objazdówka

       Nawiązując stylistycznie do poprzedniego wpisu, będzie to paczania ciąg dalszy. O słuchaniu też będzie. Tak się złożyło, że w niecałe dwie doby zrobiłam sobie objazdową wycieczkę po Lubelszczyźnie i części Roztocza. Zaczęłam od Lublina, gdzie mnie skusiła Noc Kultury z 6 na 7 czerwca. Skoro noc, to chyba nie potrzebuję noclegu? 

        Cały program wydarzeń to kilka bitych stron, więc wiadomo, że człowiek wszędzie nie zajrzy. Biedziłam się kilka dni nad wyborem i w końcu stanęło na tym, że zdam się na spontan. Rzecz pierwsza po przyjeździe: uzupełnienie braków kawy w organizmie. Poza tym czekała mnie cała noc wrażeń, trzeba mieć energię. Potem zameldowanie się w hotelu. No jednak swoje lata mam, wzięłam poprawkę na potrzeby  organizmu i nocleg zarezerwowałam, co nie obyło się bez trudów, bo dosyć późno się do rzeczy zabrałam, gdy inne upatrzone lokalizacje były już niedostępne. 

      Nocleg, gdy gdzieś jadę, to rzecz tylko po to, żeby przetrwać. Nie szukam miejsca z serią gwiazdek i atrakcji, bo nie jadę po to, żeby w hotelu siedzieć. Potrzebuję spania z łazienką i tyle. Jako że mam swoje lata, biorę pokój jednoosobowy. Cała reszta, czyli te dodatkowe gwiazdki mnie nie obchodzą i nie zamierzam za to płacić. Dlatego najpierw szukam jakiegoś taniego hostelu. Chodzi też o to, żeby mieć jak najbliżej, gdzieś na peryferiach nie bardzo mnie urządza, bo przemieszczam się komunikacją zbiorową: autobusy, busy, ewentualnie pociągi. Tutaj się spóźniłam trochę, a impreza ściągnęła rzesze turystów. Ale podzwoniłam tu i tam i udało mi się, o dziwo, zdobyć pokój w hotelu całkiem niedaleko z ceną do zaakceptowania, a nawet wynegocjowałam zniżkę. (Żart, oni te zniżki mają w ofercie, na pewno i tak na tym zarobią, to się nazywa reklama.)  

       A potem spotkanie z ludem. Najpierw z tym ludem, z którym byłam umówiona na wieczorne i nocne wędrówki, a potem z ludem, który tłumnie zjechał chyba z połowy Polski. Całe szczęście, że nasze peregrynacje rozpoczęły się dosyć wcześnie i jeszcze udało się nam posłuchać z bliska wielkich bębnów (Orkiestra Wielkich Bębnów), znaleźć wolne miejsce w kawiarni Między Słowami, zwiedzić wystawę szuwarów i wodorostów, poczytać mądrości postaci z dobranocek, obejrzeć Lublin na obrazach, zatonąć w ciemnościach wystawy rzeźby z czarnego dębu, ponownie zahaczyć się w miejscu z jadłem i napitkiem, bo gdy z niego wyszliśmy, zobaczyliśmy rzekę. Rzekę głów idących w stronę Starego Miasta, że ani się wścibić. Rozejrzałam się czy gdzieś jakiegoś Mojżesza nie znajdę, żeby nam zrobił przejście przez to morze ludzi głodnych całonocnej kultury. Nic z tego. Można było tylko próbować iść z prądem lub zostać tu, gdzie stoimy. Poszliśmy z prądem skręcając w boczny nurcik o mniejszej intensywności już poza centralnym placem atrakcji. 

       Wstępujemy do Muzeum Czechowicza. Z panią kustosz i jeszcze jednym zwiedzającym rozmawiamy o przedwojennych maszynach do pisania. Eksponat muzealny nosi na klawiaturze odciski palców Józefa Czechowicza, przepisywał na niej swoje wiersze. Ja miałam w domu Mercedesa. Ciężka maszyna. Po długim pisaniu palce bolały. Starszy pan mówi, że pisał na Underwoodzie. Stare dzieje. Kto dziś z młodego pokolenia wie, co to znaczyło mieć w tamtych czasach maszynę do pisania.

       Z wystawy przepisuję fragment poematu napisanego do obrazu Jana Wydry "Wskrzeszenie Łazarza": "... jakby coś się zmieniło w tym obrazie. Nabrał życia i śmierci. Zaczyna mi się podobać."

       Na wystawie rzeźb z czarnego dębu w ciemności pyta mnie ktoś, co widzę. Odpowiadam, że w tej chwili nic, bo ciemno. No dobra, coś widzę, bo rzeźby minimalnie oświetlone. 

- Widzę klucz, o, nawet dwa, jeden do góry nogami wtopiony w drewno. 

- To ja powiem, co ja widzę - odpowiada głos z ciemności. 

- Tak? Dobrze. 

- Ale o innej rzeźbie, bo ta dla mnie za trudna - Ok, podchodzimy do innej. 

- Co widać? - znowu pyta głos. 

- Totem - odpowiadam. 

- O, właśnie. A jaki? indiański, afrykański? - pyta głos. 

- A skąd ja mogę wiedzieć?! 

- No to zobaczmy, obchodząc dookoła. Z każdej strony widać twarz - może on widzi, ja nie bardzo - myślę sobie, ale zrobię mu tę przyjemność i odpowiadam, że widać. 

- Bo jest jak Światowid - mówię.

- No właśnie - głos potwierdza usatysfakcjonowany.  

      Myślicie, że rozmawiałam z autorem tych rzeźb? Bo nie mam pojęcia, kto to był. 

