ojciec Czas, matka Rzeka

        Podziwiam ludzi, którzy potrafią zrobić bilans miesiąca wyszczególniając, co zrobili, co się wydarzyło, co kupili, gdzie byli. Nie wiem, może moja pamięć jest słabsza, żeby aż tak dokładnie spojrzeć na cały miesiąc wstecz, a może za bardzo absorbują mnie różne codzienne obowiązki, żeby starać się jeszcze zapamiętywać co, kiedy, gdzie, jak. Tylko krótkie schematyczne notatki w kalendarzu przypominają mi o niektórych wydarzeniach. Z perspektywy czasu nie wydają się aż takie ważne, żeby poświęcać im uwagę czy pamięć. Życie płynie z prądem rzeki, czasami robiąc postoje w przybrzeżnych portach i za chwilę płynie dalej. 

       Człowiek ma zakusy zapanowania nad przemijaniem, chcąc zawrzeć życiowe obowiązki, zadania do wykonania w określonych ramach czasowych. Myśli: zrobię to i będzie spokój. Fajnie jest widzieć efekty swojej pracy, mając poczucie, że coś zostało zakończone, że jest trwałe. Tylko że większość czasu poświęcamy na czynności powtarzalne, które nie mają końca. Trzeba zrobić coś do jedzenia, trzeba posprzątać, uprać, uprasować, umyć okna, dać jeść zwierzętom, podlać kwiatki, umyć naczynia, ... A gdy się ma dom na wsi, jakiś ogród, obejście, dochodzi wiele czynności z tym związanych. Posiać, posadzić, potem całe lato dbać, pielić, podlewać, potem zbierać plony; kosić, grabić, robić przetwory, zadbać o opał na zimę, palić w centralnym na ciepłą wodę a zimą na ogrzewanie domu. W codziennej rutynie można zagubić poczucie czasu. 

      Z jednej strony psychologia mówi, że rutyna jest zjawiskiem potrzebnym, bo daje poczucie stabilności. Ale z drugiej grozi nudą i wypaleniem monotonią. Niby wszystko wokół się zmienia i nawet jeśli coś się powtarza (mam na myśli tę powtarzalność związaną z porami roku), to nigdy nie jest tak samo. Jednak dość łatwo przecież zauważyć to, co stanowi utarty rytm życia: wiosenne porządki, prace ogrodowe i w polu z myślą o jesiennych zbiorach, zabiegi o lepsze plony, potem ich gromadzenie, zabezpieczanie, przetwarzanie, przygotowania do zimy - te w domu i te w ogrodzie. Powtarzają się obrazy: zielone zboże na wiosnę, białe korony jabłoni w kwiatach, żółte pasy rzepaku, złote kłosy na przełomie lipca i sierpnia, jesienią pomarańczowe dynie na polach i czerwone jabłka na drzewach. Do tego jeszcze gdzieniegdzie pasące się krowy na łące - widziałam nawet je wczoraj. 

      O jesiennych chłodnych porankach (dzisiaj u mnie 5 stopni zaledwie) świadczą siwe smużki dymu z kominów. Rosa na trawie utrzymuje się do godzin południowych. Czas na kolejną cykliczną czynność domową: chowam letnie bluzki i sandały, wyciągam swetry, grubsze getry, szale, apaszki, berety.  Wydaje się, że prąd zdarzeń będzie płynął tak bez końca, na przemian przez lato i zimę, jednak ojciec Czas potrafi zaskoczyć swoją bezkompromisową ostatecznością, gdy uświadamiamy sobie, że z nurtu rzeki ktoś zniknął. Powtarzalność i nieodwracalność są jak awers i rewers, jak światło i ciemność, jak biel i czerń: jedno nie istnieje bez drugiego.   

