dźwięki

     Bez względu na znaczenie są słowa, które ładnie razem brzmią i są takie, które się gryzą. Szczególnie widoczne, a właściwie słyszalne, jest to w odniesieniu do imion i nazwisk. Abstrahując od faktu, że nazwisko i imię otrzymujemy bez naszej pierwotnej decyzji (bo ostatecznie prawo pozwala na zmianę, gdy tego zechcemy), nie da się ukryć, że imię może ładnie współbrzmieć z nazwiskiem, a czasem jest tak niedobrane, ze wypada się zastanowić, czym kierowali się rodzice nadając dziecku tak niepasujące imię. Nie chodzi tutaj wcale o jakieś wyśmiewanie imion, jest mi to naprawdę obojętne, kto nosi jakie imię. Ale ucho słyszy melodię języka, melodię dźwięków nawet wtedy, gdy słowa nie mają znaczenia. 

      Od zawsze odbieram imiona i nazwiska słuchowo. Pewne ich połączenia mają cudowną dla ucha melodię. Mają dźwięczność, która nie zgrzyta, nie rani, tylko pieści. Rzecz tak samo dotyczy prawdziwych imion i nazwisk czy też pseudonimów. Bez różnicy. Chodzi tylko o sam dźwięk, który tworzy przyjemną melodię lub przeciwnie, wywołuje przykry dla ucha dysonans. Czasami słysząc czyjeś imię i nazwisko zastanawiam się, czy nikt nie sprawdził wcześniej, jak to będzie brzmiało, jak to zadźwięczy w wymowie? 

       Nie wierzę w to, że imię oddaje charakter człowieka, bo to by przeczyło obserwacji, że ludzie o tym samym imieniu potrafią być skrajnie różni. Nie oceniam człowieka przez pryzmat imienia i nazwiska, bo są one nam dane odgórnie. W gruncie rzeczy nasze imię i nazwisko dla nas samych jest dziełem przypadku. Nazwisko może być bardzo stare, używane od stuleci, z głęboką tradycją. Nasze imię bywa natomiast efektem upodobań rodziców, ich preferencji osobistych lub także tradycji rodzinnej. Czasem inspiracją nadania dziecku imienia bywa film lub książka. Nie wnikam w te zagadnienia i nie one są tematem mojego wpisu.

        Każde imię ma swoje brzmienie i w połączeniu z nazwiskiem albo tworzy harmonię, albo zgrzyt. Mogą być mniej lub bardziej przyjemne, mniej lub bardziej melodyjne, mniej lub bardziej harmonijne. Mam swoje ulubione takie połączenia - prawdziwych osób; czasami to pseudonimy, a czasami są to imiona i nazwiska bohaterów fikcyjnych. Łączy je to, że ich brzmienie zdecydowanie działa na plus, gdy chce się je zapamiętać. Pamięć słuchowa jest pierwszą pamięcią dziecka, bo zanim wyostrzy mu się wzrok, żeby rozpoznawać twarze najbliższych, najpierw oswaja się z dźwiękiem matczynej mowy. W dorosłym życiu zdarza się, że spotykając kogoś po wielu latach, nie od razu rozpoznamy zmienioną twarz, ale wcześniej rozpoznamy głos. Dlatego lubię przysłuchiwać się melodii imion i nazwisk, zwłaszcza gdy do siebie dźwiękowo pasują.

        Pełna lista byłaby długa, więc tylko część moich ulubionych. Z premedytacją pomijam imiona i nazwiska postaci polskich, żeby naprawdę abstrahować od tego, kim były lub są i nie wdawać się w dyskusję o osobach, a nie o dźwiękach.  

Kolejność przypadkowa:

Wiktor Winogradow

Armand Assante

Carmen Electra

Mischa Maisky 

Sonia Braga

Adrian Ardevol

Agatha Christie

Edmund Dantes

Ligia Kallina

Yves Montand

Charles Aznavour

... i wiele wiele innych.

kobiety pszeniczne

       Niektóre tak pomarszczone, że trudno odgadnąć, ile mają lat. Na pewno są w wieku słusznym. Czasem pokrzywione, wychylone w bok lub w przód, z rękami spracowanym przez wiele lat w gospodarstwie, w polu, w ogrodzie, w domu. Na ich twarzach jest zapisany trud, zmęczenie, godziny spędzone w upalnym słońcu, przy kuchni, przy dzieciach. Twarze suche jak skórka wypieczonego chleba i okrągłe jak bochenki. Dlatego tak je nazwałam: kobiety pszeniczne. Patrzę na ich posiwiałe głowy jak na dojrzałe kłosy. Siedzą przed mną w ławkach w kościele. Najwięcej widuję ich właśnie w niedzielę. W świecących aureolach siwych włosów. 

