odręcznie

         Pisanie ręczne wyszło z mody.  Rzekomo z wygody, bo skoro wszyscy używają klawiatury - czy to tradycyjnej, czy dotykowej - pisanie stało się szybsze, łatwiejsze do poprawienia w przypadku pomyłek. Inną kwestią jest utrata pewnych umiejętności. Z jednej strony jest to zanik elastyczności mięśni, dzięki którym dawniej trzymało się pióro, długopis, ołówek w dłoni. Tego specjalnego uchwytu, który umożliwiał stabilność narzędzia służącego do pisania. Gdy patrzę dziś na to, jak ludzie trzymają długopis, nie potrafię wyjść z podziwu, do jakiej ekwilibrystyki się uciekają, zwłaszcza kobiety, młode dziewczyny, które mają ostre i długie tipsy. Dla nich faktycznie pisanie odręczne może być torturą. Druga sprawa, to nieznajomość podstawowych połączeń literowych. Druk przyzwyczaił nas, że każda literka jest osobno. Tymczasem w piśmie ręcznym litery powinny być połączone, jak uczono nas tego w szkole. Nawet ta czcionka zastosowana we wpisie nie ma wszystkich obowiązujących połączeń, chociaż bardzo przypomina ręczne pismo. Ba, niektórzy dosyć szybko zapominają, jak wygląda ręczne -ł- w odróżnieniu od drukowanego [ł] i w efekcie bywa tak, że -ł- i -t- wyglądają tak samo. No i mimo wszystko ta zastosowana przeze mnie czcionka nie ma polskiego dużego -A-, które powinno wyglądać bardziej jak [A] niż zwyczajnie powiększone małe -a-. No cóż, wszystkie te czcionki nie są polskiego pochodzenia, stąd pewne niedoskonałości. [Dlatego każde wielkie A będę osobno poprawiać na inny format] Owszem, jest polska czcionka opracowana kilkanaście lat temu, nazywa się Apolonia, ale też nie wszystko mi w niej odpowiada. Może kiedyś ją sobie ściągnę. Kto ciekawy, może sobie o tym przeczytać TUTAJ

          Wracając zaś do pisma odręcznego, muszę przyznać, że o ile łatwiej się czyta teksty drukowane, to jednak list pisany własnoręcznie ma dodatkowy atut jako wyraz osobistego zaangażowania autora w budowanie relacji. I choćby nie wiem jak się starać, żadna wydrukowana kartka nie będzie miała tej wartości. Chodzi oczywiście o list prywatny, nie pisma urzędowe. Inna rzecz, że dzisiaj listów nikt prawie nie pisze. No bo po co tracić czas, skoro są e-maile, SMS-y, telefony i wideorozmowy. Jestem na tym tle chyba wyjątkiem, ponieważ nie lubię rozmawiać przez telefon, a już nie cierpię, gdy ktoś gada godzinami i omawia wszystko po kolei coś, co właśnie bardziej pasuje, żeby rozwinąć w dłuższej wypowiedzi pisemnej. Właśnie w formie listu. Tylko że tej osobie po prostu nie chce się pisać, nie chce się poświęcić na to czasu, natomiast nie ma problemu z tym, że taką rozmową i gadulstwem mnie zajmuje czas, który chciałam poświęcić na coś innego. Natomiast list mogłabym przeczytać w dowolnej chwili, wtedy, kiedy miałabym ochotę, na przykład wieczorem. 

        Inna rzecz to też jałowość takich długich rozmów, dyskusji, które do niczego nie prowadzą. No bo jeżeli omawia się pewien poważny problem, to znalezienie rozwiązania nie jest kwestią natychmiastowej recepty wymyślonej ad hoc w trakcie rozmowy. Często wymaga to namysłu, rozważenia różnych opcji. A to wymaga czasu. Rozmówca/rozmówczyni teraz ma czas, oczekuje wysłuchania, odpowiedzi, reakcji, mojego zaangażowania akurat teraz. No dobrze, gdyby to było, powiedzmy wcześniej ustalone spotkanie, ale nie jest. Najczęściej ktoś dzwoni wtedy, gdy ma czas, nie licząc się z czasem osoby, z którą chce rozmawiać. Nieliczne osoby rozumieją, że bywam zajęta lub nie mam nawet siły na rozmowę. Większość, niestety, tak skupiona jest na tym, żeby się wygadać, że nie słucha żadnych protestów, prób przełożenia rozmowy czy skierowania na inne tory.

        Dlaczego na inne tory? Bo czasami gadanie nie ma sensu. Dotyczy w kółko tego samego, na przykład roztrząsania dawnych spraw, wałkowania co kto kiedyś, dawno temu powiedział. Są ludzie, którzy nie potrafią zamknąć tematu, zakończyć go definitywnie. Dawno temu pewna osoba chlubiąca się tym, że ma zacięcie psychologiczne, rozważając różne ludzkie potrzeby powiedziała mi, że trzeba zrozumieć, że ktoś ma potrzebę wygadania się. Nie można być samolubnym i odtrącać wówczas, bo to niszczy relacje międzyludzkie, niszczy tkankę społecznych więzi, a poza tym ta osoba może potrzebować wsparcia dla swojego zdrowia psychicznego. No dobrze, a co z moimi potrzebami? Jeśli ja mam potrzebę spokoju, odpoczynku, ciszy dla zapewnienia własnego zdrowia psychicznego, to są to potrzeby mniej ważne? Kto ustanawia hierarchię, czyje potrzeby są ważniejsze? 

