu - walka o uwolnienie humbaka Timmiego. Dwunastometrowy humbak o wadze 15 ton zabłądził. Zamiast na północne wody Atlantyku, wpłynął sobie do Bałtyku. Błąkał się, zaplątywał w sieci i wyplątywał, grzęznął na mieliznach, odholowywano go, a on znowu utknął w pobliżu Timmendorfer Strand. Od nazwy miejscowości nadano mu imię Timmy. Walka toczyła się najpierw pomiędzy władzami, specjalistami od waleni i oceanów, a opinią publiczną. Władze: ratowanie humbaka kosztuje ogrom pieniędzy, to przekracza budżet. Biologowie oceaniczni: ratowanie humbaka mija się z celem, ponieważ on i tak nie ma szans na przeżycie. Skoro uparcie wracana mieliznę, coś z nim nie w porządku, może być chory, najlepsze wyjście to pozwolić mu umrzeć. W Wismarze ludziom się nie podoba, że zostawia się humbaka na powolne umieranie i organizują protest. Wtedy milioner Walter Gunz wykłada pieniądze na akcję ratunkową. Humbaka umieszcza się w specjalnej zanurzonej w wodzie barce i transportuje na Morze Północne. Operacja monitorowana przez biologów, lekarzy, techników, specjalistyczne ekipy transmitowana jest na cały świat. Transmisję oglądają miliony, na jednym ze streamów pojawiła się liczba półtora miliona obserwujących. Humbak zostaje wypuszczony w sobotę rano 2 maja. Założono mu GPS, żeby śledzić jego ruchy i dalsza podróż. Sygnał to się pojawia, to zanika. Biolodzy oceaniczni nie dają mu żadnych szans, że humbak przeżyje. Półtora miesiąca na mieliźnie, bez pokarmu, bez możliwości aktywnego poruszania się, bez głębokiego zanurzenia, które jest niezbędne do prawidłowej pracy serca i mięśni,  osłabiły go zbyt mocno, doprowadziły do atrofii mięśni. Na razie po wypłynięciu z barki wziął ze dwa, trzy oddechy, wypuścił fontannę z otworu na głowie i zanurzając się, odpłynął. News o tym zamieściło wiele stacji telewizyjnych i portali informacyjnych. Cała akcja kosztowała podobno milion dolarów. 


kto idzie, kto jedzie

     Jak na święto pracy przystało, powinno się świętować poprzez dobrą, rzetelną pracę. Ale jest dzień wolny od pracy - przynajmniej tej instytucjonalnej, zawodowej - i się leniuchuje. Mimo wszystko zastanawiam się, czy mogę dzisiaj włączyć kosiarkę? A nuż mnie sąsiad opieprzy, że on chce odpocząć po całym tygodniu pracy? Jednak sąsiadów mam gospodarskich, czyli rolniczych, więc tutaj wolnego od pracy nie ma, a dzień zaczyna się wczesnym rankiem. Wiosna - czas orki, zasiewów, nawożenia, kultywacji... zależy, co kto ma na polu. I w obejściu: kury, krowy, świnie, gęsi, kaczki... Są też hodowcy gołębi. Zwierzę nie świętuje, tylko chce jeść. 

     Chyba jednak trochę świętują, bo w sąsiedniej parafii odpust na św. Józefa Rzemieślnika. Z tej okazji od lat przez moją wieś idzie męska pielgrzymka z miasta. Wyszli o piątej rano, a pogodę mamy, jaką mamy. Dzisiaj 0 stopni, wczoraj był przymrozek -5 stopni! Maszerują od rana i przystanek mają po drodze w tutejszym kościele parafialnym. Koło Gospodyń Wiejskich przygotowało ciepłe napoje i poczęstunek. 180 chłopa nakarmić, to nie lada wyczyn. Poszli dalej. Ci majówkę rozpoczęli wcześnie i na piechotę.