       Rzadko już można spotkać kobiety jak dawniej chodzące w chustkach, nawet starsze panie ich nie zakładają. Jeszcze z dzieciństwa pamiętam, że większość kobiet na wsi nosiła kolorowe chusty, a latem do kościoła zakładały cieńsze, lekkie, białe z jasnymi wzorami. Teraz tylko niektóre jeszcze pojawiają się w chustach. Większość prezentuje swoje siwe głowy. Najczęściej mają piękne bujne włosy. Szczególnie to widać, gdy obok siedzą przedstawicielki młodszych pokoleń. Włosy mają różne, ale o wiele częściej zniszczone, rzadkie, cienkie, choć oczywiście zadbane. Natomiast te starsze kobiety, niektóre być może jeszcze z wojennymi metrykami, mają wspaniałe włosy. Ich siwizna jest biała niemal jak śnieg. Żadnych przerzedzeń, żadnej tzw. świńskiej żółci. Jeśli przycięte, to swobodnie ułożone, jeśli dłuższe, to w grubym koku lub nawet warkoczu owiniętym wokół głowy. Jeśli zbyt puszyste, to wpięta jedna wsuwka, żeby przytrzymać niesforny kosmyk. Kobiety z głowami jak pszeniczne dojrzałe kłosy nie muszą martwić się o dobór odpowiedniego odcienia farbki u fryzjera. 

      A przecież nie można powiedzieć, że według dzisiejszych standardów ich życie było zdrowsze. Do lekarza chodziły rzadko i naprawdę wtedy, gdy rzeczywiście było trzeba. Tu przywołam prawdziwą anegdotę. W pewnej wiejskiej przychodni zdrowia został zatrudniony lekarz z miasta. Pochodził z miasta i od początku pracował tylko w mieście, ale zaproponowano mu współudział w prywatnej wiejskiej przychodni, więc się zgodził. I pierwsze jego wrażenie po kilku dniach dyżuru w gabinecie: "Tutaj ludzie przychodzą do lekarza, gdy naprawdę są chorzy!" No więc te kobiety tak samo chodziły do lekarza zapewne wtedy, gdy poważnie zaniemogły, gdy ból stawał się nie do zniesienia. Życie ich nie rozpieszczało. Nie, nie chodzi o to, żeby narzekały czy coś takiego. Rozmawiam z nimi, z niektórymi z nich i nie słyszę narzekania. Raczej dumę, zadowolenie, satysfakcję, że podołały trudom, które pojawiały się w życiu. A na pewno było ono ciężkie, pełne wyrzeczeń, stresu, cierpienia. I poświęcenia. Do dzisiaj wiele z nich się nie oszczędza, o ile siły pozwalają. Widuję je w ogrodach, z wnukami, zaprzątnięte pracami w obejściu. W ich oczach ukrywa się cały trud życia. A w niedzielę widzę te ich przepiękne siwe korony włosów jak dojrzałe kłosy pochylone wiatrem, twarze pomarszczone wiekiem i słońcem. Naturalne, bez makijażu, bez botoksu, bez liftingu. Są piękne. 

(nie)nadążanie

        Moje, twoje, innych. Za dużo się dzieje naraz. Polska drużyna wygrała Ligę Narodów. To siatkówka. Nie oglądałam. To nie na moje nerwy. Wynik meczu zamieściły portale informacyjne na głównych stronach w kolorowej oprawie i wielkimi literami z wykrzyknikiem. Stąd wiem. Inaczej bym nie wiedziała.  

        A od kilku dni kryzys migracyjny w hiszpańskiej Ceucie. Podawane są liczby: od 50 do 60 tysięcy migrantów zapełniło 85-tysięczne miasto. Wysłano wojsko, policję czy jakie tam jeszcze formacje mają. Podobno ich zawracają, podobno odsyłają, podobno większość z powrotem wróciła do Maroka. Nie rozumiem. Czy w Maroku wybuchła jakaś wojna? Chyba co drugi polski turysta wyjeżdżający za granicę odwiedził też Maroko, więc raczej wojny tam nie ma ani jakiegoś kataklizmu, żeby tak masowo stamtąd uciekali. Co jest z tymi ludźmi, że zamiast zakasać rękawy i budować własny kraj, nosi ich po świecie, gdzie by tu zakotwiczyć swoje ambicje o łatwym życiu? 