        Chyba odeszłam za daleko od tematu, jakim miało być pisanie odręczne, a konkretnie listów. Pisanie listu wymaga większego skupienia niż pisanie w komputerze, ponieważ pomyłka, którą należałoby poprawić, wymaga przepisywania całości od nowa. Wysłanie listu pokreślonego byłoby oznaką lekceważenia i niechlujstwa. Dlatego dawniej pisało się najpierw na brudno, a potem dopiero na czysto. Ale dziś, w dobie pośpiechu, nikomu się nie chce cyzelować tekstu pisanego ręcznie, gdy komputerowy program podkreśla i poprawia nawet niektóre błędy i pomyłki. Co prawda, czasami poprawia tak, że wychodzą jeszcze większe nonsensy, ale to już inny temat. 

         Całe szczęście, że w pewnych sytuacjach wymaga się ode mnie wypełnienia jakiegoś druczka lub pisma z własnoręcznym podpisem. Mogę sobie wtedy wyjąć moje wieczne pióro i uczynić zadość tym wymogom. A listy? Cóż, listów już dziś nie pisze nikt. 

plebs

       Uważam, że szkolne lektury trzeba czytać uważnie. Zawierają wiele cennych nauk, które mogą się w życiu przydać. Pod warunkiem, że umie się je właściwie zrozumieć i zastosować. Na przykład "Pan Tadeusz". Znacie "Pana Tadeusza", prawda? A przynajmniej każdy zetknął się z nim w szkole. Może dla wielu był zmorą nie do przebrnięcia, a to błąd. Naprawdę warto przeczytać dokładnie. I zapamiętać. Na przykład taka rada z IV Księgi: 

"Głupi niedźwiedziu! gdybyś w mateczniku siedział, 

Nigdy by się o tobie Wojski nie dowiedział". 

      Ale nie siedział. I zapłacił życiem. Wystawianie rachunku za głupotę/chciwość/karierowiczostwo/kolesiostwo/partyjniactwo {wstawić dowolne] w przypadku afery w Warszawskim Szpitalu Południowym dopiero się zaczyna. Dawid Kacprzyk, lekarz bez specjalizacji kierujący SOR-em, według grafiku pracował po 11 godzin dziennie przez cały ubiegły rok. Bez wyjątku. Każdego dnia. Jest też radnym dzielnicy Ursus, pracuje też w innych (co najmniej trzech) palcówkach medycznych. I wszędzie tam bywał, brał aktywny udział. Pracował. Mało, on harował. Poza tym udzielał się publicznie, występował w telewizji, prowadził media społecznościowe. Słowem: cyborg.

          Jego ubiegłoroczne zarobki ujrzały światło dzienne, bo jako radny musiał je upublicznić. wykazując 1.6 mln zł  dochodu. 28 lat, bez specjalizacji, dopiero zamierza być anestezjologiem. Wcale nie wiadomo, czy nim zostanie, ale był w strukturach KO, w strukturach samorządowych, w strukturach... W każdym razie był tam, gdzie dobrze płacili. 

       Od lat zarobki lekarzy wciąż rosną i osiągają pułap abstrakcyjny dla przeciętnego obywatela. Odzywają się głosy, że takie zarobki lekarzy to mit. Doprawdy? Pewien szpital proponował faktycznie lekarzowi, młodemu, ale ze specjalizacją 100000 - sto tysięcy miesięcznie, żeby go do siebie ściągnąć. Myślicie, że się zgodził? Mylicie się. To było dla niego za mało. 

       Wracając do medialnej afery ostatnich dni.  Ani to ewenement, ani zdarzenie ostatnich dni. Po pierwsze, proceder trwał jakiś czas, skoro rzecz - na razie - dotyczy ubiegłego roku. Po drugie, korupcja/znajomości/partyjność [wstawić dowolne] stale jest obecna na styku władzy i instytucji publicznych. Tylko nie każdy przekręt wychodzi na jaw. Zero zdziwienia, naprawdę. Kto się dziwi, nie ma pojęcia, jak działa ludzka psychika w jej najbardziej wynaturzonych przejawach pożądania władzy i pieniędzy, prestiżu i sławy/ popularności i pychy. Bark przejrzystości finansowania zawsze jest korupcjogenny. A poczucie bezkarności jest podwójnie niebezpieczne. Zabiegi bez kolejki, specjalne traktowanie w salonikach VIP, przyjęcia poza kartoteką, prywatne usługi medyczne na państwowym sprzęcie itp, itp. Zero zdziwienia. 

       Dawid Kacprzyk złożył mandat radnego Ursynowa, wystąpił z szeregów partii KO, skorygował ubiegłoroczne faktury, zwracając pół miliona złotych. Nie ma złudzeń, że zrobił to, bo go ruszyło sumienie. Nic z tych rzeczy. KO nie może sobie pozwolić na taką stratę wizerunkową, na pewno padły argumenty za oddaniem legitymacji. Podobnie z oddaniem mandatu radnego. Trzeba ratować, co jeszcze się da uratować. Trzaskowski odwołał całą radę nadzorczą Szpitala Południowego -  to też cena za ratowanie podkopanego wizerunku. 