miało być

      Miało być wolniej i spokojniej, a czas mi się skurczył i nie wyrabiam na zakrętach. Człowiek planuje różne przedsięwzięcia na cały rok, a potem okazuje się, że większość i tak kumuluje się na jesień. I nagle niemal w skompresowanych odcinkach czasu trzeba pojechać odebrać, to znaczy zaakceptować wykonaną robotę i zapłacić za nowy pomnik na grobie dziadków, a skoro to wyjazd prawie sto km, to od razu porządkowanie pozostałych grobów i cały dzień schodzi. Jeszcze w drodze odbieram telefon z Urzędu Gminy w sprawie przełożenia na wcześniejszy termin umówionych oględzin drzew zgłoszonych do wycięcia. Tymczasem listonosz przyniósł wielce ważny list za potwierdzeniem odbioru, a to okazało się zaproszenie na jubileusz mojej dawnej instytucji, gdzie pracowałam. Do końca miesiąca mam potwierdzić, czy przyjadę. A już jutro z kolei w mojej gminie rocznicowe uroczystości historycznej bitwy we wrześniu 1939 roku, a przy tej okazji ktoś wpadł na pomysł skompletowania i zamurowania kapsuły czasu, która miałaby zostać otworzona za 50 lat. To ja już tego nie dożyję. Cała impreza pachnie lansem lokalnych samorządowców, którzy chcieliby się zapisać w historii co najmniej jak ci, którzy zginęli podczas wrześniowej bitwy, a była to - mimo strat - bitwa wówczas zwycięska, jedna z nielicznych w całej wrześniowej kampanii. Tamci naprawdę przelali krew za ojczyznę, a ci dzisiejsi najczęściej przelewają z pustego w próżne i marnują atrament na samopochwalne artykuły w lokalnej gazecie. Najpierw była moda na gminno-szkolne konkursiki "od przedszkola do Opola" - każda szkoła musiała się popisać nowym pomysłem, a to przedszkolaki piszą wiersze (sic!), a to śpiewają pieśni ludowe. Jakim cudem przedszkolak wiersz napisze skoro on pisać nie umie, nie zastanowił się nikt i "szacowne" jury oceniało wierszyki pisane przez rodziców, dziadków lub starsze rodzeństwo. Potem konkurs na wykonanie piosenki ludowej nawiązującej do miejscowej tradycji, do ściśle określonego regionu naszej gminy. Sęk w tym, że gmina nie ma lokalnych pieśni specyficznie ludowych. A pieśni miały być starodawne, autentyczne, tylko że nawet u Kolberga żadnej z tych konkretnych miejscowości nie ma. Mogą być takie z terenu województwa, ale nie z lokalnego małego świata. O co więc chodziło organizatorom, trudno się domyślić. Potem nastąpił wielki boom na murale: każda szkoła musi mieć mural. Ruszyły zbiórki, kiermasze, cegiełki. No i w tym roku już w trzeciej szkole na terenie gminy odsłonięto mural. Pomysły się wyczerpały, więc przyszedł czas na kapsułę czasu. Za każdym razem lans, przemowy, zapraszanie władz powiatowych i wojewódzkich,  podziękowania i wyliczanie zasług, co zostaje udokumentowane na stronie gminy, powiatu i w lokalnej prasie. Tymczasem codzienne deszcze opóźniają prace w ogrodzie i nadal mam tam wiele niezebranych plonów. Wstaję rano i czekam na słońce, a zamiast słońca kolejny deszcz. Z tego wszystkiego kupiłam dwie nowe parasolki. Jedną malutką, byle jaką jednorazówkę, żeby zmieściła się do torebki, drugą większą i solidniejszą do plecaka. Laptop odebrany z naprawy okazał się z kolei wybrakowany i zawoziłam ponownie, żeby wstawili to, co zniknęło. A to oznacza kolejny wyjazd do miasta i stracone pół dnia. Chciałam przy okazji pójść do fryzjerki, a okazało się, że jest na urlopie. Nie byłam już prawie trzy miesiące i kudły mam jak Tarzan. Do innego fryzjera nie mam odwagi iść i eksperymentować. Cebulki tulipanów czekają aż znajdę czas i miejsce do posadzenia. To wymaga namysłu, a nie bardzo jestem w nastroju do myślenia. Przeglądam nagłówki medialnych doniesień (donosów rzeczywistości, jak pisał Białoszewski) i nie mam ochoty czytać całości. Z jednej strony hurraoptymistyczne krzyczące na czerwono banery o zwycięstwie naszej drużyny w półfinale ME w siatkówce, a z drugiej czarne litery i minorowe nastroje po ataku ukraińskiego nożownika w Jarosławiu, gdzie zabił jedną osobę, a trzy chyba czy cztery ranił, w tym jedna jest nadal w stanie ciężkim. Jarosław... byłam w nim wiele lat temu, raczej przejazdem, ale zwiedzałam zabytkowy Rynek. Niewiele pamiętam, bo czasu miałam nie za wiele na rozejrzenie się. Pomiędzy sportową euforią a tragicznymi doniesieniami o zabójstwach, wypadkach, wykolejeniu pociągów toczy się prawdziwe życie, o którym pisze się i mówi najmniej. A właśnie tutaj płynie nieubłagany czas nie pozostawiając złudzeń, że cokolwiek da się nadrobić.  