        Teraz z powodu upałów zapotrzebowanie na klimę wzrosło ileś tam razy. Pisze jeden znajomy, że zakłada. A posadzić drzewo nie łaska? Najpierw się wycina, betonuje otoczenie, kosi trawniki do gołej ziemi, a potem płacz i lament, że grzeje, że gorąco, że schronić się nie ma gdzie. Jeden z moich sąsiadów wytrzebił wszystko na podwórku od domu do stodoły. Położył kostkę. Łysy plac przez całą długość i szerokość. Położył dla dzieci taki dmuchany basen. No ale nad basenem nie ma cienia, więc postawił parasol. Taki duży, na stelażu. A gdyby jakieś drzewko zostawił i kawałek trawnika, dzieci by miały i cień, i więcej chłodu. 

       Technologiczny rozwój wyrywa do przodu a za nim dopiero podążają plany, rozwój nowych kompetencji i na samym końcu dopiero prawo. Czytam poradnik jak budować swoją pozycję na Instagramie. Jak osiągnąć sukces wstrzeliwując się w algorytmy popularności. Czytam i nie dowierzam. Jedno z haseł poradnika zaleca: "Zrozum algorytm Instagrama", "Nie walcz z algorytmem - współpracuj z nim". Ach, więc już nie jest istotne, żeby zrozumieć drugiego człowieka, swojego odbiorcę, dla którego tworzymy treści; nie jest istotna współpraca z ludźmi. Liczy się relacja z algorytmem. Czy moje zachowania, teksty, filmy, nagrania trafiają w algorytm. Ot, recepta na sukces. 

         Oto wyimek z poradnika, jak zaczynać post: "Hak (pierwsze sekundy/pierwszy slajd) - pytanie, kontrowersja, obietnica, szokująca informacja." Musi być mocne wejście. Trzeba uderzyć: pytaniem, obietnicą, kontrowersją. Nawet wymyśloną, wyssaną z palca szokującą teorią. ZASZOKOWAĆ. A po wzbudzeniu zainteresowania i większej liczby obserwujących - MONETYZACJA. Realizując krok po kroku strategię sukcesu - osiągniesz to, co najcenniejsze. Instagram cię nagrodzi. 

       Czy w obliczu takiej perspektywy można się dziwić, że wśród młodzieży spada zainteresowanie nauką? Że coraz więcej marzy o tym, by zostać influencerem, celebrytą i zarabiać na własnym wizerunku w sieci? Że zakładają profile i dokumentują swoje życie, zamieszczają treści nie mając żadnej podbudowy osobowościowej, merytorycznej, psychologicznej? 

       I żadnej gwarancji, że w ogóle to, co widzimy, czytamy, z kim rozmawiamy nie jest dziełem algorytmu sztucznej inteligencji. Od 2 sierpnia weszła w życie dyrektywa nakazująca oznaczanie deepfaków i botów. teoretycznie oznacza to, że wszelkie teksty napisane przy użyciu SI powinny być oznaczane w czytelny dla odbiorcy sposób, a boty i tzw. wirtualni asystenci powinni się przedstawić, że są wytworem sztucznej inteligencji. Możemy przyklasnąć i się cieszyć, że sprawa fałszywych postaci i tekstów wygenerowanych przez algorytmy została prawnie rozwiązana? Akurat! Jak mówi dr Paula Skrzypacka, specjalistka prawa w zastosowaniu do nowych technologii: "Obowiązek ujawnienia nie ma zastosowania, jeżeli treść wygenerowana przez AI została poddana wersyfikacji przez człowieka lub kontroli redakcyjnej i jeżeli za publikację odpowiada redakcyjnie osoba fizyczna lub prawna". No i pięknie. Redaktor wrzuci temat do algorytmu SI, ten pisze tekst, ładny, długi i chwytliwy. Redaktor rzuca na to okiem, znaczy - czyta. Źródeł nie sprawdza, bo przecież nie po to zlecał opracowanie tematu sztucznej inteligencji, żeby teraz robić to, co zlecał samemu, a przecież właśnie o to chodziło, że sam NIE MA CZASU na szukanie informacji, potwierdzanie wiarygodności, wyszukiwanie i pisanie. Ale przeczyta, przyklepie i tekst sobie leci na portal czy do publikacji. 