Wędrówkę zakończyłam przed północą. Jednak pokój w hotelu się przydał. Nawet śniadanie było w cenie. Wybieram grillowane warzywa z bakłażanem. Lokalizacja też okazała się doskonała. Trzy minuty do przystanku, skąd idealne połączenia złapałam najpierw rano do Śródmieścia do kościoła, bo to już niedziela była. Tylko w którą stronę iść? Proste: za ludźmi. I faktycznie, upatrzyłam sobie nobliwą parę w odświętnych ubraniach. Trafiłam za nimi do bazyliki oo. Dominikanów. Świątynia barokowa, do znalezienia w Internecie, nie będę przynudzać historią sztuki. Zwróciłam uwagę na rzadko spotykany - a może nawet nigdzie dotąd nie spotkany przez mnie przynajmniej - sposób eksponowania krzyża przy ołtarzu. Duży stojący krzyż został ustawiony na tle jeszcze większego zielonego żywego drzewka rosnącego w ogromnej donicy. Nie wiem, co to za drzewko, nie widziałam dokładnie.  I super! Nie żadne kwiaty cięte, które trzeba wymieniać, robić coraz to nowe bukiety, tylko rosnące żywe drzewko. Ostatecznie teraz kościoły są ogrzewane, to i drzewko takie może sobie stać cały rok. A poza tym organista grał z fajerwerkami. Jakie ozdobniki, motylki, dzwoneczki, falbanki, świetne organy. Po prostu cudo. Zdaje się, że nie było to takie codzienne czy coniedzielne wystąpienie, bo niemal wszyscy wychodząc zadzierali głowy do góry, gdzie na koniec jeszcze organista grał coś ozdobnego. Doczekałam do końca tego niespodziewanego koncertu. 

       Kolejna część trasy: kierunek Zamość. Przed wyjazdem z Lublina podziwiam jeszcze Dworzec Metropolitalny. Jedna ściana cała w zieleni i kwiatach - żywych. Po porostu kwitnąca ściana. Jest też taras widokowy i ogród na dachu, ale tutaj jakoś anemicznie to wygląda. Zjeżdżam na dół i teraz na wschód. Trochę przysypiam, ale tereny przepiękne. Zieleń, rzeczki, pola, na horyzoncie majaczą (a może to ja majaczę z z niewyspania) zalesione pagórki Roztocza. Jakieś miejscowości... Łopiennik, Krasnystaw, Sitaniec, Izbica i Zamość. Kierowca zatrzymuje się i mówi, że stąd najbliżej do Rynku. Do mnie to mówi. Dlaczego do Rynku? Bo tam odbywa się Jarmark Hetmański, na który się wybieram. 

       Gdzie można znaleźć Padwę, Veronę i Romę blisko siebie w odległości kilkudziesięciu metrów? Tylko w Zamościu, mieście renesansowym. To restauracje. Kanclerz Jan Zamoyski, założyciel Zamościa i Ordynacji Zamojskiej studiował między innymi w Padwie. O historii Zamościa też pisać nie będę, kogo interesuje, znajdzie sobie. Obchodzę wszystkie po kolei "włoskie" restauracje, a dodatkowo inne, artystyczne - Bohema, Casino... Obchodzę z daleka, tak tylko podziwiając inwencję nazewniczą. Podziwiam ormiańskie kamienice, słynny Ratusz z wachlarzowymi schodami, zanurzam się między kramy jarmarku. Wiele autentyków, np. jak są rzeźby ludowe, to sprzedaje je autor, wytwórca, artysta ludowy, a nie jakiś pośrednik. O rękodziełach na szydełku - przepiękne chusty! - można sobie porozmawiać z kobietą, która je robi. Jest ceramika, wiklina, malarstwo na desce, witraże, kapelusze ze sznurka, drewniane zabawki dla dzieci... 

      Chyba się zgubiłam. Przejdę sobie dookoła Rynku podcieniami. Oglądam witryny. W jednej zabawna skarbonka świnka - od razu z młotkiem w zestawie. Skręcam w stronę Rynku Solnego, szukam swojego hostelu. Jest Senator - hotel w zabytkowej kamienicy. Jego właścicielem był nieżyjący już Witold Paszt, założyciel zespołu VOX. Ale to nie mój nocleg, mój pokój jest w hostelu kilka kroków dalej. Natomiast tropem muzycznym idąc, jeśli Zamość, to musi być Grechuta. Czytam plakat z zapowiedzią koncertu piosenek Grechuty w wersji symfonicznej. Za tydzień. No nie przyjadę tutaj ponownie za tydzień. 

      Zameldowanie, wymeldowanie wczesnym rankiem, po piątej i ciąg dalszy mojej objazdówki. Kierunek - Biłgoraj. Myślałam, że jak wybiorę się tak rano, na ulicach nie będzie żywego ducha. A gdzie tam, jest poniedziałek, ludzie do pracy, niektórzy z pracy, zaspana młodzież dojeżdża do szkół. Jest dopiero po szóstej, ale zanim dojedziemy, będzie prawie ósma. Autobus zbiera wszystkich po drodze niemal z każdego przystanku. Jedni wysiadają wcześniej, inni jadą do samego końca. Trochę przysypiam w drodze, ale widzę ciekawe rzeczy. Po drodze gdzieś duży tartak, przy bramie wjazdowej do niego znak ograniczenia prędkości: 10. Czy naprawdę ktoś próbował wjeżdżać szybciej, widząc dookoła te sterty desek, palet, jakichś resztek drewnianych, że trzeba aż było taki znak zamieścić? 