      Nagle szumne zarządzenia audytu (szpital był kontrolowany i nikt nic wcześniej nie zauważył, że lekarz bierze pensję za nieobecność, ha, ha, ha!), skierowanie sprawy do prokuratora, zarządzanie kontroli w innych podległych placówkach... Ruch się zrobił niemożebny. Jak nie przymierzając w "Panu Tadeuszu" na wieść o pojawieniu się niedźwiedzia. Zawsze uważam, że szkolne lektury trzeba czytać dokładnie. Zawsze mogą się przydać. Dawid Kacprzyk nie czytał, a jak czytał, to po łebkach, albo streszczenie tylko, a jak nawet coś tam liznął, to nie zapamiętał dobrej rady:

Głupi Dawidzie, gdybyś nie był radnym i cicho siedział,

Nigdy by się plebs o twoich zarobkach nie dowiedział. 

kto to pisze?

      Od dłuższego czasu w tekstach publicystycznych nagminnie pojawia się słowo "skwitować". Piszą, że ktoś coś skwitował, co zostaje zilustrowane cytatem. Czytanie tego przyprawia mnie o gęsią skórkę zażenowania i irytację. Skwitowanie w znaczeniu zareagowania słownie na coś odnosi się do wypowiedzi krótkiej, lakonicznej. Skwitować temat to inaczej podsumować lakonicznie niejako kończąc dywagacje, przecinając dyskusję i dalsze rozważania. Dlatego nie można czegoś skwitować mówiąc trzy, cztery zdania, to raczej odzywka typu: "Daj spokój, skończmy temat".  Skwitować też można bezsłownie, ironicznym uśmieszkiem lub wzruszeniem ramion, co oznacza, że zwrot jest bardzo, naprawdę bardzo potoczny i w tekstach publicystyki informacyjnej nie powinien być w ogóle używany. Właściwymi określeniami byłyby słowa: podsumować, wyjaśnić, dopowiedzieć. Na zakończenie wywiadu ktoś raczej nie kwituje całości, tyko go podsumowuje. Podobnie w reportażu temat nie zostaje skwitowany, bo to oznacza, że został tak jakby tym wzruszeniem ramion zlekceważony.

      Nie umiem sobie samej wyjaśnić i zrozumieć, skąd wzięła się ta maniera i kompletny brak wyczucia stylu. Integralnym elementem znaczenia słowa "skwitować" jest lakoniczność i bagatelizowanie problemu, więc jak można używać go, licząc na zainteresowanie tematu i poruszenie nim czytelników. Razi mnie to bardzo, podobnie jak łamanie zasad polskiej fleksji. W języku polskim prawie wszystkie nazwiska męskie są odmienne, nawet obcojęzyczne. Gdy widzę lub słyszę, że ktoś tego nie respektuje, odbieram to jako brak szacunku wobec ojczystego języka. Nie interesuje mnie, ze ktoś np. tłumaczy się nawykiem z języka angielskiego. Skoro wypowiada się po polsku, czy to w mowie czy pisemnie, powinien stosować gramatykę polską. 

      Tu dygresja, gdyby komuś się wydawało i chciałby tłumaczyć, że w oficjalnych dokumentach o przeznaczeniu międzynarodowym, w notach na szczeblu międzynarodowym czy języku prawniczym polska fleksja nie obowiązuje, bo byłaby niezrozumiała. Nieprawda. OBOWIĄZUJE. W polskich tekstach, także dokumentach na szczeblu państwowym i prawniczym obowiązuje polska fleksja - nazwiska obce się odmienia. Tutaj jestem dobrze poinformowana, bo miałam do czynienia z takimi notami i wiem to bezpośrednio ze źródła. Problem mają ludzie, którym się wydaje, że skoro piszą dla zagranicznego odbiorcy, to mogą sobie polską gramatykę upraszczać. Nie mogą, nie powinni, - jeśli cały tekst jest pisany po polsku, to zawsze zgodnie z polskimi regułami. 

      Zaczyna się od nieznajomości odmiany nazwisk a potem czytam takie kwiatki, jak "głaskasz kota" - to z dzisiejszego jakiegoś tekstu w Internecie. Głaskasz? A po jakiemu to? Głaszczesz - mamy wymianę s na sz, k na cz - to podstawowe informacje z fleksji z poziomu szkoły podstawowej. Co prawda forma "głaskasz" występowała w polszczyźnie, ale jest rzadka i archaiczna. Słuchałam kiedyś zachowanych archiwalnych nagrań przedwojennego audycji radiowej Wesoła Lwowska Fala. Występowali tam dwaj satyrycy Tońcio i Szczepcio, którzy prezentowali skecze w gwarze lwowskiej. W jednym z nich jeden pytał drugiego: "dokąd taskasz ten fortepian".  I to było śmieszne, miało swój urok jako satyra, wnosiło komizm językowy do całości. No ale, litości, w informacyjnym artykule wypada jednak zastosować formę prawidłową: taszczysz. Ale skoro większość tekstów piszą językowe boty SI szkolone na angielskiej składni, to czego się spodziewać?  Powstają potworki typu: "według receptury Michel Moran", jakby to była ta Michel Moran, a nie znany restaurator. 