       Co czytam? Tekst wygenerowany sztucznie czy napisany przez człowieka? Nie wiem. Nie dowiem się. 

       Kto mówi do mnie choćby w reklamie czy innym nagraniu? W programie filmowym czy audycji radiowej? Też nie wiem.

      W styczniu tego roku rozpoczął się pierwszy w Polsce proces o wykorzystanie w reklamie sztucznie wygenerowanego głosu znanej osoby. Rzecz dotyczy głosu lektora filmowego, a więc rozpoznawalnego i kojarzonego przez wielu odbiorców - Jarosława Łukomskiego (czytał m.in. filmy "Bez przebaczenia", Skazani na Shawshank" czy "Milczenie owiec"). Proces jeszcze się nie zakończył. 

       Był kiedyś radiowy program Janusza Weissa, który dzwonił do różnych instytucji: "Dzwonie do Pani/Pana w bardzo nietypowej sprawie..." Sprawy dotyczyły drobnych, aczkolwiek śmiesznych absurdów biurokratycznych, oznaczeń, wymogów. Czy dzwoniąc dzisiaj zaczynałby rozmowę: "Chciałbym rozmawiać z człowiekiem o bardzo nietypowej sprawie..."??? 

dziura w ziemi

       W ostatni czwartek, 30 lipca, o 3:46 przed świtem tajemniczy obiekt wleciał w naszą przestrzeń powietrzną a potem znikł z radarów i... odnalazł się w szczątkach wokół dziury w ziemi w gminie Turobin w okolicach miejscowości Tarnawa na Lubelszczyźnie. Tym razem nie był to dron, lecz uzbrojony pocisk artyleryjski oznaczony jako Ch-101. Dziura miała średnicę ok. 10 m, więc huk był potężny. 

TUTAJ można zobaczyć zdjęcie

       W promieniu 5 km ludziom w domach żyrandole spadały. Nieźle! Podobno już zasypano. Trochę szkoda, bo by sobie rolnik, na którego polu spadło, ogrodził i sprzedawał bilety wstępu. Daję głowę, że waliłyby tłumy zobaczyć i zrobić sobie selfie na krawędzi krateru. Zarobiłby więcej niż za to zboże, które mu zryło wokół. 

      Jak na nasze polskie warunki, to całkiem spora dziura, choć do największej na świecie kopalni złota o głębokości 4 km w RPA jej daleko. Ta nasza ponoć miała zaledwie głębokość 5 m. Czy ja wiem? To dosyć dużo, jak na krater artyleryjski. No nie wiem, nie było mnie tam i zasypali. Nie dowiemy się. 

     W piątek rano idę na swoje pole, a właściwie ogród warzywny i ... dziura! Dziura między grządkami! Kurczę, nie wzięłam telefonu i jak teraz zadzwonię na 112 albo do MON? A wgłębienie jak się patrzy, nieco jajowato-podłużne, sporej objętości, że obie stopy mogę spokojnie wstawić. Głębokość do kostek. Może meteoryt? Szukam dookoła. Nie ma. Żadne szczątki nie leżą w promieniu metra. Ale, ale... są ślady na poły zagrzebane. Ziemia jest sucha, prawie piasek, z boku wystają jakieś dwie małe brązowe kępki. Wyciągam. Mam! Dowód namacalny sprawcy! Dwa małe na końcach złocistobrązowe delikatne piórka z piersi bażanta! To on tutaj sobie SPA urządził i suchej kąpieli zażywał, wygrzebując dołek. W porządku, to już nie będę alarmować 112 ani MON, może ten "wróg" więcej szkód nie narobi poza wygnieceniem marchewki. 

A gdyby zapytać...