Ludzie

        Dwa wyjazdy do miasta niemal dzień po dniu, to stanowczo za wiele jak dla mnie. Najpierw w sobotę koleżanki zabrały mnie na wieczorny spektakl komediowy. Od dawna wiedziałam, że wyjazd się szykuje, ale liczyłam po cichu, że coś się wydarzy i sprawa rozejdzie się po kościach. Ale nie, nic się nie wydarzyło i pod dom zajechała fura z miejscem dla mnie. Musiałam się nieco dopucować po całotygodniowej działalności na froncie robót polno-ogrodowych. Nawet jakiś lakier do paznokci wyciągnęłam. W zasadzie nie wiem po co, skoro to na scenie będzie jasno, a widownia w ciemności. Ale okazało się, że trzeba było, bo choćby nie wiem jak człowiek starał się być niewidzialny, zawsze ktoś go zobaczy. No więc widownia pełna, a na widowni, a nawet jeszcze przed nią, w foyer jacyś znajomi. Koleżanka z pracy sprzed... nie pamiętam ilu lat. Z córką. Rozmawiamy, co u nas słychać. Dwaj koledzy - z późniejszej mojej pracy - z żonami. Rozmowa wspomnieniowa: jak to było, gdy razem pracowaliśmy. Było fajnie. Menedżerka z domu kultury, gdzie swego czasu bywałam. Ta z kolei z aparatem fotograficznym. Nie rozmawiamy. A na zakończenie... na zakończenie bliskie spotkanie z jedną z aktorek, którą oglądałam już kilka razy na scenie, a w ogóle to znamy się od lat, spotykałyśmy się przy różnych okazjach zupełnie pozascenicznych. Szczerze gratuluję występu. Kobieta żywioł. Angażuje się w wiele zadań. Gra w teatrze, czasami reżyseruje, organizuje spotkania literacko-muzyczne. Na dodatek pracuje. Zadowolona, szczęśliwa. Zdzwonimy się. 

      Występował teatr amatorski, ludzie tutejsi, z miasta, które nie ma stałego teatru, żadnej stałej teatralnej sceny. Aktorami są ludzie, którzy mają swoją pracę zawodową i mają pasję - teatralną. Reżyserowała ich zawodowa aktorka będąca już na emeryturze, ale od czasu do czasu zajmuje się takim przygotowaniem chwytliwej premiery. Widzowie walą drzwiami i oknami, cała sala zawsze wyprzedana. Prowincjonalny teatr amatorski z bardzo zmienną trupą aktorską, ponieważ niektórzy wyjeżdżają, niektórzy tracą siły, niektórzy, cóż, umierają. Tak więc w sobotę byłam w teatrze - lokalnym; na spektaklu - amatorskim; bawiłam się - doskonale. I chwała koleżance, która nas wszystkie cztery wyciągnęła z wiejskich pieleszy. 

      Po niedzielnym wyciszeniu dzisiaj znowu wyjazd. Lało od rana. Tym razem, choćbym chciała, odwoływać nie zamierzałam, bo miałam umówioną wizytę u dentysty. Myślę sobie: wpadnę tylko tam i z powrotem. Żadnych rozmów, żadnych spotkań. Akurat! Po drodze do busa wsiada starszy pan, twarz dziwnie znajoma, ale skąd?... On też widać, że skądś mnie rozpoznaje. Zaczynamy rozmawiać i sprawa się wyjaśnia: to ojciec mojego dawnego kolegi z pracy. Ależ ten świat mały. Rozmawiamy i jedziemy. Opowiada mi o swojej dawnej pracy na budowie, teraz o swoim życiu na wsi, o swoich synach - ma ich trzech, pracowałam z jednym z nich. 

       W końcu dotarłam do punktu stomatologicznego w kompleksie innych gabinetów lekarskich. Wspinam się po schodach i ... kto siedzi na korytarzu? Moja znajoma lekarka ze złamaną nogą, o kulach, czeka na rentgen. Nie wierzę, po prostu nie wierzę. Rozmawiamy krótko, obie nas goni czas. Życzenia zdrowia. 

      U dentysty piętnaście minut roboty i piętnaście minut rozmowy - razem 250 zł. Prosta kosmetyczna niemal sprawa. Następna wizyta za rok. Wracam, nigdzie nie skręcam. Nie zatrzymuję się. Na przystanku znowu spotykam ojca mojego kolegi z pracy i wracamy razem. Leci gadka o przeszłości. Tu się pracowało, tam się pracowało. To były czasy! A teraz siedzi się na wsi. W malinach. 

nowości, nowinki, newsy...

       Mój znajomy był wczoraj w Zamościu. A tam zawyły alarmy o zagrożeniu z powietrza i wysyłano alerty na telefony. Kazano w nich szukać schronienia. Szkoły ewakuowano. Dokąd? Nie wiem, chyba do piwnic. Znajomy też był w grupie ewakuowanej, gdy przebywał w jakieś instytucji. Po godzinie alarm odwołano. Znowu coś rąbnęło blisko granicy. Nie czytam więcej, bo to nie ma znaczenia, co w ciebie rąbnie, jeśli już tam się znajdziesz. 