      Po drodze Szczebrzeszyn. O, jakże polskie miasto. Przed Ratuszem cztery rzeźby chrząszcza. Jeden w eleganckim kapeluszu gra na skrzypcach. Stary cmentarz i kirkut. Niby nieduże miasteczko, a obok dworca jest galeria sztuki i pracownia malarska. Autobus robi pętlę i jedzie dalej. Po drodze więcej lasów. Zwierzyniec zaczyna się lasem i zaraz za nim znowu las. Jakaś miejscowość i znowu las. Za drzewami majaczą ule wędrownej pasieki. Hedwiżyn - ciekawa nazwa. Od imienia Jadwigi. Miejscowość, czy może folwark należący do Jadwigi, czyli Hedwigi - czyj? - Hedwiżyn. G wymienia się na ż. Coś wspaniałego, taka polszczyzna. 

      I jestem w Biłgoraju. Jak dawno tu nie byłam. Zaskoczył mnie dworzec: odnowiony, świeże białe otynkowane ściany, nowe przestronne okna. Tuż obok przestronna kawiarnia. Z Zamościa wyjechałam zanim otwarto jakieś lokale, więc tutaj zasiadam do pierwszej aromatycznej kawy. Nawet spory wybór słodkiego pieczywa, ciast, jakieś sałatki. Chwila odpoczynku, bo to ostatni przystanek przed ostatecznym już powrotem do domu. Znowu plakaty z zapowiedziami wydarzeń kulturalnych: za tydzień, za dwa... Koncerty, festiwale, dni miejscowości, rajdy... Nie da się być wszędzie.  

co ja paczę?

     Paczałam na chmury nad ziemią, czy aby nie zacznie padać w czasie procesji. I chmury się rozeszły. Suchą stopą obejszłam całą drogę. I zasiadłam do czytania wiadomości. A tu tyle nowości, nowinek i nonsensów. Nie wiadomo, co wybrać, na czym to paczanie zawiesić. 

     Wieść zaoceaniczna ogromniała mi w oczach aż prawie okulary trzasły. No bo jak to?! Clint Eastwood przechodzi na emeryturę? Niemożliwe! Tak wcześnie? Zaledwie 96 lat i już mu się nie chce??? Kto to widział, żeby taki młody pragnął już tylko odpoczywać! Niech doczeka chociaż do setki.

     Okiełznawszy nieco ogromniejące ze zdziwienia oczy, natrafiłam na kolejny njus (a może snus? kto tam się rozezna...), jakoby Tusk zaproponował wzniesienie pomnika Tadeusza Mazowieckiego i zaprosił do komitetu organizacyjnego wszystkich byłych premierów pełniących to stanowisko od pamiętnych wyborów w 1989 roku. No myślałam, że to fejk wygenerowany przez SI. Tak, Polska pomnikami stoi. Tylko kto na tych pomnikach stoi? Nie da się zapamiętać. Jak o Kazimierzu Wielkim się mówi, że zastał Polskę drewnianą, a zostawił murowaną, tak za sto, dwieście, trzysta lat nasi potomni będą o naszych czasach mówić, że Polskę sukcesów niensyconą pomnikami zastawiono. 

       A sukcesy są. Wszystkie oczy paczą na Paryż. Tam się można zachłysnąć i zejść na zawał. Maja Chwalińska w finale Rolanda Garrosa. Nie będę ściemniać: tego nie paczałam. Tylko poczytałam później. Wyczytałam jaki wynik. Duszom siem radujem, sercem gratulujem! W sobotę też paczać nie będę. Przeczytam potem. 

     Na tym paczanie dzisiaj zakończyłam. 

      

To był maj...

 ... pachniała Saska Kępa...

      I właśnie maj się kończy. Czy Saska Kępa pachniała, nie wiem, nie było mnie tam. U mnie pachniały konwalie, bzy, skoszone trawy. Nie obyło się bez nieprzyjemnych niespodzianek. Dwa dni temu pojawił się o poranku kolejny przymrozek. Poraziło dynie. U kogoś nawet kwiaty jaśminu przymroziło. Pierwszy raz się z czymś takim spotkałam o tej porze, żeby omarzł jaśmin. Bo że przemarzły brzoskwinie i czereśnie, to już stara historia, jeszcze w kwietniu. Tymczasem maj w zasadzie był suchy - tych kilka-, jeśli nie kilkanaście pożarów w kraju świadczy o bardzo niskiej wilgotności lasów. Co z tego, że czytam właśnie o nawałnicach i oberwaniu chmury w innych regionach, gdy obecny miesiąc w mojej gminie zakończył się pilnym apelem o oszczędzanie wody z wodociągu i zakazem podlewania trawników, ogrodów i upraw. Jak widać, każdy region ma swoje problemy.  W jednych powodzie, w drugich susza, a w jeszcze innych trąby powietrzne lub gradobicie. 

      I każdy region ma swoje atrakcje. Nie ma gorszych czy lepszych. Zaczyna się sezon festiwali, przeglądów muzycznych, teatralnych, targów, jarmarków. Chmielaki, Jagodziaki, Kaszaki, Festiwal Cebuli, Kurpiowskie Miodobranie, Festiwal Miodu i Ziół oraz liczne festiwale smaków i produktów regionalnych. Coraz więcej organizowanych jest festiwali organowych, w mojej okolicy jest co najmniej pięć, a przypuszczam, że nie wiem o wszystkich. Najbliższy będzie już w czerwcu. 