     Gorzej z wyjazdami. Tutaj na wsi w dni wolne i świąteczne nic nie jeździ. Gdy się nie ma własnego samochodu, żadne majówkowe wyjazdy nie wchodzą w grę. Więc siedzę na miejscu i pozostaje mi świętować dzień pracy - jak przystało na nazwę - codzienną pracą. Jakieś uroczystości, jakieś manifestacje, jakieś pikniki, jakieś przemowy, jakieś koncerty - to wszystko jest dla miastowych. Gdzieś czytałam o planach rozdawania flag Unii Europejskiej na uczczenie naszego wejścia do UE. Gdzie indziej ma się odbyć wiec i składanie kwiatów pod pomnikami działaczy lewicowych. Pamiętam z czasów PRL, jak przymusowo kazano nam maszerować na pierwszomajowe wiece i pochody. Mieszkałam w internacie, więc najpierw wychowawcy zabierali nas z internatu i szliśmy całą grupą na główny plac, gdzie miały się odbyć uroczystości. Oczywiście do domu na 1 maja pojechać nie było nam wolno. Ale jakoś tak zawsze udawało mi się po drodze, zanim doszliśmy do centrum, skręcić w bok, między domki, uliczki, koło parku i zniknąć. Nigdy na ten główny plac nie dotarłam i nie wiem, co działo się dalej. Poszwendałam się po mieście trochę i wracałam do internatu po trzech, czterech godzinach. Nikt się nie czepiał. 

      Odzywają się znajomi z dalekiego i wielkiego miasta, że wybierają się na majówkę w moje okolice. Koniecznie, ale to koniecznie muszą odpocząć, zresetować się i chcą wpaść, odetchnąć świeżym powietrzem. Interesuje ich czy są już jakiś naturalne plony z ogrodu, czy są świeże jajka. Owszem, są. Ale zaraz, jak to ma być? Oni sobie przyjadą na weekendowy odpoczynek, połażą po ogrodzie, porobią zdjęcia z pięknem natury w tle, będą się delektować świeżo zebranym szczypiorkiem, pietruszką, miętą, sałatką z mlecza i pokrzywy, a ja mam to wszystko zorganizować i przygotować? Zadbać o to, żeby nie zgłodnieli i zapewnić inne atrakcje? Rzucić pielenie, rozkładanie folii pod uprawy, przygotowywanie rozsad, podścielenie gniazd dla kwok, okrywanie młodych upraw przed przymrozkami, bo korporacyjne państwo przyjeżdża się zresetować po ciężkiej pracy?  Acha, bo tutaj to nie jest ciężka praca, tylko luz blues wypoczynek cały tydzień. 

        Co to, to nie! W  święto pracy to ja też chcę sobie odpocząć od zajmowania się kimś i przymusowym ogarnianiem chałupy na wysoki połysk, żeby jakoś to wyglądało, bo zaczną zaglądać w każdy kąt i komentować. Sobą też nie chce mi się zajmować po to, żeby się przed miastowymi zaprezentować. Na razie uprawiam abnegację: chodzę w koszuli nocnej i szlafroku - kury i psy nie mają nic przeciwko. Piję trzecią kawę, dzieląc się ciastkiem z ptaszkami. Nie zmywam naczyń i nie robię żadnych sałatek. Nie mam zamiaru ruszać się dokądkolwiek. No bo skoro i tak nie mam jak się stąd wydostać, to na co mi jacyś przyjezdni z miasta? Machania flagami u mnie nie będzie. 

od bażanta do nietoperza

      Idąc rano miedzy polami najczęściej natrafiam na bażanty, zwłaszcza kolorowe samce z długimi ogonami przemykają przez trawy. Samice zapewne wysiadują jaja. Bażanty podchodzą pod same obejścia, potrafią znienacka przebiec zaraz za stodołami. Kolorowa miedzianopomarańczowa połyskująca ogoniasta kula na tle zieleni. 

      W starych drzewach po każdej zimie pojawiają si nowe dziuple. Ich powstawanie rejestruję słuchając kolejnego dzięcioła zawzięcie ostukującego jabłoń. Właściwie dzięciołów kilku. Najczęściej pojawia się dzięcioł duży, ten najpospolitszy o charakterystycznym czarno-białym upierzeniu. Musi mieć naprawdę twardą głowę tak stukać w pień całymi godzinami. Rzadziej pojawia się dzięciołek mały z czerwoną czapeczką. Podczas gdy dzięcioł duży właściwie zamieszkuje na stałe w pobliżu, dzięciołek bywa tylko rzadkim gościem. Absolutną niespodzianką były natomiast odwiedziny dzięcioła zielonego.  Jasnozielonooliwkowe upierzenie skutecznie maskuje go w liściastym środowisku, ale w tej chwili jeszcze liście na drzewach nie są całkowicie rozwinięte. Dlatego mogłam go zlokalizować wysoko na pniu. 