       ... jaką dostaniemy odpowiedź? Może nie będzie żadnej. Wtedy sprawa jasna. Na pewno każdy bloger spotkał się z sytuacją, że nowy komentujący odwiedza blog i zostawia komentarz. Z jednej strony to cieszy, bo lubimy, gdy nasze pisanie wzbudza zainteresowanie. Ale ja wtedy zawsze w duchu się zastanawiam, skąd ta osoba się pojawiła i jak mój blog znalazła. Jest jednak jeszcze inne istotniejsze pytanie: czy ta osoba wpisała swój komentarz, bo zainteresował ją rzeczywiście mój wpis, czy zostawia komentarz a przy okazji ścieżkę do odnalezienia jej blogu czy innej obecności w sieci, oczekując rewanżu i mojego zainteresowania. Mam prosty test na sprawdzenie, czy dana osoba rzeczywiście z czystego zainteresowania na mój blog wpadła i chce brać udział w komentowaniu, w rozmowie, w dialogu. 

       Obecny blog nie jest moim pierwszym, więc wiele takich sytuacji już przerabiałam. Mam prosty test na sprawdzenie czy osoba komentująca rzeczywiście jest zainteresowana moim blogiem, moimi wpisami, czy chce nawiązać dialog, czy też zostawia ślad, aby zareklamować siebie, bo gdy rewanżuję się odwiedzinami u niej, okazuje się, że prowadzi blog promujący jej usługi w jakiejś branży. Sprawdzam poprzez zadanie pytania w odpowiedzi na jej komentarz u mnie. Pytania rzecz jasna związanego z tematem mojego wpisu lub wpisanego u mnie komentarza. I co się okazuje? Pewna część takich "latających" po sieci blogerów wrzuca swoje komentarze na różnych blogach i nigdy potem do nich nie wraca. Traktują to jak zarzucanie wędki na zbieranie nowych czytelników. Widać to wyraźnie, gdy okazuje się, że na moje pytanie nie ma reakcji, czyli komentujący nawet nie jest zainteresowany, jaki odzew wywołał swoim komentarzem, nie jest zainteresowany odpowiedzią i prowadzeniem rozmowy. Liczy się tylko własne pozostawione zdanie. 

       Zdarza się też, że pojawia się ktoś nowy i wrzuca komentarz kompletnie od czapy. Jakieś niezobowiązujące zdanie, które można napisać/powielić/wkleić wszędzie i na każdy temat: "Super wpis", "Ciekawy tekst" itp. Trochę mnie to śmieszy, bo przecież to takie grubymi nićmi szyte marketingowe zagranie. Może tego gdzieś uczą na forach dla blogerów? Dla autorów promujących swoją markę? Nie wiem. Bieganie po autorach takich komentarzy uważam za marnowanie czasu. Nie szukam blogów reklamowych sprzedających jakiś towar. Dalszym ciągiem braku dialogu jest zjawisko, że na blogach tych znikąd pojawiających się komentatorów nikt nie odpowiada. Gdy zajrzę kierowana linkiem od profilu autora, widzę, że np. mają tam pod jakimś wpisem kilka, kilkanaście komentarzy, a na żaden nie ma odpowiedzi. Nie ma reakcji, nie ma odzewu, że w ogóle ktoś - oczekując zainteresowania ze strony innych - jest zainteresowany tym, co ci inni chcą mu powiedzieć. To już nie jest chwyt marketingowy, tylko brak kultury i buractwo.  

poniekąd

         Wakacje to doskonała okazja, by więcej uwagi poświęcić tym, którzy są blisko nas, a w codzienności relacje z nimi mogą stać się szablonowe. Można okazać więcej zainteresowania ich życiem, spokojniej porozmawiać, umówić się na kawę bez załatwiania jednocześnie tysiąca innych spraw. Odwiedź znajomych, poświęć im czas. Odpocznij, aby przewietrzyć głowę. Może to doskonała okazja, aby przemyśleć pewne kwestie, poukładać na nowo. Potrzebujemy cierpliwości wobec samych siebie, wobec własnych wątpliwości, rozterek i błędów. Zatrzymanie się umożliwia zmianę myślenia, widzenia, wartościowania. Zerwanie ze schematami dokonuje się powoli i w ciszy. Kurczowe trzymanie się znanych nawyków, przyzwyczajeń, daje poczucie bezpieczeństwa, ale tylko zerwanie z nimi wniesie do naszego życia powiew świeżości. Nie zmienisz świata, ale możesz zmienić swoje nastawienie, swoje patrzenie.