      Ale miało być o maju. Cały miesiąc stał pod znakiem pracy w ogrodzie warzywnym. Ostatnie nasadzenia robiłam jeszcze przedwczoraj. Teraz tylko pielęgnacja: pielenie, zwalczanie ewentualnych insektów, nawożenie, doglądanie jak rośnie. Wszak pańskie oko konia tuczy. Na podwórzu pojawił się przychówek: kwoka wysiedziała kurczęta. No i prawidłowo. Skoro niektóre ptaszki już wysiedziały i wyprowadziły z gniazd pisklęta, to i w kurniku czas na powiększenie stada. Którejś nocy natomiast namierzyłam na podwórku jeża. Nie chciałam go niepokoić, więc go nie śledziłam i nie wiem, gdzie się ukrywa w dzień. 

     Ruda sąsiadka - wiewiórka - codziennie przechodzi przez płot i buszuje w moich leszczynach. Na ziemi szuka starych zeszłorocznych orzechów. Nawet specjalnie nie ucieka, gdy przechodzę. Tak łatwo wykurzyć się nie da, skoro tu ma taki zastawiony stół. U mnie orzechy laskowe potrafią wisieć niezerwane całą jesień, a jak spadną, to leżą dalej przez zimę aż do teraz. O ile nikt wcześniej się na nie nie połakomił. Wiewiórka więc ma w czym wybierać. 

     No i na koniec maj rozpoczął moje zabiegi zdrowotne. Kilka dni temu miałam nieduży zabieg chirurgiczny, którego dodatkowym plusem jest to, że wymusza zmianę diety. Sama z siebie nie mam aż tyle samozaparcia, więc niejako przy okazji organizm dopomniał się o regulacje w tym zakresie. No i jest świetnie. Zaczęłam spadać na wadze. Można zaczynać czerwiec. 

piętnastolecie

      Piętnaście lat to wystarczająco długi czas. Pozmieniało się. Na przykład ja sama dwa razy zmieniałam adres zamieszkania. Dwie uciążliwe wieloetapowe przeprowadzki, w tym jedna poprzedzona kompleksowym remontem. To nie dla mnie. Mam nadzieję, że już się to nie powtórzy. 

      Przez piętnaście lat zmieniło się wiele w otoczeniu, w rzeczach i sprawach tego świata. Czy na lepsze? Nie zawsze. Piętnaście lat temu ze swojej gminnej miejscowości miałam bezpośrednie połączenia autobusowe do Warszawy, Krakowa, Łodzi, Lublina, Zamościa. Kursowały nawet w soboty i niedziele i niektóre święta. Dzisiaj nie ma żadnego z nich. Najpierw upadły PKS-y, trasy przejęły prywatne przedsiębiorstwa. I nawet gdy było jeszcze trzech różnych przewoźników, dawało się znaleźć połączenia pasujące na każdą okoliczność. Potem, jak to bywa w brutalnym świecie biznesu, jeden przewoźnik wysiudał z trasy dwóch pozostałych i został monopolistą, mogąc dyktować warunki. Dzisiaj dyktuje je tak, że w soboty i niedziele nie ma jak się wydostać. W samej mojej miejscowości jest tylko jeden kurs dziennie: rano do miasta powiatowego i powrotny po południu. To wszystko. Gdy pofatyguję się prawie 3 km do innego przystanku, mogę mieć połączeń więcej, ale żaden nie kursuje w weekendy i żaden nie jest bezpośrednim połączeniem dalekobieżnym, jak te wymienione na początku. Zostałam odcięta od świata. Jest też problem z powrotami. Bo gdy wybiorę się w dalszy wyjazd, to zanim obrócę po załatwieniu spraw i dotrę do najbliższego miasta powiatowego, to nie mam już czym dojechać do swojej gminy. A gminna miejscowość to nawet nie ta, w której mieszkam, więc do siebie pozostaje mi tylko powrót na piechotę. Ostatni bus odjeżdża o 18:00. Nie oszukujmy się, jak ma się jechać sto czy dwieście kilometrów w jedną stronę, nie mam szans złapać ten ostatni busik o szóstej. Utknęłabym chyba na dworcu. 

      A dworzec jest nowy, ładny, czysty, z ławeczkami, toaletą dla niepełnosprawnych. Piętnaście lat temu był to obskurny blaszany barak, pełen porozrzucanych dookoła petów i śmieci. Ale zawsze dyżurował dyspozytor i kursów było więcej. Dzisiaj dworzec jest ładny i funkcjonalny, lecz zamykany na głucho o dwudziestej. W oddalonym ok. 70 km prawie sześćdziesięciotysięcznym mieście, po podobnych zmianach prywatyzacyjnych, dworzec jest zamykany o siedemnastej - tak o 17:00! Wiem, bo byłam. Autobus miałam później i czekając na nie szukałam toalety. Nigdzie nie ma. Żadnego szaletu miejskiego, nawet żadnego toi toia. Zlitowała się kobieta pracująca w jednym z okolicznych sklepów i udostępniła mi swoją toaletę służbową. 

        Wracając zaś do moich stron, gmina się przez piętnaście lat unowocześniała, choć stała się wykluczona komunikacyjnie. Nie wiem, jak to idzie w parze i czy można mówić o nowoczesności, jeśli się leży poza trasami komunikacyjnymi. Władze gminy przeniosły się z PRL-owskiego baraku z drewnianymi skrzypiącymi schodami do nowoczesnego budynku z windą dostosowaną dla niepełnosprawnych, zadaszonymi stanowiskami parkingowymi i przestronną recepcją. Czy sprzyja to pogłębieniu kompetencji urzędników? Szybciej i sprawniej będą załatwiane sprawy? 