       Na pocieszenie. Przeczytałam też fajny tekst o amerykańskich aktorach, w którym wszystkie nazwiska i imiona były cudownie poprawnie odmienione: Wilder - Wildera, Wolfe - Wolfe`a, Pryor - Pryora, Pryorem, Silberman - Silbermana itd.

        

zebrane z drogi

      To było dawno. Jakieś 30 lat temu. Anteny satelitarne dopiero zaczęły się pojawiać. Ale już wtedy równolegle istniał niezależny nurt satyryczny obśmiewający pogoń za nowoczesnością. Jego twórcami byli nie zawodowi satyrycy, lecz niezawodni studenci. Stałam na ulicy i omal się potknęłam zadzierając głowę do góry na widok studenckiego wynalazku. Gdzieś chyba na szóstym czy siódmym piętrze akademika obok okna dumnie otwierała się w stronę nieboskłonu poobijana czasza blaszanej miednicy, z której środka celowała w stronę satelity (nie wiem, którego) pompka od roweru. Pomyślałam wtedy, że musieli się nieźle namęczyć, żeby to przytwierdzić. Ale pomysł i dowcip przedni.

      A kiedy satelitarna się rozpowszechniła, talerze pojawiły się wszędzie. I wtedy już samo życie okazało się bardziej zabawne niż poczucie humoru studentów. Ten zaś obrazek zauważyłam jakieś piętnaście lat temu. Obok remizy strażackiej w niedalekiej wiosce biały talerz zamontowano na... publicznej toalecie. Co ważne, to nie był żart, podłączenie było jak najbardziej fachowe i legalne. Noż kurczę, ale się tym OSP dobrze powodzi, mają nawet telewizję satelitarną w kibelku. Od razu o wiele przyjemniej się siedzi, co nie? Obecnie już tego nie ma, nie dlatego, że nikt nie ogląda, tylko zlikwidowano ten publiczny szalet. No i żałuję, że wcześniej nie zrobiłam zdjęcia, gdy jeszcze był na to czas.

      Był czas, gdy dojeżdżałam do pracy autobusem. Siłą rzeczy poznawałam przystanki, to znaczy wiaty dla podróżnych. Najpierw te najstarsze, blaszane, pomazane, powyginane, początkowo z ławkami, a z czasem tych ławeczek, żeby usiąść, było coraz mniej. Ulegały zniszczeniu przez czas i przez wandali. Co ileś lat coś tam było remontowane, odnawiane. Blaszaki zamieniano a to na całkiem ciekawe drewniane konstrukcje, a to na solidne murowane. Z czasem architektura przystankowa nabrała lekkości i pojawiły się wiaty oszklone. W zależności pewnie od zasobów finansowych gminy. W jednej z gmin po drodze chyba wygoda podróżnych nie była na pierwszym miejscu, bo stary przystanek, pamiętający czasy PRL-u niszczał i niszczał, nic się w nim nie zmieniało poza odpadającym tynkiem i zniknięciem ławeczki. Została goła obskurna murowana konstrukcja, na szczęście z zadaszeniem, to przynajmniej deszcz nie padał na głowy oczekującym. I tam właśnie pojawiło się niezwykłe udogodnienie - wreszcie ktoś zadbał o komfort podróżnych wstawiając w głębi miękką obitą suknem kanapę z oparciem. Zapewne ktoś wymieniał meble, to oczywiste, niemniej też musiano się namęczyć, przywieźć ją, wyładować, idealnie wpasować. Stała przez jakiś czas wzbudzając zainteresowanie i uśmiech za inwencję mieszkańców. Podziwiam takie pomysły. Nie potrafię teraz dokładnie podać ile to lat temu, ale będzie ponad dwadzieścia. 

      Szczerze mówiąc, coraz rzadziej można w drodze zauważyć coś, co ma znamiona humoru, życiowego dowcipu, anegdoty. Wszystkie niemal aspekty życia są podporządkowane paragrafom, wytycznym, certyfikatom, obostrzeniom. Wiaty budowane w wyniku konkursu na inwestycję, krzesełka, ławeczki z certyfikatami bezpieczeństwa, tak samo szyby, kanapa - cóż, jej właściciel dzisiaj dostałby mandat za zaśmiecanie przestrzeni publicznej, a studenci straciliby miejsca w akademiku za zniszczenie elewacji. 

     Administracyjne komplikacje są męczące. Nazewnicze też. Chciałoby się, żeby to wszystko było prostsze, bardziej przyjazne. Idę do sklepu dawniej nazywanego żelaznym (teraz to się nazywa centrum handlowe psb) chcę kupić śrubkę do kółka kosiarki, to pan mnie pyta jakie wkręty, jakie nakładki, jakie podkładki. Litości! Kiedyś mówiło się śrubki i wiadomo było, o co chodzi. I wiecie co, jadę ostatnio przez to Roztocze, o czym pisałam w poprzednim wpisie, i po drodze widzę szyld na lokalu handlowym: "Śrubki". No, rewelacja. Wreszcie ktoś ma po prostu śrubki i można sobie wybrać, co trzeba. Niestety, nie mogłam ot, tak, wysiąść i tam zajrzeć. 