     Ślady obecności dzięciołów  - poza głośnym terkotaniem jakby posługiwał się drzewnym tam-tamem - znajduję na ziemi, koło pni drzew. Nie wiadomo kiedy pod starą jabłonią pojawiła się spora kupka wiórów. Skąd się wzięły? Jakieś cztery do pięciu metrów nad ziemią, w starym konarze widniała sporej wielkości świeża dziupla. Czekałam, kto ją zasiedli. Pojawiał się kandydat, którego wcześniej widziałam w życiu tylko raz - pomarańczowy dudek. To ptak bardzo płochliwy, więc to, że postanowił założyć gniazdo w drzewie rosnącym w przydomowym ogrodzie jest dla mnie zagadką i niespodzianką. Na razie jest zdeterminowany zaadaptować dziuplę po dzięciole na swoje potrzeby. 

      W piwnicy pobudziły się hibernujące motyle. Dopóki nie zobaczyłam na własne oczy, nie wiedziałam, że motyle mogą zimować w domach, właśnie w piwnicy, gdzie ciemno i nieco wilgotno, ale temperatura nie spada poniżej zera. I o dziwo, budzą się na wiosnę i wylatują w świat. Mam tylko jeden gatunek takich zimowych gości - to rusałka pawik. Pawiki pojawiają się w moim ogrodzie jako jedne z najwcześniejszych motyli. Gdy tylko promienie słońca ogrzewają pierwsze kwiaty bratków i pierwiosnków. Na delikatnych miękkich kwiatach pierwiosnków przysiadają ciężkie trzmiele. Taki trzmiel, gdy siądzie na kwiatku, przygina łodygę aż do samej ziemi. Wygląda to dosyć zabawnie. Lubię trzmiele, ponieważ mają... poczucie humoru. Część z nich znajduje sobie niesamowite miejsce na nocleg - kielichy magnolii. Trzmiel siedzący w kielichu do późna wieczór zostaje w nim zamknięty, gdy młody jeszcze kwiat zamyka się na noc. Przykładałam ucho, aby posłuchać jak w środku brzęczy. Później chyba śpią, tak sądzę. 

      Zdaje się, że budzą się już nietoperze. Nie zdaje się, tylko naprawdę się budzą, bo jeden mnie nastraszył i to niemal w środku dnia. Mimo że nietoperze są zwierzętami nocnymi, ten akurat pojawił się w trawie po południu w świetle dnia. Spadł zdezorientowany - skądś przyleciał lotem ślizgowym i usiadł w trawie. Podeszłam zobaczyć czy nic mu nie jest. Jakby odpoczywał z wpół rozłożonymi skrzydłami. Duży. Brązowe futerko. Wygląda na to, że mógł to być nocek duży lub borowiec wielki, bo miał małe uszy, nie takie duże jak gacki. Poderwał się i elegancko mnie omijając kołem - jak widać jego echolokacja działała bez zarzutu - uczepił się drewnianej futryny okna starego stuletniego domu. Na brązowej futrynie prawe nie było go widać. Poza tym okno znajdowało się w cieniu, więc tam chyba postanowił dojść do siebie. Nie podchodziłam bliżej, żeby go nie niepokoić. 

       No i wszędzie kosy żerujące w liściach, trawie. Śpiewające drozdy - jeden upodobał sobie róg dachu na domu i stamtąd co wieczór wyśpiewuje pieśń godową na całe podwórze. Wtóruje mu drugi z dachu szopy u sąsiada. Istny konkurs śpiewaczy. Nie potrzeba radia, telewizji, filharmonii, nie potrzeba kupować biletu - cowieczorny koncert darmowy. 