       W ostatnim piętnastoleciu powstało kilka ścieżek rowerowych. Teoretycznie miały włączyć tereny do dłuższej sieci tras turystycznych wiodących przez przyrodnicze atrakcje trzech powiatów. No i się posypało, bo ścieżka urywa się na granicy dwóch gmin. Jedna zrobiła na swoim terenie do granicy, a druga nie pociągnęła dalej. Brakujący odcinek trzeba przejechać szosą wojewódzką o dużym natężeniu ruchu, gdzie miało miejsce już wiele tragicznych wypadków z udziałem rowerzystów. Na razie nic się w tym kierunku nie dzieje. Trwa zastój. 

      Natomiast w kolejnym mieście kręci się biznes. Bank PKO przejął ogromny budynek, planowany jako hotel, którego właściciel zbankrutował i okazały budynek w centrum miasta stał się siedzibą oddziału banku. W starej siedzibie ulokowały się punkty handlowe i usługowe: jubiler, piekarnia, kancelaria notarialna i kilka innych. Piętnaście lat temu był jeden optyk, u którego wszyscy robili okulary. Teraz ten sam optyk ma cztery punkty w różnych lokalizacjach, a pojawiła się też konkurencja. Konkurencja ma większy wybór oprawek i soczewek, daje też dodatkowe rabaty i promocje. Na pewno nie daje ich koszem własnego zysku, więc jaką marżę stosuje ten pierwszy? Ostatnio odwiedziłam wszystkie te punkty i mam porównanie.  Różnica w cenie za nowe soczewki z tytanową oprawką - jakieś 400 - 500 zł. 

       Właśnie zdałam sobie sprawę, że przez ostatnie piętnaście lat powiatowe władze samorządowe, czyli starostwo, także dwa razy zmieniało siedzibę. Za każdym razem wiązało się to z ogromnymi remontami całych budynków, które wcześniej służyły innym celom. Różnica polega na tym, że za swój remont płaciłam sama, a oni z pieniędzy publicznych. W tym czasie w siedzibie urzędu miały miejsce co najmniej trzy duże afery korupcyjne, zakończone wyrokami skazującymi dla pracowników. Zapadły też trzy (tyle pamiętam, nie śledzę aż tak szczegółowo tego, co tam się dzieje) prawomocne wyroki nakazujące zapłatę odszkodowania dla niesłusznie zwolnionych pracowników. Zwolnienia podpisywał starosta, czyli on jest za to odpowiedzialny, że teraz te odszkodowania zostaną wypłacone z publicznych pieniędzy. Jak to możliwe, że on jeszcze jest starostą? Nie mam pojęcia.  

      Piętnaście lat temu koło mojego dawnego miejsca zamieszkania w mieście był plac zieleni z trawnikiem i brzozową alejką. Miasto sprzedało teren i powstał supermarket. Najpierw, żeby przyciągnąć klientów, miał niskie ceny, akcje promocyjne i ciekawy asortyment towarów, często niedostępnych gdzie indziej. Po mniej wiece dwóch latach sieć wycofała się, supermarket przejął nowy właściciel i zmienił nazwę. Minęły dwa - trzy lata i kolejna zmiana. Wchodzi nowa sieć ze swoim logo. I tak bez końca. Tymczasem w centrum powstaje nowa galeria handlowa, na obrzeżach supermarkety czterech różnych sieci, na terenie lokalnego targowiska wybudowano kolejną galerię. W tym czasie upadły cztery (czyli wszystkie w mieście) księgarnie, zniknęły cztery (te, które znałam) punkty z usługami szewskimi, zamknięto dwie drukarnie, w miejscu sklepu spożywczego powstała galeria chińska, powiatowy szpital popadł w długi, zrewitalizowano rynek, co polegało na tym, że wycięto drzewa i wybetonowano jego środek, a ławeczki teraz stoją nieocienione, więc rzadko kiedy ktoś z nich korzysta. Zniknęły też dwa miejskie szalety: w centrum i na dworcu autobusowym. Jeden z tych szaletów prowadził emeryt który sobie w ten sposób dorabiał. Cichy spokojny starszy pan. Kiedy miasto wymówiło mu najem, bo w tym miejscu budować ma kolejny deweloper, obok już powstał jeden budynek, człowiek ten popełnił samobójstwo. 

      I buduje się, a jakże, coraz to nowe. Miasto się rozwija, rozrasta. Wybudowano obwodnicę i zlikwidowano połączenia kolejowe. I tak nie było ich dużo, teraz został może jakiś jeden osobowy pociąg, nawet się nie orientuję, bo przestałam koleją jeździć. Dokończono jeden kościół na osiedlu i powstał całkowicie nowy na innym osiedlu, powstała parafia prawosławna i Sala Królestwa Świadków Jehowy. W jednej dziedzinie widać zdecydowany rozwój: w usługach pogrzebowych. Zakłady pogrzebowe rozbudowały swoje siedziby, powstały nowe kaplice pożegnań, ceny usług poszły w górę. Powstał nowy cmentarz.  

z tyłu miasta

      Postanowiłam chodzić tylko po płaskim. Ale cóż, miasto ma swoje pagórkowate ulice, nie zawsze jakoś da się obejść schody i strome podejścia. Mimo to zawzięłam się oszczędzać kolana. I nie przysparzać naturze (gdzie tu natura na tych asfaltowych, betonowych ulicach?!) dodatkowego obciążenia. Nie dość, że chodziłam po płaskim, to jeszcze w ogóle cały czas tylko na własnych nogach. Żadnej komunikacji miejskiej, żadnych taksówek, boltów i uberów. Tylko per pedes. 