          Powyższe rozważania nie są moje, pożyczyłam je, ale odrobinę zmieniłam. Poniekąd się z nimi zgadzam, tylko dlaczego czekać z tym do wakacji? Każdy czas jest dobry na zmiany, każda chwila może być tą przełomową. Każdego dnia możemy zadzwonić do bliskiej lub w jakiś sposób ważnej osoby, każdego dnia możemy wykroić ten kwadrans na wspólną kawę. Każdego dnia możemy zatrzymać swój bieg zdarzeń nawet gdy świat będzie obok pędził w szaleńczym wyścigu. Czekanie na dobry moment, żeby coś zacząć, nie ma żadnego sensu. Czy to, co chcemy zrobić, zostanie zrobione lepiej, jeśli zaczniemy w poniedziałek czy w sobotę zamiast w środku tygodnia? (u mnie na wsi jeszcze są gospodarze, którzy stosują dawną zasadę, że sianokosy lub żniwa zaczyna się w sobotę) Wtorek czy środa są tak samo dobrym początkiem, jak każdy inny dzień. Czy wakacyjne lato bardziej sprzyja przemianie własnego życia? Czy lipiec to najlepszy miesiąc na poszukiwanie życiowej harmonii? Kto wierzy w magiczną moc określonej daty, żeby zacząć się zmieniać, kto czeka aż nastąpi ten najlepszy czas na podjęcie decyzji, na zerwanie z rutyną, na gest, słowo czy przemyślenia, ten tak naprawdę wcale do tego nie dąży, nie chce, tylko szuka wymówek. 

        Jest taka stara piosenka śpiewana przez Andrzeja Rybińskiego, w której padają słowa: "Od jutra już świat będzie mój..." 


     Przewrotnie zapytam: dlaczego nie od dziś? 

niedzielny przegląd prasy

       Mam przed sobą dziesięć prasowych tytułów. Gazety codzienne oraz tygodniki, miesięczniki, kwartalnik oraz prasa lokalna. Nie, nie będę wybierać i streszczać artykułów. Przyjrzę się, jakie tematy dominują w zależności od częstotliwości i zasięgu danego organu prasowego. Na dokładniejsze czytanie, zwłaszcza miesięczników i kwartalnika, liczącego 100 stron, potrzebuję więcej czasu. 

        Przede wszystkim ostatnio coraz częściej jestem zdegustowana tym, co pojawia się w Internecie. Klikbajtowe tytuły i zajawki typu "odpalił się", "Internet zapłonął", "ledwo wytrzymała", "zero litości", "powiedział wprost", "przegięcie", Internet wrze", "co on knuje"... Mogę się spodziewać takiego języka na blogach, bo każdy pisze po swojemu i ma do tego prawo. Tak samo w prywatnych mediach społecznościowych. Ale to są częste, właściwie codzienne przykłady z poważnych portali informacyjnych, a nie jakichś indywidualnych kont społecznościowych. Czy to jeszcze dziennikarstwo czy już rynsztok? 

        Widząc taki tytuł, automatycznie omijam z daleka. Nie nabijam klikalności. Przechodzę do ogólnopolskiej prasy drukowanej. I tu zdarzają się w tytułach sformułowania z mowy podwórkowej: ".... odesłani z kwitkiem", "... z internetowej łapanki", .... poszli w odstawkę". Czasami naprawdę czuję zażenowanie poziomem języka. Nie wiem, czy chcę coś takiego czytać. Zniechęcające. A teksty być może nawet dotyczą ważnych spraw społecznych czy politycznych, ale naprawdę, jak to napisane takim stylem, to unikam. Pozostają mi artykuły z dziedziny ekonomii i prawa, czasami o sztuce, artykuły naukowe, gdzie raczej nikt nie ćwiczy językowej kreatywności. 

      O ileż przyjemniej poczytać o Australopithecus afarensis jako praprzodku współczesnego człowieka oraz relacji między materią i antymaterią. Równie ciekawie czyta się obszerną analizę tradycji wystawienniczej "Pierścienia Nibelungów" Wagnera w Bayreuth, ale zapowiedź tegorocznej realizacji "zleconej" SI jest mocno niepokojąca. Nikt jeszcze nie wie, jak to będzie wyglądało. Wszystko trzymane jest w tajemnicy. Nie bardzo sobie wyobrażam, jak na scenie będzie wyglądało połączenie obecności śpiewaków operowych z reżyserko-scenograficznymi rozwiązaniami SI. Podobno śpiewacy mają zostać umieszczeni w holograficznej rzeczywistości. 