       Wspominałam poprzednio o grzybach. Dużo ich mam i na bieżąco przerabiam, ale to były grzyby podarowane przez kogoś. Dopiero wczoraj po raz pierwszy w tym roku byłam i zbierałam osobiście. Zaledwie godzinkę i to po południu. Wszyscy okoliczni grzybiarze dawno wrócili z pełnymi koszami. Więc co ja mogę znaleźć o tej porze? Nie liczyłam na wiele. Jednak się udało. Trafiłam na miejsce maślaczkowe, a ja bardzo lubię maślaki, ich zapach i miąższ idealnie mi pasuje do grzybowego sosu. Ale nie to jest najciekawsze. Niespodzianką były dla mnie wprost na leśnej drodze rosnące czernidłaki kołpakowate. To bardzo specyficzne grzyby, ich wzrost w zaledwie parę godzin z młodego grzybka może doprowadzić do spływającej spod kapelusza czarnej mazi owocników. Wygląda wtedy jakby dosłownie się rozpływał. Zbiera się tylko młode okazy, które mają całkowicie białe owocniki. W moim małym kieszonkowym atlasie grzybów, w którym są oznaczenia gwiazdkowe według stopnia atrakcyjności i smaku, czernidłak kołpakowaty ma trzy gwiazdki, tyle samo, co borowik szlachetny. Więc moje znalezisko - a uzbierałam ich kilkanaście - jest wyjątkowe. Zabawne jest natomiast, że przeciętni tutejsi grzybiarze tego nie zbierają, nie wiedzą, jak cenny to grzyb. Podobnie jak szmaciak gałęzisty, który jest rzadszy, ale też wielokrotnie udało mi się go znaleźć, bo grzybiarze go omijają. Aczkolwiek ma tylko dwie gwiazdki, w smaku dla mnie jest niezwykle przyjemny, trochę korzenno-orzechowy. Rozmawiałam z koleżanką, która co roku chodzi na grzyby. Nigdy nie widziała czernidłaka, choć o nim słyszała. Tak samo nigdy nie znalazła szmaciaka. Czyli mam niesamowite szczęście. 

      Jesień zagląda do okien i widać ją na polach. Moje zajęcia gospodarskie w obejściu, na podwórzu, przy zwierzętach kończę dopiero koło dziesiątej wieczorem. Wczoraj weszłam do domu nawet później, coś koło 22:30. A w domu trzeba ogarnąć, przetwory robić. Jesienny nawał taki na wsi jest. 

      Ostatnio na płocie tuż za oknem przysiadł krogulec, którego zwabiły małe ptaszki kryjące się w cyprysie i dzikiej róży. Ptaszki narobiły rabanu i nie udało mu się polowanie. Odleciał. Ale sam widok, że był tak blisko zabudowań, niezwykły. No i muszę pilnować malutkich kurcząt, bo jeszcze się na nie połakomi. Pod leszczynami biegają wiewiórki. Nie wiem czy uda mi się z nimi konkurować w zbieraniu orzechów. Są sprytniejsze ode mnie. 

sto pierwszy wpis

      Potrafi ktoś wytłumaczyć, dlaczego nie aktualizuje się lista czytelnicza blogów?  Na niektórych pojawiły się już dwa, trzy nowe wpisy, a ja mam ostatnie zawiadomienia sprzed tygodnia. To jakiś test (naszej cierpliwości?) czy co znowu? 

       Ubiegłej nocy niedaleko polsko-ukraińskiego przejścia granicznego najpierw dron rozwalił ciężarówkę, a kilkanaście minut później kolejny dron trafił w lokomotywę pociągu osobowego relacji Kijów - Warszawa. No a ja się właśnie zastanawiałam nad podróżą kolejową. Co prawda nie do Kijowa, ale w pobliże granicy. I już, już miałam bilet kupować. Teraz to nie wiem...

        Od miesiąca, nie, od półtora miesiąca biegam po urzędach. Prostuję to, co nabałaganili urzędnicy, geodeci, ktoś, kogo nawet nie znam. Granice działek i miedze - lecą na ukos. Z jednej strony działki sąsiad siedzi w mojej działce na metr, a z drugiego końca moja działka wchodzi na kolejne cudze pole na trzy metry. Naprawdę. Ręce opadają. Z kolei w papierach z gminy mam zmienione nazwisko i datę urodzenia. Mówię, że się nie zgadza, a słyszę: "A w Urzędzie Wojewódzkim przeszło". No, cholera, nie wiem, kto tam co wysyłał, bo ja nie. I mnie Sąd takiego galimatiasu w papierach nie przyjmie. No dobra, prostujemy. 