     No ale jakoś musiałam dojechać. W dodatku z przesiadką. Niestety, jak się mieszka tu, gdzie wrony zawracają, każdy wyjazd jest okupiony wcześniejszym logistycznym planowaniem najlepszej opcji dojazdowej i przesiadkowej. Plan gotowy, warianty opcjonalne spisane. Wychodzę z domu, klucz pod wycieraczką. Nie, żartuję, oczywiście! Wychodzę i krótki SMS do domowników, że gdy wrócą z pracy, nie zastaną mnie w domu. Wybywam.

     Przesiadka ma tę zaletę, że na pierwszym dworcu uzupełniam braki kawy w organizmie. Oszczędzam też trochę kasy, bo wiem, że w wojewódzkim mieście docelowym, jak wszędzie teraz, minimalna cena kawy zaczyna się od 14 zł, a tutaj mam to samo - też z ekspresu, też cała lista możliwości smakowych, zapachowych, z dodatkami i bez - do wyboru - za 7 zł. Różnica polega  na tym, że nie w filiżance, tylko papierowym kubku. No nie, za filiżankę dopłacać drugie tyle? Z premedytacją korzystam z dworcowego menu, skracając czas oczekiwania na kolejny środek lokomocji i jadę dalej. Wsiada kilka osób, w tym chłopak w rozciągniętym swetrze i długich rozczochranych lekko kręconych włosach. Nie wygląda na ucznia ani studenta. Może pracuje? Wcześniej, w dworcowym barku kupował zapiekankę. Wyjął z kieszeni całą rolkę zwiniętych banknotów w różnych nominałach. Zapłacił 10 zł i wsunął rolkę z powrotem do kieszeni tego wyciągniętego swetra. Tak samo płacił za bilet, wyciągając całą rolkę banknotów, wynajdując odpowiednią kwotę i potem chowając do kieszeni. Ile mogło być w tej rolce? Nie wiem, jakieś kilka tysięcy na pewno. Poza tym nie miał nic, żadnego plecaka, teczki, portfela. 

      Przede mną zaś usiadł również młody chłopak, na oko widać, że akuratny idealny student renomowanego kierunku (nie wiem, jakiego, po prostu tak dumnie wyglądał). Dopasowane ubranie, elegancki plecak, dopracowana krótka fryzura i okulary intelektualisty. Ktoś całkowicie ułożony i respektujący przepisy. Najpierw kilka długich chwil mocował się z zapięciem pasów bezpieczeństwa. Bus jest stary, klamry pokrzywione, nikt  nie szarpie się z zapinaniem, ale on się uparł aż dopiął swego. Wciskał i wciskał tę klamrę aż zatrzasnęła. Zastanawiałam się, co się stanie, gdy na końcu podróży nie zechce się odpiąć, tylko może się zaciąć, zablokować? Podczas podróży "student" każdemu, kto wsiadał mówił "dzień dobry" a wysiadającym "do widzenia".  Na koniec poprosił kierowcę o zatrzymanie się na wcześniejszym przystanku, a jeszcze na dodatek zrobił dla kierowcy rekonesans wśród pasażerów, kto gdzie wysiada, a kto jedzie na sam koniec na dworzec. Klamra pasa odpięła się bez problemu. 

       Wysiadam mając plan dojścia w głowie. Tak, żeby omijać schodki, ale nie za daleko. A tu zonk! Ogrodzone. Rozpoczęto jakąś budowę. Czyli muszę naokoło. Trudno, cofam się i okrążam duży parking z autokarami. Najazd turystów w pełni. Czym prędzej skręcam w boczną uliczkę. Nie mam ochoty na przeciskanie się w tłumie. Będzie trochę pod górkę, ale bez schodów. Stare uliczki, na które rzadko zaglądają turyści. Ciche, okolone starymi kamienicami, z szyldami dawnych jakże potrzebnych rzemieślników: Szewc, Obciąganie guzików, Pracownia krawiecka, Kapelusze, Jubiler - naprawa biżuterii. Kolejna uliczka: gastronomiczna. Tradycyjne bary z naleśnikami, pierogami w pięciu smakach, krokietami, schabowymi i kotletami pożarskimi, kopytkami, plackami ziemniaczanymi i z cukinii. Do tego surówki, buraczki na ciepło, kompot. Jak za dawnych czasów. Szyld głosi, że wszystko robione na miejscu. I tak, właśnie tutaj przychodzą stołować się lokalsi, a nie na deptak do wypasionych restauracji. Najpierw przychodzi pani z kancelarii prawniczej: bierze danie obiadowe dla siebie na miejscu i na wynos zupy, drugie dania dla całej rodziny. Potem wpada urzędniczka z pobliskiego Ratusza: bierze tylko na wynos. Obsługa je zna i od razu pakuje, co trzeba. Po chwili przychodzi starsza pani, składa zamówienie i siada przy stoliku, na uszach słuchawki. Słucha muzyki czy jakiegoś audiobooka? Wchodzi mężczyzna z plecakiem. O, jakiś turysta się tutaj zaplątał. Rzadko tu trafiają. Za oknem przechodzą ludzie, zapatrzeni w telefony, spieszący się dokądś. 

     Idę dalej - z dala od głównego traktu. Omijam deptak, turystyczne przystanki i atrakcje.  Na tyłach miasta jest więcej cienia i ciszej. Czas jakby wolniej płynie. O, tutaj, przypominam sobie, był kiedyś sklep z herbatami. Już go nie ma. I tu zmiany czasu są widoczne. Lecz na kamienicach pozostały gdzieniegdzie ślady przeszłości: mosiężna ciężka kołatka na bramie, szklany kinkiet nad szyldem kaletnika, ozdobne sztukaterie wokół okien, czasem nadkruszone, ale wciąż zachwycające dawną elegancją. I w końcu głęboka brama prowadząca do czworokątnego podwórza starej secesyjnej kamienicy. Tutaj jest mój hostel.  