     Takie to skrzydlate towarzystwo mam. Nie licząc małych ptaszków, którym zrobiłam kąpielisko w starych patelniach ustawionych między rabatami kwiatowymi i na podwyższeniu, na starym stole warsztatowym. Gdy wymieniam lub dolewam wodę,  muszą gdzieś całkiem z bliska mnie obserwować, bo gdy tylko odejdę i ukryję się za drzwiami, już się zlatują i pluskają. 

to się nie opłaca

       Co wygrywa w zderzeniu pięknych idei humanitaryzmu, solidaryzmu społecznego, wspólnotowości, współodpowiedzialności z twardym podejściem materialistycznym nastawionym na zysk? Nie chcę teoretyzować. Po prostu kilka przykładów. Wszystkie cytaty z ogólnodostępnych portali informacyjnych. 

1. 

SLOS to choroba genetyczna, w której organizm nie potrafi produkować cholesterolu – kluczowego składnika dla rozwoju mózgu. Zamiast tego gromadzą się toksyczne substancje, które stopniowo uszkadzają układ nerwowy i inne narządy. Dzieci często nie mówią, nie jedzą samodzielnie, zmagają się z nadwrażliwością sensoryczną i wymagają intensywnej rehabilitacji. - Problem polega jednak na tym, że dzieci z SLO jest bardzo mało. Dla firm farmaceutycznych stworzenie terapii dla tak niewielkiej grupy pacjentów jest po prostu nieopłacalne.

2.

 Inwestycje publiczne powinny być „efektywne, to znaczy [...] generowa[ć] wysokie zyski”.

3.

Właściciel elektrowni węglowej w swoim rachunku kosztów i strat nie uwzględni cierpienia i wydatków na leczenie okolicznych mieszkańców, którzy, wdychając pyły z elektrowni, nabawili się raka.

4. Fragmenty opinii z analizy najnowszego projektu nowelizacji ustawy o publicznym transporcie zbiorowym mającym zlikwidować wykluczenie komunikacyjne.

Wdrożenie proponowanych przepisów nie wpłynie na ograniczenie wykluczenia transportowego, a efekt integracji przy malejącym znaczeniu transportu publicznego będzie symboliczny...

Rezygnacja z linii regularnej na rzecz transportu na żądanie, ponieważ ustawa umożliwia realizowanie usług minimalnych w ten sposób, może paradoksalnie prowadzić do pogorszenia obsługi i wzrostu wykluczenia [...] (ponieważ istnieje) ryzyko zaniżania zgłaszanych potrzeb transportowych po to, żeby uniknąć finansowania wynikającej z nich obsługi.

Inwestycje w tabor, zaplecze techniczne czy systemy IT liczy się dziś w milionach złotych i w horyzoncie znacznie dłuższym niż jedna kadencja samorządu. Trudno oczekiwać, że rynek będzie podejmował takie ryzyko (gdyż) duża część samorządów w Polsce wychodzi z założenia w stylu "po co mamy płacić za co nie musimy"

5.

Działalność twórcza i artystyczna jest dość powszechnie wykonywana w ramach działalności gospodarczej. (...) ustawodawca zrównał artystów z przedsiębiorcami i traktuje sztukę jak towar będący przedmiotem obrotu gospodarczego.

6.

Wydatki na kulturę w Polsce są na tyle niskie, że znajdują się poniżej średniej europejskiej. Poszczególne gminy mierzą się z całą masą problemów finansowych i kolejne konieczne inwestycje skutecznie spychają kulturę na sam koniec kolejki inwestycji. W tej sytuacji inicjatywy artystyczne, społeczne i edukacyjne często uzależnione są od dobrej woli sponsorów, to jest prywatnych osób, firm i instytucji.