      Ogólnie lubię wrzesień. Dzień już krótszy, to wieczory dłuższe. Rano rosa i chłodno, nie muszę się zrywać i lecieć do ogrodu czy nawet na podwórko, musi najpierw nieco obeschnąć. Może zacznę się wysypiać. Trawa już nie rośnie jak szalona, można kosić rzadziej. Laskowe orzechy spadają i stukają w stół pod leszczyną. Trochę do ścinania i zbierania mam: chmiel, winogron, jabłka, no i te orzechy. Dynie zwiezione, ozdabiają podwórko. A z lasu całe kosze, wiadra grzybów. Zamiast schabowych - kanie smażone w panierunku. Mam nadzieję, że  moja wątroba to wytrzyma. 

      Uwaga, gdyby ktoś miał jakieś zastrzeżenia: kani naprawdę nie można pomylić z muchomorami, trzeba być ślepym, żeby nie widzieć różnicy ;-) Grzyby zbieram od dzieciństwa. 

dożynkowanie

      Nie mylić z dorzynaniem ;-) Nie mylić w pisowni i w znaczeniu. Ponieważ mieszkam na wsi, dożynki są obecne nawet choćby jako obyczaj do podziwiania, bo ich organizacją zajmują się najczęściej panie z Koła Gospodyń Wiejskich, Ochotnicza Straż Pożarna oraz inni chętni. Mam już za sobą - bardziej jako widz - tegoroczne dożynki parafialne, powiatowe i dekanalne. Czas dożynkowania zakończył się uroczystościami dekanalnymi przedwczoraj, 8 września w święto Matki Bożej Siewnej (czyli Narodzenia Najświętszej Maryi Panny).  

     Najwięcej wiem o organizacji dożynek parafialnych, bo znam kilkoro ludzi, którzy je przygotowywali. Panowie z rolniczym sprzętem zadbali o przywiezienie bel i kostek siana, słomy i ustawienie z nich i udekorowanie dożynkowych witaczy. Słomiana para ze stosownym transparentem powitania stanęła przy bramie wjazdowej na teren wokół kościoła. Dalej brzegi schodów i wejście do świątyni udekorowane plonami i bukietami. Ułożone w rządku pyszniły się dynie w różnych odcieniach i kolorach, zbożowo-polno-słonecznikowe bukiety, w koszach dorodne papryki, bakłażany, cukinie, słoiki z miodem, gdzieniegdzie słomiane ozdobne figurki, zachwyciła mnie np. postać ludowego skrzypka. 

     Najważniejszy jest wieniec, czyli korona. Pamiętam jeszcze niedawne czasy, gdy gospodynie robiły je same z zebranych osobiście kłosów, kwiatów, ziaren. Materiał zbierały przez całe lato, bo kłosy do wyplatania wieńca musiały być zerwane odpowiednio wcześnie, zanim zboże całkiem dojrzeje, bo wtedy ziarno by się wysypało. Znam panie, które to robiły i poświęcały mnóstwo czasu na przygotowanie wieńca. Czasami projekty były tak artystyczne i pracochłonne, że ich wykonanie zajmowało nawet kilka tygodni, bo przecież te kobiety miały też codzienne obowiązki w gospodarstwie, a niektóre pracują zawodowo w mieście. Dzisiaj, właściwie od kilku lat, wieniec jest zamawiany: są ludzie, którzy zajmują się wykonywaniem wieńców i po prostu mają katalog wzorów, z którego wybiera się projekt i składa zamówienie. Taki nowy wieniec wykonany na zamówienie może kosztować nawet do dwóch tysięcy zł. Wszystko zależy od wielkości, stopnia skomplikowania, czasu potrzebnego na wykonanie. Więc w parafii, w której aktualnie mieszkam od kilku lat wieńce są zamawiane, a panie z Koła Gospodyń Wiejskich zajmują się innymi przygotowaniami.

    Przede wszystkim grupa zaangażowana w organizację dożynek przygotowuje oprawę artystyczną. Odpowiednio wcześniej tworzy się grupa śpiewacza, która przygotowuje dożynkowe pieśni. Od dawna pieśni dożynkowe mają swoją specyfikę. Akcentowane są w nich takie wątki jak dziękczynienie za plony i trud pracy na roli. Wdzięczność za boską opiekę i życzenia, aby nikomu nie zabrakło chleba. Czasami pojawiają się akcenty humorystyczne w postaci krótkiego skeczu, prezentowane są też wiersze. I, co najciekawsze, teksty pieśni zawsze są nowe, układane w danym roku na tę okazję, nawet jeśli bazują na jakimś tradycyjnym wzorze, to co roku słowa są inne. Melodie są tradycyjne brane ze znanych pieśni religijnych lub świeckich, takie, które powszechnie się zna, a do nich układa się słowa związane ze żniwami, dożynkami, pracą i podziękowaniem za plony. Dlatego zawsze jest to niespodzianka, co zostanie zaśpiewane. Podczas dożynek powiatowych lub dekanalnych, gdy prezentują się zespoły z różnych miejscowości, każdy wykonuje inne pieśni, inne są słowa, jedne ciekawsze, inne może mniej, ale nigdy właściwie nie słyszałam, aby powtarzał się ten sam utwór. No i wtedy można też podziwiać różne wieńce. Niektóre bardzo bogato zdobione, w ciekawych kształtach. W tym roku jednym z największych na dożynkach dekanalnych była łódź z masztem w kształcie krzyża, na którym rozpięte były białe żagle. Do tego kwiatowe i ziołowe ozdoby. Była też tradycyjna korona - stąd inna nazwa dożynkowych wieńców, czyli korona - zbudowana z czterech łączy wspartych na okrągłej podstawie, zwieńczonych na górze krzyżem. Całość ozdobiona kwiatami. Cały efekt zależy od użytego materiału. Odcienie kłosów są różne, kształt i kolor ziaren wykorzystuje się do wyklejenia takich elementów, jak krzyż, otwarta księga Biblii, Hostia.