       Jak filmie "Lalka" kamienica Łęckich. Okolona zabudowaniami z czterech stron, wejście na podwórze przez niską bramę. Mało tego, z jednej strony przez całą długość kolejnych mieszkań biegnie balkon, na którym mieszkańcy trzymają a to stoliki i krzesła wypoczynkowe, a to jakieś skrzynki. Takie długie balkony łączące poszczególne mieszkania to ja tylko w starych kamienicach widziałam i na filmach. Wejście do hostelu po przeciwnej stronie bramy. 

      Niestety, tutaj moje wcześniejsze obietnice chodzenia po płaskim spaliły na panewce, bo pokój dostałam na drugim piętrze. Jeszcze nie tak źle. Dostaję kody wejściowe i instruktaż. Płacę i mogę następnego dnia zniknąć bez odmeldowywania się. Recepcji całodobowej nie ma. Wyglądam przez okno - widok na prostokątne podwórze. Ciągnący się wzdłuż balkonowy taras na wysokości pierwszego piętra mam po lewej. Niżej jakieś garaże, ale niemożliwe, bo tam nie da się wjechać, jakieś po prostu szopy, składziki. Kilka samochodów stoi na podwórzu. Mieszkańców czy gości? W rogu po prawej na parterze wychodzi facet z fioletowym workiem na śmieci, niesie do kontenera po przeciwnej stronie. Wraca i znika. Wychodzi kobieta z telefonem przy uchu, rozmawia. Wraca.  Przez bramę przechodzą trzej mężczyźni, idą na wprost pewnie do wejścia do hostelu. Trzask drzwi. Weszli.  

       Rano słońca nie widać. U mnie na wsi o tej porze pełne słońce zagląda mi w okno. Tutaj wysokie mury zasłaniają horyzont i wciąż trwa półmrok. Nie spieszę się, spokojnie dopijam hostelową kawę, planując wyjście. Przeglądam wczorajsze upolowane trofea z firmowego spotkania: książki, adresy, telefony, kontakty, zaproszenia. Pakuję plecak i wychodzę. Na tę samą uliczkę na tyłach głównej arterii. Niemal pusto. Podjeżdża śmieciarka, a z drugiej strony z dostawczego samochodu dwaj panowie w czarnych podkoszulkach wyładowują skrzynki z piwem. Na rogu powiązane linkami krzesła piwnego ogródka czekają na kolejną falę turystów. Skręcam w przeciwną stronę. Po drugiej stronie ulicy długi stary ślepy mur. W pewnym miejscu furtka, uchylona. Kilka osób idzie w tamtym kierunku, ktoś stoi w furtce. Ktoś wychodzi. Na murze obok napis: Kuchnia św. Alberta.   

ekologicznie

      Szósta rano - trawa siwa od rosy. Idąc strącam ciężkie krople. Doskonale! W sam raz do koszenia. Zdejmuję kosę z zimowego snu. Najpierw trzeba namoczyć, bo wyschnięte przez zimę drewno skurczyło się i ostrze kosy się poluzowało, nie siedzi odpowiednio mocno. Wkładam kosę głowicą ostrza (klingi) zamocowaną do drzewca do szerokiego wiadra z deszczówką. W czasie, gdy drzewce nasiąka wodą, zbieram potrzebne akcesoria: młotek, osełkę, rękawice. Robię obchód ogrodu po ostatnich deszczach i gradobiciu. Piwonie przeżyły, magnolia przekwita, do poideł dla ptaków dolewam wodę. Zanim odejdę na parę kroków, już pierwsze przylatują się kąpać. Kosy rozchlapują dookoła prawie do dna, więc znowu dolewam. 

      Zaglądam do kosy - drewno napęczniało, dobijam mocniej klin młotkiem, żeby ścisk obręczy przytrzymującej ostrze do drzewca był nie do ruszenia. Teraz ostrzenie. Osełka już nieco nadłamana, ale wciąż daje radę. Ostrze kosy mam wiekowe, ma wiele lat, może ze 30, stąd widać, że zużyte. Z dawnej szerokości zostały dwie trzecie, ale nie kupuję nowego, o, nie! Dałam kiedyś do wiosennego wyklepania prawdziwemu kosiarzowi. Mówił, że metal ostrza jest fantastyczny, twardy i ostry jak brzytwa. Wystarczy dwa razy osełką przejechać i kosa idzie po trawie jak w masło. Teraz takich nie robią. Kilka lat temu wymieniałam tylko drzewce, bo dawne niemal spróchniało. No więc ostrzę klingę uważając na palce. Chociaż nie powiem, raz tylko zdarzyło mi się skaleczyć. I raz przejechałam czubkiem ostrza po nodze. Zupełny przypadek, ale do koszenia zakładam wysokie piankowe buty dla bezpieczeństwa. To pierwszy raz w tym roku, więc ostrzenie nieco dłuższe, aż zaświeci blask czystego metalu.  