ratuj się, kto może

      Armagedon wkrótce. Szykujcie się na ekstremalne warunki. Ludzkość musi się przygotować albo na exodus gdzieś na inną planetę, albo czeka ją zagłada. Ba, nie tylko ludzkość, lecz całą biologiczną formę istnienia. Ja już dzisiaj zaczynam pakować plecak ostatniej szansy. A nuż załapię się na jakiś transport ewakuacyjny? Gdy go oczywiście zorganizują w jakieś miejsce zdatne do życia. Bo na razie nawet najbliższe nam planety są nie do życia. Zresztą, gdy dojdzie do katastrofy, w całym Układzie Słonecznym będzie za blisko. Ale może do tego czasu zamiast zwiedzania Księżyca i oplatania Ziemi pajęczyną satelitów wreszcie uda się znaleźć sposób na długie loty w inne rejony Kosmosu. Gdzieś musi być przecież druga Ziemia. Tutaj długo nie pociągniemy. Zegar tyka i odmierza nam czas do momentu zero. Wtedy przestanie istnieć cokolwiek. Naukowcy z NASA i japońskiego uniwersytetu w Toho obliczyli dokładną datę naszego końca, końca istnienia życia na Ziemi. Nastąpi to za 1 000 002 021 lat. Miliard dwa tysiące dwadzieścia jeden lat - tyle mamy jeszcze czasu. To niewiele. Słońce tak się rozgrzeje, że zostanie po nas tylko popiół. Ja już się pakuję i ustawiam w kolejce do ewakuacji. Na początek rozbiję namiot w pobliżu jakiegoś kosmodromu. Mój dziadek przed wyjściem z domu sprawdzał czy wszystko ma ze sobą: tytoń, hubka, krzesiwo i fajka. Ale to było dawno, może pójdę za pomysłowością MacGyvera: latarka, scyzoryk i taśma izolacyjna. Czasami jeszcze kompas. Ale czy kompas na innej planecie będzie działał? Gang Olsena też umiał sobie radzić w każdej sytuacji: sznurek, agrafka i czasami pies. Nie, z psa zrezygnuję. Czym go wykarmię na obcej planecie? Poza tym armagedon ma objąć całe biologiczne życie, które w palącym słońcu się ugotuje. Być może nie będzie co ratować z całej tej biologii. I po co ja wkuwałam w szkole tę całą systematykę? Przecież na innej planecie nie będzie przydatna. Tylko buty, tak, buty są najważniejsze w każdej wyprawie. Bez dobrych butów nigdzie nie dojdziemy. A więc już mam komplet na wielką ucieczkę. Teraz tylko czekać. 

shane va

      Przez większość życia układamy się ze światem, rzeczywistością, ludźmi. Okoliczności zmuszają do kompromisów. Z różnych powodów nie mówimy tego, co myślimy. Żeby nie urazić, nie zranić, albo dla świętego spokoju, bo nie warto. Czasami powody są bardziej frustrujące: obawa utraty wizerunku, opinii, narażenie się na szykany i niemiłe konsekwencje. Nie powiesz szefowej, że w tej sukience fatalnie wygląda, bo może się to dla ciebie źle skończyć. Koleżance w pracy pewnie też tego nie powiesz, bo obraza gotowa, a przecież jeszcze przyjdzie wam nieraz razem działać przy jakimś projekcie, spotykać się i wypada jakoś zachować poprawne relacje. Nie powiesz przełożonemu, że  plecie głupoty, bo to może oznaczać koniec twojej pracy w tym miejscu. 

      Wychowanie i zasady kultury skutecznie eliminują prostotę i czystość komunikacji. I nie chodzi o to, żeby wyrąbać komuś prosto w oczy, że jest debilem. Chodzi o możliwość i umiejętność komunikowania stanów faktycznych typu: trudno mi się z tobą pracuje, bo wprowadzasz nerwową atmosferę; ten zakup jest nieudany; twoje dzieło nie jest najwyższych lotów (weźcie spróbujcie coś takiego powiedzieć znajomej piszącej wiersze, malującej jakieś obrazy, próbującej zarzucać wszystkich swoimi fotografiami niby artystycznymi czy piszącej opowiadania w przekonaniu, że jest genialna). A jeszcze bardziej chodzi o umiejętność przyjmowania, akceptowania takich zdań przez adresatów. Bo cóż w nich takiego strasznego? Nic, często szczera prawda. 