    Wracając zaś do dożynek parafialnych, mimo że wieniec jest zamawiany gotowy, panie z Koła Gospodyń Wiejskich mają co robić. Poza tym, że układają i ćwiczą śpiewy, we własnym zakresie  przygotowują na dzień dożynek różne ciasta i domowe wypieki, którymi można się po uroczystej mszy poczęstować. Poczęstunek jest za darmo i niektórzy nadużywają gościnności pakując pełne reklamówki ciast dla całej rodziny do domu. A przecież to ma być dla tych, którzy przyszli i wspólnie świętowali, słuchali specjalnie przygotowanych pieśni, oklaskiwali trud włożony w przygotowanie uroczystości. Bardzo nieładnie. Chodzi o to, żeby wszyscy, którzy przyjdą, mogli się poczęstować, a nie tak, że znajdą się tacy, którzy zagarną większość dla siebie i dla innych nawet jedno ciasteczko nie zostanie. Jak zwykle wychodzi ta polska pazerność, którą można obserwować w innych sytuacjach, gdzie obowiązuje szwedzki stół. A ciasta jest naprawdę dużo i różnego rodzaju, bardziej i mniej słodkie, są regionalne specjały. A mimo to co roku powtarza się ta sama sytuacja.

      Zespoły dożynkowe mają w składzie starostę i starościnę, cztery osoby wyznaczone do niesienia wieńca i pozostałe osoby to te, które prezentują część artystyczną. Na uroczystość cała ekipa musi też przemyśleć stroje. Dawnej oczywiście były to stroje ludowe danego regionu. Dzisiaj bywa różnie, ale na przykład w mojej parafii panie niosące wieniec były w jednakowych sukienkach, a panie śpiewające w białych bluzkach i czarnych spódnicach, ale na wierzchu wszystkie miały duże kolorowe chusty z frędzlami oraz małe bukieciki z kłosem zboża i kwiatkiem wpięte we włosy. Na dożynkach dekanalnych widziałam zespoły w strojach ludowych, ale i inne we współczesnych. Panuje więc spora różnorodność. Dożynki dekanalne zakończyły się malowniczą procesją z wszystkimi wieńcami, które znajdują swoje miejsce w wydzielonej przestrzeni placu kościelnego, gdzie są przez jakiś czas eksponowane i można sobie pojechać spokojnie wszystkie obejrzeć. 

      Jeśli w danej parafii działa orkiestra dęta, to obowiązkowo uświetnia ona uroczystości. W sąsiedniej parafii wiem, że taka orkiestra jest. Także uroczystości dekanalne od strony muzycznej obsługiwała spora orkiestra usytuowana na specjalnej platformie obok ołtarza polowego, przed którym składane były wieńce. Pogoda dopisała, więc i ludzi było dużo. Wiele osób przyjeżdża z okolicznych miejscowości oklaskiwać swoje zespoły dożynkowe, a ponieważ reprezentują one poszczególne parafie, to widziałam, że proboszczowie dodawali otuchy swoim parafianom, szli z nimi, gdy ustawieni w kolejce byli wywoływani na scenę do prezentacji, niektórzy nagrywali i robili zdjęcia. Bo właściwie za każdym razem kto inny przygotowuje i wieniec, i pieśni, i całość, więc są to ludzie, którzy na co dzień zajmują się czym innym, a tylko z okazji dożynek zamieniają się w artystów, więc mają tremę przed występem. Dlatego należą się brawa za odwagę, podziw i wdzięczność za poświęcony czas i docenienie za oryginalność. 

odklejenie

      Czytam sensacyjne - według niektórych - doniesienia ze świata bliższej i dalszej polityki. Zanim przejdę do sedna zaznaczę, że emocjonalną ocenę osób i wydarzeń uważam za postawę bezsensowną. Poza tym mam świadomość, że w wielu sprawach wiem tylko tyle, ile napisały media, a często są to informacje cząstkowe i wybiórcze. Wypowiedzi polityków zaś ze swej istoty zawsze są jakoś nacechowane i skażone subiektywizmem, więc tym bardziej nie można ich traktować jako obiektywnych diagnoz. Śledząc zaś to, co zostaje nam ujawnione czy to przez samych "aktorów" sceny politycznej, czy przez dziennikarzy tej czy innej platformy informacyjnej, widzimy jakiś wycinek rzeczywistości, której całości zapewne nigdy nie będzie nam dane poznać. 