      Namoczone, naostrzone, zaklinowane. Idę kosić. Mam takie miejsca, gdzie kosiarką nie wjedzie, spalinowej kosy zaś używać nie chcę, z pewnych względów nie za bardzo mogę. Pierwszy zamach. Rewelacja, idzie jak w masło. Lekkość niesamowita. Aż sama siebie podziwiam, że tak potrafiłam naostrzyć. Kolejne zamachy, raz za razem. Najpierw skręt ciała w prawo i potem z powrotem z kosą tuż nad ziemią przez trawę i chwasty w lewo. Zamach w prawo, i w lewo przez trawę. Nie będę udawać, żem spec, owszem, zaryłam kilka razy w ziemię, właściwie w krecie kopce, których w wysokiej trawie nie było widać. Wtedy kosa się niestety szybciej tępi, trzeba ponownie ostrzyć, ale to już tylko kilka pociągnięć osełką i znowu: zamach w prawo i ostrzem przez trawę w lewo. Kładą się trawy, chwastnice, mniszki, podagryczniki. Szło nawet z trzaskiem po suchych badylach zeszłorocznej nawłoci. Kosiłam półtorej godziny. Słomiany kapelusz na czole mokry, plecy całe mokre. Nie jestem zawodowcem, to tylko moje wiejskie areały.

      W krzaku porzeczki gniazdko - puste. Widać, że tegoroczne. Ptaszki już wyfrunęły. Nie pojawiałam się w tym miejscu wcześniej, żeby nie spłoszyć. Teraz, gdy cała rodzina gdzieś fruwa pod obłokami, mogę wejść i ogarnąć nadmiar trawy, pokrzywy i nadmiernie rozrastającej się jeżyny. Po odstawieniu kosy czas na sekator i sierp. Tak, sierp, taki ręczny. Też zapomniane dzisiaj narzędzie. Ciche i proste w utrzymaniu. Właściwie bezkosztowe. Nie potrzebuje ani prądu, jak kosiarka elektryczna, ani paliwa jak kosa spalinowa, ani wymiennych nożyków. Właściwie nawet go nie ostrzę. Ścinam nim wysokie trawy w trudno dostępnych miejscach, gdzie kosą zamachnąć się nie można.

       W pokosach trawy leżą też ścięte pokrzywy. Wybieram ładniejsze na sok. Pozostałe lądują w beczce zalane wodą. Przez dziesięć dni będą fermentować, naciągać, rozkładać się aż powstanie pokrzywowa gnojówka do podlewania upraw przez całe lato. W drugiej beczce tak samo zalane wodą ścięte mniszki lekarskie. One będą służyć jako nawóz do pomidorów, papryki, ogórków. 

     Na koniec coś dla oczu i czystej przyjemności. Majowy bukiet w bieli: konwalie, narcyzy, śniedek baldaszkowaty i ... chrzan. Wiecie, że chrzan ma ładne białe kwiatostany? Uwielbiam ich zapach. Pojawiły się pierwsze baldachy czarnego bzu - czarny bez też kwitnie na biało. Ale nimi zajmę się następnym razem. 

pokusy

      Najpierw pokusa: pojechać. Potem, gdy termin się zbliża: nie... nie jechać, po co... na co? Pokusa, żeby zostać. Zaszyć się w domu, zakopać, odciąć od wszystkich i wszystkiego. Mieć święty spokój. Czy da się odciąć od pokus? Pokusa, żeby mieć; pokusa, żeby kupić; pokusa, żeby pojechać, zobaczyć, dotknąć, spróbować... Pokusa, żeby iść, działać, zawładnąć jakimś kawałkiem świata, przestrzeni, zawłaszczyć, zdobyć dla siebie. Albo odwrotnie: pokusa, żeby zniknąć. Wycofać się, odseparować, znieczulić na całe zło i brzydotę świata, usunąć się i otulić własnym cieniem, żeby mnie nikt nie znalazł, niczego nie chciał, niczego nie żądał, niczym nie absorbował. 

     Pokusa bycia wszędzie, dotarcia do granic możliwości, aktywności, działania. Pokusa ruchu, pędu - pokusa bycia wiatrem.

      I na odwrót: pokusa wycofania się, zatrzaśnięcia drzwi i okiennic. Pokusa zastygnięcia w bezruchu, w trwaniu jak drzewo na jednym miejscu. 

     Pokusa bycia z ludźmi, między ludźmi, bycia razem, dla innych i dla wspólnego celu. I pokusa samotności, decydowania tylko o sobie i swoim czasie, swojej przestrzeni tylko dla siebie. Pokusa wspólnoty i pokusa niezależności na przemian. 

      Rano pokusa zatrzymuje w łóżku, nie pozwala od razu wstać. Pokusa kontynuowania snu, zwłaszcza gdy był ciekawszy niż życie, albo nie wiadomo, jak mógłby się skończyć, unieruchamia w oczekiwaniu na ciąg dalszy. Wieczorem pokusa zakończenia spraw zaczętych, dooglądania tego, co zapada już w mrok zmierzchu, dosłuchania tego, co zaczyna cichnąć, powstrzymuje przed definitywnym pożegnaniem się z dniem. 

    Innego ranka pokusa zdobywcy wyrywa z pieleszy. Pokusa zachłanności każe wyruszyć bliżej lub dalej w przekonaniu, że czegoś istotnego się nie zobaczy, że coś ważnego przeminie. Pokusa nadążania za: wydarzeniami, innymi ludźmi, światem... Pokusa bycia na bieżąco. 

     Albo pokusa zatrzymania się... Oderwania się od pośpiechu, pędu, pogoni, mody i trendów. Pokusa powiedzenia "Stop". 

      Pokusa władzy, sławy, pieniędzy... Pokusa szczęścia. 

      Pokusa wiedzy, zdrowia, młodości... Pokusa pełni. 

      Pokusa racji, niezależności, dominacji.... Pokusa wyższości.   

objazdówka

       Nawiązując stylistycznie do poprzedniego wpisu, będzie to paczania ciąg dalszy. O słuchaniu też będzie. Tak się złożyło, że w niecałe...