      Ciekawa jestem, czy wiata przystankowa, gdzie niedawno czekałam na bus, jest monitorowana i znajdą tego, kto zostawił tam na ławce buty. Duże czarne, ocieplane buty, prawie niezniszczone, zadbane. Postawione na ławce, a więc nie to, że wyrzucone, ktoś po prostu był gotowy je oddać. Może ktoś potrzebuje, a nie może kupić? Ale przecież buty to dzisiaj towar specjalnego traktowania. Nawet do zwykłych śmieci nie wolno wyrzucać. 

      Ktoś powie, można wstawić gdzieś na stronach internetowych do oddania czy sprzedaży. Wielu to robi. Ale czy każdy może? Czy każdy chce? Ja na przykład miałabym sporo rzeczy do oddania lub sprzedania za złotówkę, ale nigdy nie będę wystawiać w Internecie. Nie każdemu to odpowiada. Dwa lata temu miałam do oddania meble. Drogą pantoflową nie udało się znaleźć nabywcy. Część znalazła inne zastosowanie: na przykład stara lodówka stoi w szopie i służy jako szafka na akcesoria ogrodowe. W brodziku po prysznicu zrobiłam na podwórku kąpielisko dla kaczek. 

      Dawno temu, będzie też jakieś dwadzieścia lat, pozbywałam się starego domu po dziadkach. Stara szafa rozleciała się, ale pozostały mi po niej, w co trudno uwierzyć, ale naprawdę, w całkiem dobrym stanie dwie głębokie szuflady. Szuflady z litych desek, nie jakieś paździerzowe. Nie pamiętam już, czemu szafa się rozleciała, coś w niej pewnie się połamało. W każdym razie mam te szuflady i wiem, co zrobię. Wkopię je do połowy w ziemię w ogródku i zrobię dwie rabaty kwiatowe. Pa! Idę!

objazdówka

       Nawiązując stylistycznie do poprzedniego wpisu, będzie to paczania ciąg dalszy. O słuchaniu też będzie. Tak się złożyło, że w niecałe dwie doby zrobiłam sobie objazdową wycieczkę po Lubelszczyźnie i części Roztocza. Zaczęłam od Lublina, gdzie mnie skusiła Noc Kultury z 6 na 7 czerwca. Skoro noc, to chyba nie potrzebuję noclegu? 

        Cały program wydarzeń to kilka bitych stron, więc wiadomo, że człowiek wszędzie nie zajrzy. Biedziłam się kilka dni nad wyborem i w końcu stanęło na tym, że zdam się na spontan. Rzecz pierwsza po przyjeździe: uzupełnienie braków kawy w organizmie. Poza tym czekała mnie cała noc wrażeń, trzeba mieć energię. Potem zameldowanie się w hotelu. No jednak swoje lata mam, wzięłam poprawkę na potrzeby  organizmu i nocleg zarezerwowałam, co nie obyło się bez trudów, bo dosyć późno się do rzeczy zabrałam, gdy inne upatrzone lokalizacje były już niedostępne. 

      Gdy gdzieś jadę, nocleg to rzecz tylko po to, żeby przetrwać. Nie szukam miejsca z serią gwiazdek i atrakcji, bo nie jadę po to, żeby w hotelu siedzieć. Potrzebuję spania z łazienką i tyle. Jako że mam swoje lata, biorę pokój jednoosobowy. Cała reszta, czyli te dodatkowe gwiazdki mnie nie obchodzą i nie zamierzam za to płacić. Dlatego najpierw szukam jakiegoś taniego hostelu. Chodzi też o to, żeby mieć jak najbliżej, gdzieś na peryferiach nie bardzo mnie urządza, bo przemieszczam się komunikacją zbiorową: autobusy, busy, ewentualnie pociągi. Tutaj się spóźniłam trochę, a impreza ściągnęła rzesze turystów. Ale podzwoniłam tu i tam i udało mi się, o dziwo, zdobyć pokój w hotelu całkiem niedaleko z ceną do zaakceptowania, a nawet wynegocjowałam zniżkę. (Żart, oni te zniżki mają w ofercie, na pewno i tak na tym zarobią, to się nazywa reklama.)  

       A potem spotkanie z ludem. Najpierw z tym ludem, z którym byłam umówiona na wieczorne i nocne wędrówki, a potem z ludem, który tłumnie zjechał chyba z połowy Polski. Całe szczęście, że nasze peregrynacje rozpoczęły się dosyć wcześnie i jeszcze udało się nam posłuchać z bliska wielkich bębnów (Orkiestra Wielkich Bębnów), znaleźć wolne miejsce w kawiarni Między Słowami, zwiedzić wystawę szuwarów i wodorostów, poczytać mądrości postaci z dobranocek, obejrzeć Lublin na obrazach, zatonąć w ciemnościach wystawy rzeźby z czarnego dębu, ponownie zahaczyć się w miejscu z jadłem i napitkiem, bo gdy z niego wyszliśmy, zobaczyliśmy rzekę. Rzekę głów idących w stronę Starego Miasta, że ani się wścibić. Rozejrzałam się czy gdzieś jakiegoś Mojżesza nie znajdę, żeby nam zrobił przejście przez to morze ludzi głodnych całonocnej kultury. Nic z tego. Można było tylko próbować iść z prądem lub zostać tu, gdzie stoimy. Poszliśmy z prądem skręcając po chwili w boczny nurcik o mniejszej intensywności już poza centralnym placem atrakcji. 