     I co z tego wynika? Ano to, że ocena rzeczywistości widzianej z górnych pięter polityki i z parteru zwykłych ludzi bywa skrajnie odmienna. Wczorajsze zwycięstwo AfD (Alternatywa dla Niemiec) w Saksonii, a zwłaszcza komentarze do tego wydarzenia na różnych portalach informacyjnych tego dowodzą. Przeważnie histeryczne reakcje oficjalnych władz politycznych w samych Niemczech, ale i w innych krajach Europy, świadczą o wielkim oburzeniu i zdziwieniu. Ja też się dziwię, ale tym reakcjom. Dlaczego? Dlatego, że świadczą one o odklejeniu szermierzy górnolotnych idei od codzienności przeciętnych obywateli, ich marzeń, aspiracji i uciążliwości codziennego życia. Większość z nich nie zastanawia się, jak nieraz wydumane przepisy wprowadzane odgórnie zza biurka, utrudniają życie.  Przede wszystkim ci piastujący stanowiska polityczne w krajach Europy oraz w całej Unii Europejskiej żyją w jakiejś bańce idealnych rozwiązań, które co rusz serwują obywatelom zmęczonym już ponad miarę kolejnymi udoskonaleniami, przepisami prawnymi, za którymi od dawna nikt nie nadąża. Dochodzą do tego różnego rodzaju napięcia społeczne, kryzysy, konflikty, które wysoko postawieni urzędnicy z uporem maniaka marginalizują, a to one są i będą najważniejsze w momencie podejmowania decyzji o oddaniu głosu wyborczego. 

       Mam wrażenie, że kiedy proeuropejskie partie i stronnictwa ogłaszają swoje idealistyczne programy naprawy świata, kierują się globalnymi statystykami, natomiast przeciętny wyborca idzie do urny z własnym indywidualnym doświadczeniem, własną indywidualną historią, własnym zmęczeniem całym tym przerostem paragrafów i niezrozumiałych wymogów nad codziennym życiem. Mnie zwycięstwo AfD wcale nie dziwi. A mówienie, że "tylko idioci albo zdrajcy mogą się cieszyć z triumfu  AfD" (Donald Tusk) jest przykładem takiej właśnie pogardy władzy, która sama sobie kopie grób w następnych wyborach.  

      Poza tym, cóż, zasady demokracji są jasne: każdy głos liczy się tak samo. I teraz jeśli ta część, która zagłosowała tak, jak zagłosowała (co dotyczy też wyborów w Polsce), jest traktowana jak pariasi, jak durnowata masa i obywatele nie drugiej, ale wręcz trzeciej kategorii, to czego te elity się spodziewają? Że takim językiem kogokolwiek przekonają? Przepraszam, ale gdy ktoś by mnie na wejściu nazwał idiotką, to pokazuję mu drzwi. 

        Nie mam tyle odwagi, aby komukolwiek powiedzieć, że jest idiotą, bo głosuje inaczej niż ja. Bo, jak napisałam wyżej, za tymi glosami stoją indywidualne historie, marzenia, aspiracje, doświadczenia, których statystyki nie ujmują, a szczytne idee nie uznają za istotne. Dla zwykłych ludzi liczy się konkret. Sama też nie lubię teoretyzować, więc przejdę do konkretnych przykładów.

Przykład 1.

Znajomy pracował jako spawacz w fabryce należącej do austriackiego właściciela. Tutaj, w Polsce. Spawaczy akurat potrzeba, więc z zatrudnieniem nie miał żadnych problemów. Po wybuchu wojny w Ukrainie część przybyłych uciekinierów znalazła w tej fabryce zatrudnienie. I w porządku, skoro byli fachowcami, znaleźli tutaj jakieś miejsce zaczepienia, pracę, dom. Ale co się okazało? Ukraińcy dostawali wypłatę w euro, która była wyższa niż pensje Polaków wypłacane w złotówkach. To nie było fajne, ludziom się nie podobało, zaczęli odchodzić. Mój znajomy po prostu zwolnił się z tego zakładu, a jako spawacz  bez problemu znalazł zatrudnienie gdzie indziej, z wyższą pensją, gdzie wszystkich pracowników traktuje się jednakowo według jasnych kryteriów.