       Na tle wirtualnej rzeczywistości wkraczającej do sztuki realniej wypada reportaż z wędrówki karawany przez Saharę nawet z doświadczeniem miraży po drodze. Tygodniowa wyprawa okazuje się sprawdzianem ludzkich możliwości, wytrzymałości, a zarazem uświadamia, że w konfrontacji z siłami natury człowiek niewiele zdziała, jeśli jest zbyt pyszny i zadufany we własne możliwości. Współdziałanie z naturą może okazać się zbawienne, jak choćby w przypadku usuwania z organizmu aluminium, na które współcześnie jesteśmy non stop narażeni: napoje w aluminiowych puszkach, aluminiowe folie, aluminiowe tacki, aluminiowe wieczka jogurtów, śmietany, aluminium znajduje się też w niektórych lekach. Świetnymi odtruwaczami aluminium z organizmu są skrzyp i pokrzywa. Zamiast tępić jako chwast lub bezmyślnie deptać podczas wędrówek, wystarczy zerwać i pić z nich herbatkę. W przyrodzie nie ma roślin niepotrzebnych ani chwastów. 

       Nie znaczy to oczywiście, że szpitale są niepotrzebne, jak wynikałoby to z dramatycznych kilku artykułów poświęconych problemom opieki zdrowotnej. Pacjenci właśnie odczuwają okrojone dofinansowania na zabiegi, likwidowane są oddziały szpitalne, bo "nierentowne".  Ponad rok temu w najbliższym powiatowym szpitalu na dwa miesiące został zamknięty jeden z oddziałów. Teraz w lokalnej powiatowej prasie czytam kilkustronicowe omówienie poczynionych działań dyrekcji szpitala i władz samorządowych, podjętych decyzji, protestów i niewesołych perspektyw. Przyzwyczailiśmy się czytać o aferach szpitalnych w kontekście zarobków lekarzy, ich żądań podwyżek, tymczasem tutaj doszło do protestu salowych i sprzątaczek. Dyrekcja szpitala chce bowiem "oddać" pion sprzątający firmie zewnętrznej, która obsługiwałaby szpitalne sprzątanie. Nawet zgłosiły się już firmy zainteresowane takim rozwiązaniem. Szpital upatruje w tym możliwość oszczędności, ale salowe i sprzątaczki boją się o swoją przyszłość, warunki pracy i płacy. Pytają, dlaczego oszczędności szuka się ich kosztem, a nie kosztem lekarzy, którzy zarabiają najwięcej.

        Jak się okazuje, szybkie rozwiązania z wykorzystaniem możliwości SI też nie zawsze przynoszą efekty. Mimo promocji w sieciach handlowych i internetowych sklepach "6 na 10 internautów zrezygnowało z zakupu online, bo chatbot sklepu nie potrafił rozwiązać ich problemu". Ponad 50 % klientów woli wykorzystywać soje własne narzędzia, a nie polegać na sklepowych aplikacjach, które ich drażnią ograniczeniem pozycjonowania produktów tylko do oferty danego sklepu. Wciąż duża część klientów woli kontakt  z żywym człowiekiem lub rezygnuje z wykorzystywania botów w trosce o ochronę swojej prywatności i bezpieczeństwo danych osobowych.

       Globalny kontekst współczesnych zakupów online zderzył się z ekonomią rynku w decyzji Unii Europejskiej z 1 lipca 2026 r. nakładającej nowe cło na przesyłki spoza Unii. Od każdego rodzaju przedmiotu w paczce cło wyniesie 3 euro. Jak wyjaśnia Kamil Wojdas, agent celny, gdy w paczce będą trzy jednakowe koszulki, będzie jedna opłata 3 euro, a gdy w paczce będzie koszulka, czapka i i spodnie - za każdą z tych rzeczy trzeba będzie zapłacić osobną opłatę celną jako za odrębne kategorie towaru. Tak czy inaczej klient zapłaci więcej, a w którym momencie opłata zostanie naliczona, zależeć będzie od importera. 

       Tyle czytania na dziś. Jeszcze na kilka dni mi zostało z zakupionych ostatnio wydawnictw.

dźwięki

     Bez względu na znaczenie są słowa, które ładnie razem brzmią i są takie, które się gryzą. Szczególnie widoczne, a właściwie słyszalne, ...