       Wstępujemy do Muzeum Czechowicza. Z panią kustosz i jeszcze jednym zwiedzającym rozmawiamy o przedwojennych maszynach do pisania. Eksponat muzealny nosi na klawiaturze odciski palców Józefa Czechowicza, przepisywał na niej swoje wiersze. Ja miałam w domu Mercedesa. Ciężka maszyna. Po długim pisaniu palce bolały. Starszy pan mówi, że pisał na Underwoodzie. Stare dzieje. Kto dziś z młodego pokolenia wie, co to znaczyło mieć w tamtych czasach maszynę do pisania.

       Z wystawy przepisuję fragment poematu napisanego do obrazu Jana Wydry "Wskrzeszenie Łazarza": "... jakby coś się zmieniło w tym obrazie. Nabrał życia i śmierci. Zaczyna mi się podobać."

       Na wystawie rzeźb z czarnego dębu w ciemności pyta mnie ktoś, co widzę. Odpowiadam, że w tej chwili nic, bo ciemno. No dobra, coś widzę, bo rzeźby minimalnie oświetlone. 

- Widzę klucz, o, nawet dwa, jeden do góry nogami wtopiony w drewno. 

- To ja powiem, co ja widzę - odpowiada głos z ciemności. 

- Tak? Dobrze. 

- Ale o innej rzeźbie, bo ta dla mnie za trudna - Ok, podchodzimy do innej. 

- Co widać? - znowu pyta głos. 

- Totem - odpowiadam. 

- O, właśnie. A jaki? indiański, afrykański? - pyta głos. 

- A skąd ja mogę wiedzieć?! 

- No to zobaczmy, obchodząc dookoła. Z każdej strony widać twarz - może on widzi, ja nie bardzo - myślę sobie, ale zrobię mu tę przyjemność i odpowiadam, że widać. 

- Bo jest jak Światowid - mówię.

- No właśnie - głos potwierdza usatysfakcjonowany.  

      Myślicie, że rozmawiałam z autorem tych rzeźb? Bo nie mam pojęcia, kto to był. 

Wędrówkę zakończyłam przed północą. Jednak pokój w hotelu się przydał. Nawet śniadanie było w cenie. Wybieram grillowane warzywa z bakłażanem. Lokalizacja też okazała się doskonała. Trzy minuty do przystanku, skąd idealne połączenie złapałam rano do Śródmieścia do kościoła, bo to już niedziela była. Tylko w którą stronę iść? Proste: za ludźmi. I faktycznie, upatrzyłam sobie nobliwą parę w odświętnych ubraniach. Trafiłam za nimi do bazyliki oo. Dominikanów. Świątynia barokowa, do znalezienia w Internecie, nie będę przynudzać historią sztuki. Zwróciłam uwagę na rzadko spotykany - a może nawet nigdzie dotąd nie spotkany przez mnie przynajmniej - sposób eksponowania krzyża przy ołtarzu. Duży stojący krzyż został ustawiony na tle jeszcze większego zielonego żywego drzewka rosnącego w ogromnej donicy. Nie wiem, co to za drzewko, nie widziałam dokładnie.  I super! Nie żadne kwiaty cięte, które trzeba wymieniać, robić coraz to nowe bukiety, tylko rosnące żywe drzewko. Ostatecznie teraz kościoły są ogrzewane, to i drzewko takie może sobie stać cały rok. A poza tym organista grał z fajerwerkami. Jakie ozdobniki, motylki, dzwoneczki, falbanki, świetne organy. Po prostu cudo. Zdaje się, że nie było to takie codzienne czy coniedzielne wystąpienie, bo niemal wszyscy wychodząc zadzierali głowy do góry, gdzie na koniec jeszcze organista grał coś ozdobnego. Doczekałam do końca tego niespodziewanego koncertu. 

       Kolejna część trasy: kierunek Zamość. Przed wyjazdem z Lublina podziwiam jeszcze Dworzec Metropolitalny. Jedna ściana cała w zieleni i kwiatach - żywych. Po porostu kwitnąca ściana. Jest też taras widokowy i ogród na dachu, ale tutaj jakoś anemicznie to wygląda. Zjeżdżam na dół i teraz na wschód. Trochę przysypiam, ale tereny przepiękne. Zieleń, rzeczki, pola, na horyzoncie majaczą (a może to ja majaczę z z niewyspania) zalesione pagórki Roztocza. Jakieś miejscowości... Łopiennik, Krasnystaw, Sitaniec, Izbica i Zamość. Kierowca zatrzymuje się i mówi, że stąd najbliżej do Rynku. Do mnie to mówi. Dlaczego do Rynku? Bo tam odbywa się Jarmark Hetmański, na który się wybieram. 