     Gdy codzienny kompromis głaskania cudzego ego doszczętnie nas wyczerpie, nieraz po wielu latach nadchodzi czas, gdy pojawia się myśl: "Przecież ja już niczego nie muszę". Nie muszę udawać, że coś mi się podoba, jeśli się nie podoba; nie muszę chwalić, gdy nie ma za co; nie muszę się uśmiechać, gdy wcale mi nie do śmiechu; nie muszę się zgadzać, gdy wcale nie mam na to ochoty. Zaobserwować można, że najczęściej ten moment nadchodzi, gdy człowiek przechodzi na emeryturę. Wtedy wiele sytuacji wymuszających kompromisy, ukrywanie prawdziwych emocji i myśli, po prostu znika wraz z odejściem z pracy. Słyszałam też od starszych osób deklaracje: "Jestem już w takim wieku, że nie muszę udawać". Czyli nadchodzi taki moment, gdy nagromadzone doświadczenie życiowe pozwala na otwartość w wyrażaniu siebie. 

     I nie, nie chodzi o krytykowanie wszystkich wokół, dostrzeganie samych wad, mankamentów, wytykanie czegoś, nie w tym rzecz. To zbytnie uproszczenie. Chodzi o prawdę. Jeśli rozmowa z kimś mnie męczy i nuży, mam prawo to powiedzieć. Jeśli czyjaś opowieść mnie nie interesuje, mam prawo to powiedzieć, a nie udawać zainteresowanie w imię... koleżeństwa? Przyjaźni? Dobrego wychowania? Jeśli czyjaś praca, dzieło mi się nie podoba, mam prawo to powiedzieć, nie obawiając się, że ten ktoś poczuje się urażony. Jeśli poczuje się urażony, trudno, to ma problem z samooceną. 

     Wiele może być sytuacji, w których unikamy jednoznacznego wyrażenia swojego prawdziwego stanowiska, opinii, emocji. Właściwie w każdej sferze życia zjawisko to występuje: w pracy, co oczywiste, ale też w relacjach z najbliższymi, w rodzinie, w gronie koleżeńskim, w kontaktach przypadkowych, bardzo widoczne w mediach społecznościowych i na blogach, wokół których tworzy się pewien krąg wielbicieli. Nazwijmy rzecz po imieniu, często bywa to zwyczajne towarzystwo wzajemnej adoracji. Chwalimy autor/autorkę licząc na wzajemność, a kto odważy się na odmienne zdanie, jest sekowany. Wielokrotnie to obserwowałam. Zjawisko zresztą wcale  nie nowe i przeniesione z relacji w świecie realnym. Ani to dyplomatyczne, ani konstruktywne. Puchnie od tego bańka fikcji, w której się funkcjonuje. A co, gdy bańka pęknie? 

     Może zebrać się na odwagę podjąć decyzję? Naprawdę nic nie muszę. Nie muszę się nikomu podlizywać, nie muszę zabiegać o popularność, o uwagę. Nie muszę żebrać o komplementy ani też obdzielać wszystkich wokół udawanymi uśmiechami i akceptacją. Nie muszę dusić w sobie zniesmaczenia, zażenowania, dezaprobaty. Nie muszę przytakiwać, że jest coś jest wspaniałe, gdy nie jest, ani odwrotnie; że coś jest fatalne, skoro tak nie uważam. Nie muszę iść ze wszystkimi. Mogę osobno. 

    W kawiarni siedzą trzy panie: jedna po sześćdziesiątce, druga po siedemdziesiątce i trzecia w wieku lat dziewięćdziesiąt. Kawiarnia dosyć droga, ale wybrały ją z powodu kilku zalet. Dogodna lokalizacja, bezpieczne wejście bez schodków, a to w pewnym wieku bywa ważne. Słyszały też dobre opinie, że  przyjemna obsługa, bogate menu, niedroga. A to już są dosyć subiektywne odczucia. Panie zamówiły kawę i deser. Dwie zajęły się tym deserem, a trzecia popatrzyła na maleńką miseczkę z kupką czegoś na środku i wypaliła: "Wiecie co, jak na cenę to jest to takie małe gówienko".  Faktycznie, kształt i kolor podobne. I nich sobie by nazwano to "momentem ekstazy" czy "fontanną przyjemności", fakt pozostaje faktem. I nawet gwiazdki Michelina nie pomogą. 

front

      Wybuchło 5 maja, we wtorek, po godzinie 15:00. Stan na dzisiaj (7 maja) rano: czoło frontu ma 800 m szerokości, pole bitwy aktualnie o...