Przykład 2.

Para emerytów budowała dom. Długo to trwało, bo żyją tylko z tej emerytury, dzieci nie mają. Odziedziczyli działkę poza miastem i na stare lata postanowili przenieść się w spokojne miejsce. Budowa trwała kilka lat, własnymi siłami, na ile kolejne odkładane kwoty pozwalały. I kiedy już wszystko było gotowe, weszły nowe wymogi odnośnie pieców i inspektorat nadzoru budowlanego nie wydał zgody na użytkowanie. Para ta do dziś nie przeprowadziła się do swojego domu, bo muszą zebrać pieniądze na nowy piec. 

Przykład 3.

Aby dostać unijne dopłaty w rolnictwie, trzeba spełnić wiele wymogów. Nawet wszystkich nie znam, bo sama w tym nie siedzę. Ale np. taki obornik po wywiezieniu  i rozrzuceniu na polu należy w ciągu 12. godzin zaorać i zdjęcie wysłać gdzieś tam. Czyli, np. gdy rolnik wywiezie obornik wieczorem koło 17:00 czy18:00, bo w dzień ma inną robotę, to z zegarkiem w ręce musi zdążyć zaorać następnego dnia o piątej lub szóstej  rano zanim minie te 12 godzin. Zgłoszenie do Powiatowego Inspektoratu Weterynaryjnego jakiejkolwiek hodowli: bydła, trzody, pszczół wymaga podania lokalizacji geograficznej, długości i szerokości geograficznej. Nie, nie wystarczy podać, że np. obora znajduje się pod takim a takim adresem, nie wystarczy podać numeru działki. Trzeba podać współrzędne GPS. Tutaj akurat sama miałam do czynienia z takim absurdem, bo zgłaszałam swoje ule z pszczołami. A ule nie stoją w kupie, tylko w różnych miejscach na działce  - to jak - pytam - w Inspektoracie - dla każdego ula mam podać współrzędne GPS? A jak ktoś ma pasiekę wędrowną, powiedzmy na miesiąc wywiezie gdzieś w pole na konkretne uprawy rzepaku, potem gryki, a jeszcze później do lasu na miód wrzosowy,  to ma za każdym razem zgłaszać? A każde zgłoszenie - 10 zł opłaty w Urzędzie Miasta. No super po prostu.

Przykład 4.

Osoba bezrobotna, kobieta w trudnej sytuacji życiowej, po kilku latach oczekiwania dostała przydział na mieszkanie socjalne z zasobów miasta. Po jakimś czasie jej mama ciężko zachorowała i wymagała stałej opieki. Po spełnieniu wszystkich wymogów córka otrzymała stały zasiłek pielęgnacyjny w związku ze sprawowaniem opieki nad niepełnosprawną matką. I wtedy dostała wymówienie mieszkania socjalnego, ponieważ zasiłek jest jej dochodem, więc straciła status osoby bezrobotnej nie mającej dochodów. Jak ocenić tę sytuację w zestawieniu z pewną panią wicedyrektor Miejsko-Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej w Piasecznie, która mimo rocznego dochodu 300 tysięcy zł. zajmuje lokal komunalny? Albo w porównaniu z zajmowanym przez posłankę lokalem komunalnym w Krościenku.

        Ciąg dalszy owego mieszkania komunalnego, z którego wyeksmitowano bezrobotną z ciężko chorą matką jest taki, że otrzymała je osoba z Ukrainy, która pracuje, ma normalne pobory w wysokości średniej krajowej. 

         Zagadka, chociaż nie nazbyt trudna: na kogo zagłosują ludzie z doświadczeniem takim, jak w opisanych przykładach? A wracając do pierwszego wątku wygranej AfD, Hitler też zdobył władzę legalnie, w wyniku wyborów. Obiecywał ludziom spełnienie marzeń o Wielkiej Rzeszy. Czy poza wyśrubowanymi zakazami, nakazami, absurdalnymi wymogami i rosnącymi karami współcześni decydenci potrafią zapewnić choćby w minimalnym stopniu więcej spokoju i normalności? 

      Nie zaorzesz na czas obornika na polu - kara, nie zdążysz wymienić pieca na czas - kara, nie zgłosisz na czas hodowli - kara, wrzucisz w pośpiechu wytłoczki po jajkach nie do tego pojemnika - kara (moja znajoma z Podkarpacia dostała karę za to, że w jej pojemniku na odpady zmieszane znaleźli wytłoczki po jajkach, a powinny być w pojemniku na papier), spalisz gałęzie na działce - kara... I tak robi się z obywateli przestępców. 

ojciec Czas, matka Rzeka

        Podziwiam ludzi, którzy potrafią zrobić bilans miesiąca wyszczególniając, co zrobili, co się wydarzyło, co kupili, gdzie byli. Nie w...