       Gdzie można znaleźć Padwę, Veronę i Romę blisko siebie w odległości kilkudziesięciu metrów? Tylko w Zamościu, mieście renesansowym. To restauracje. Kanclerz Jan Zamoyski, założyciel Zamościa i Ordynacji Zamojskiej studiował między innymi w Padwie. O historii Zamościa też pisać nie będę, kogo interesuje, znajdzie sobie. Obchodzę wszystkie po kolei "włoskie" restauracje, a dodatkowo inne, artystyczne - Bohema, Casino... Obchodzę z daleka, tak tylko podziwiając inwencję nazewniczą. Podziwiam też przepiękne, kolorowe ormiańskie kamienice, słynny Ratusz z wachlarzowymi schodami, zanurzam się między kramy jarmarku. Wiele autentyków, np. jak są rzeźby ludowe, to sprzedaje je autor, wytwórca, artysta ludowy, a nie jakiś pośrednik. O rękodziełach na szydełku - cudowne chusty! - można sobie porozmawiać z kobietą, która je robi. Jest ceramika, wiklina, malarstwo na desce, witraże, kapelusze ze sznurka, drewniane zabawki dla dzieci... 

      Chyba się zgubiłam. Przejdę sobie dookoła Rynku podcieniami. Oglądam witryny. W jednej zabawna skarbonka świnka - od razu z młotkiem w zestawie. Skręcam w stronę Rynku Solnego, szukam swojego hostelu. Jest Senator - hotel w zabytkowej kamienicy. Jego właścicielem był nieżyjący już Witold Paszt, założyciel zespołu VOX. Ale to nie mój nocleg, mój pokój jest w hostelu kilka kroków dalej. Natomiast tropem muzycznym idąc, jeśli Zamość, to musi być Grechuta. Czytam plakat z zapowiedzią koncertu piosenek Grechuty w wersji symfonicznej. Za tydzień. No nie przyjadę tutaj ponownie za tydzień. 

      Zameldowanie, wymeldowanie wczesnym rankiem, po piątej i ciąg dalszy mojej objazdówki. Kierunek - Biłgoraj. Myślałam, że jak wybiorę się tak rano, na ulicach nie będzie żywego ducha. A gdzie tam, jest poniedziałek, ludzie do pracy, niektórzy z pracy, zaspana młodzież dojeżdża do szkół. Jest dopiero po szóstej, ale zanim dojedziemy, będzie prawie ósma. Autobus zbiera wszystkich po drodze niemal z każdego przystanku. Jedni wysiadają wcześniej, inni jadą do samego końca. Trochę przysypiam, ale widzę ciekawe rzeczy. Po drodze gdzieś duży tartak, przy bramie wjazdowej do niego znak ograniczenia prędkości: 10. Czy naprawdę ktoś próbował wjeżdżać szybciej, widząc dookoła te sterty desek, palet, jakichś resztek drewnianych, że trzeba aż było taki znak zamieścić? 

      No i Szczebrzeszyn. O, jakże polskie miasto. Przed Ratuszem cztery rzeźby chrząszcza. Jeden w eleganckim kapeluszu gra na skrzypcach. Stary cmentarz i kirkut. Niby nieduże miasteczko, a obok dworca jest galeria sztuki i pracownia malarska. Autobus robi pętlę i jedzie dalej. Po drodze więcej lasów. Zwierzyniec zaczyna się lasem i zaraz za nim znowu las. Jakaś miejscowość i znowu las. Za drzewami majaczą ule wędrownej pasieki. Hedwiżyn - ciekawa nazwa. Od imienia Jadwigi. Miejscowość, czy może folwark należący do Jadwigi, czyli Hedwigi - czyj? - Hedwiżyn. G wymienia się na ż. Coś wspaniałego, taka polszczyzna. 

      I jestem w Biłgoraju. Jak dawno tu nie byłam. Zaskoczył mnie dworzec: odnowiony, świeże białe otynkowane ściany, nowe przestronne okna. Kilka kroków dalej przestronna kawiarnia. Z Zamościa wyjechałam zanim otwarto jakieś lokale, więc tutaj zasiadam do pierwszej aromatycznej kawy. Nawet spory wybór słodkiego pieczywa, ciast, jakieś sałatki. Chwila odpoczynku, bo to ostatni przystanek przed ostatecznym już powrotem do domu. Znowu plakaty z zapowiedziami wydarzeń kulturalnych: za tydzień, za dwa... Koncerty, festiwale, dni miejscowości, rajdy... Nie da się być wszędzie.  

co ja paczę?

     Paczałam na chmury nad ziemią, czy aby nie zacznie padać w czasie procesji. I chmury się rozeszły. Suchą stopą obejszłam całą drogę. I zasiadłam do czytania wiadomości. A tu tyle nowości, nowinek i nonsensów. Nie wiadomo, co wybrać, na czym to paczanie zawiesić. 

     Wieść zaoceaniczna ogromniała mi w oczach aż prawie okulary pękły. No bo jak to?! Clint Eastwood przechodzi na emeryturę? Niemożliwe! Tak wcześnie? Zaledwie 96 lat i już mu się nie chce??? Kto to widział, żeby taki młody pragnął już tylko odpoczywać! Niech doczeka chociaż do setki.

     Okiełznawszy nieco ogromniejące ze zdziwienia oczy, natrafiłam na kolejny njus (a może snus? kto tam się rozezna...), jakoby Tusk zaproponował wzniesienie pomnika Tadeusza Mazowieckiego i zaprosił do komitetu organizacyjnego wszystkich byłych premierów pełniących to stanowisko od pamiętnych wyborów w 1989 roku. No myślałam, że to fejk wygenerowany przez SI. Tak, Polska pomnikami stoi. Tylko kto na tych pomnikach stoi? Nie da się zapamiętać. Jak o Kazimierzu Wielkim się mówi, że zastał Polskę drewnianą, a zostawił murowaną, tak za sto, dwieście, trzysta lat nasi potomni będą o naszych czasach mówić, że Polskę sukcesów niensyconą pomnikami zastawiono. 

       A sukcesy są. Wszystkie oczy paczą na Paryż. Tam się można zachłysnąć i zejść na zawał. Maja Chwalińska w finale Rolanda Garrosa. Nie będę ściemniać: tego nie paczałam. Tylko poczytałam później. Wyczytałam jaki wynik. Duszom siem radujem, sercem gratulujem! W sobotę też paczać nie będę. Przeczytam potem. 

     Na tym paczanie dzisiaj zakończyłam. 

      

To był maj...

 ... pachniała Saska Kępa...

      I właśnie maj się kończy. Czy Saska Kępa pachniała, nie wiem, nie było mnie tam. U mnie pachniały konwalie, bzy, skoszone trawy. Nie obyło się bez nieprzyjemnych niespodzianek. Dwa dni temu pojawił się o poranku kolejny przymrozek. Poraziło dynie. U kogoś nawet kwiaty jaśminu przymroziło. Pierwszy raz się z czymś takim spotkałam o tej porze, żeby omarzł jaśmin. Bo że przemarzły brzoskwinie i czereśnie, to już stara historia, jeszcze w kwietniu. Tymczasem maj w zasadzie był suchy - tych kilka-, jeśli nie kilkanaście pożarów w kraju świadczy o bardzo niskiej wilgotności lasów. Co z tego, że czytam właśnie o nawałnicach i oberwaniu chmury w innych regionach, gdy obecny miesiąc w mojej gminie zakończył się pilnym apelem o oszczędzanie wody z wodociągu i zakazem podlewania trawników, ogrodów i upraw. Jak widać, każdy region ma swoje problemy.  W jednych powodzie, w drugich susza, a w jeszcze innych trąby powietrzne lub gradobicie. 

      I każdy region ma swoje atrakcje. Nie ma gorszych czy lepszych. Zaczyna się sezon festiwali, przeglądów muzycznych, teatralnych, targów, jarmarków. Chmielaki, Jagodziaki, Kaszaki, Festiwal Cebuli, Kurpiowskie Miodobranie, Festiwal Miodu i Ziół oraz liczne festiwale smaków i produktów regionalnych. Coraz więcej organizowanych jest festiwali organowych, w mojej okolicy jest co najmniej pięć, a przypuszczam, że nie wiem o wszystkich. Najbliższy będzie już w czerwcu. 

      Ale miało być o maju. Cały miesiąc stał pod znakiem pracy w ogrodzie warzywnym. Ostatnie nasadzenia robiłam jeszcze przedwczoraj. Teraz tylko pielęgnacja: pielenie, zwalczanie ewentualnych insektów, nawożenie, doglądanie jak rośnie. Wszak pańskie oko konia tuczy. Na podwórzu pojawił się przychówek: kwoka wysiedziała kurczęta. No i prawidłowo. Skoro niektóre ptaszki już wysiedziały i wyprowadziły z gniazd pisklęta, to i w kurniku czas na powiększenie stada. Którejś nocy natomiast namierzyłam na podwórku jeża. Nie chciałam go niepokoić, więc go nie śledziłam i nie wiem, gdzie się ukrywa w dzień. 

     Ruda sąsiadka - wiewiórka - codziennie przechodzi przez płot i buszuje w moich leszczynach. Na ziemi szuka starych zeszłorocznych orzechów. Nawet specjalnie nie ucieka, gdy przechodzę. Tak łatwo wykurzyć się nie da, skoro tu ma taki zastawiony stół. U mnie orzechy laskowe potrafią wisieć niezerwane całą jesień, a jak spadną, to leżą dalej przez zimę aż do teraz. O ile nikt wcześniej się na nie nie połakomił. Wiewiórka więc ma w czym wybierać. 

     No i na koniec maj rozpoczął moje zabiegi zdrowotne. Kilka dni temu miałam nieduży zabieg chirurgiczny, którego dodatkowym plusem jest to, że wymusza zmianę diety. Sama z siebie nie mam aż tyle samozaparcia, więc niejako przy okazji organizm dopomniał się o regulacje w tym zakresie. No i jest świetnie. Zaczęłam spadać na wadze. Można zaczynać czerwiec. 

odręcznie

          Pisanie ręczne wyszło z mody.  Rzekomo z wygody, bo skoro wszyscy używają klawiatury - czy to tradycyjnej, czy dotykowej - pisani...