To był maj...

 ... pachniała Saska Kępa...

      I właśnie maj się kończy. Czy Saska Kępa pachniała, nie wiem, nie było mnie tam. U mnie pachniały konwalie, bzy, skoszone trawy. Nie obyło się bez nieprzyjemnych niespodzianek. Dwa dni temu pojawił się o poranku kolejny przymrozek. Poraziło dynie. U kogoś nawet kwiaty jaśminu przymroziło. Pierwszy raz się z czymś takim spotkałam o tej porze, żeby omarzł jaśmin. Bo że przemarzły brzoskwinie i czereśnie, to już stara historia, jeszcze w kwietniu. Tymczasem maj w zasadzie był suchy - tych kilka-, jeśli nie kilkanaście pożarów w kraju świadczy o bardzo niskiej wilgotności lasów. Co z tego, że czytam właśnie o nawałnicach i oberwaniu chmury w innych regionach, gdy obecny miesiąc w mojej gminie zakończył się pilnym apelem o oszczędzanie wody z wodociągu i zakazem podlewania trawników, ogrodów i upraw. Jak widać, każdy region ma swoje problemy.  W jednych powodzie, w drugich susza, a w jeszcze innych trąby powietrzne lub gradobicie. 

      I każdy region ma swoje atrakcje. Nie ma gorszych czy lepszych. Zaczyna się sezon festiwali, przeglądów muzycznych, teatralnych, targów, jarmarków. Chmielaki, Jagodziaki, Kaszaki, Festiwal Cebuli, Kurpiowskie Miodobranie, Festiwal Miodu i Ziół oraz liczne festiwale smaków i produktów regionalnych. Coraz więcej organizowanych jest festiwali organowych, w mojej okolicy jest co najmniej pięć, a przypuszczam, że nie wiem o wszystkich. Najbliższy będzie już w czerwcu. 

      Ale miało być o maju. Cały miesiąc stał pod znakiem pracy w ogrodzie warzywnym. Ostatnie nasadzenia robiłam jeszcze przedwczoraj. Teraz tylko pielęgnacja: pielenie, zwalczanie ewentualnych insektów, nawożenie, doglądanie jak rośnie. Wszak pańskie oko konia tuczy. Na podwórzu pojawił się przychówek: kwoka wysiedziała kurczęta. No i prawidłowo. Skoro niektóre ptaszki już wysiedziały i wyprowadziły z gniazd pisklęta, to i w kurniku czas na powiększenie stada. Którejś nocy natomiast namierzyłam na podwórku jeża. Nie chciałam go niepokoić, więc go nie śledziłam i nie wiem, gdzie się ukrywa w dzień. 

     Ruda sąsiadka - wiewiórka - codziennie przechodzi przez płot i buszuje w moich leszczynach. Na ziemi szuka starych zeszłorocznych orzechów. Nawet specjalnie nie ucieka, gdy przechodzę. Tak łatwo wykurzyć się nie da, skoro tu ma taki zastawiony stół. U mnie orzechy laskowe potrafią wisieć niezerwane całą jesień, a jak spadną, to leżą dalej przez zimę aż do teraz. O ile nikt wcześniej się na nie nie połakomił. Wiewiórka więc ma w czym wybierać. 

     No i na koniec maj rozpoczął moje zabiegi zdrowotne. Kilka dni temu miałam nieduży zabieg chirurgiczny, którego dodatkowym plusem jest to, że wymusza zmianę diety. Sama z siebie nie mam aż tyle samozaparcia, więc niejako przy okazji organizm dopomniał się o regulacje w tym zakresie. No i jest świetnie. Zaczęłam spadać na wadze. Można zaczynać czerwiec. 

piętnastolecie

      Piętnaście lat to wystarczająco długi czas. Pozmieniało się. Na przykład ja sama dwa razy zmieniałam adres zamieszkania. Dwie uciążliwe wieloetapowe przeprowadzki, w tym jedna poprzedzona kompleksowym remontem. To nie dla mnie. Mam nadzieję, że już się to nie powtórzy. 

      Przez piętnaście lat zmieniło się wiele w otoczeniu, w rzeczach i sprawach tego świata. Czy na lepsze? Nie zawsze. Piętnaście lat temu ze swojej gminnej miejscowości miałam bezpośrednie połączenia autobusowe do Warszawy, Krakowa, Łodzi, Lublina, Zamościa. Kursowały nawet w soboty i niedziele i niektóre święta. Dzisiaj nie ma żadnego z nich. Najpierw upadły PKS-y, trasy przejęły prywatne przedsiębiorstwa. I nawet gdy było jeszcze trzech różnych przewoźników, dawało się znaleźć połączenia pasujące na każdą okoliczność. Potem, jak to bywa w brutalnym świecie biznesu, jeden przewoźnik wysiudał z trasy dwóch pozostałych i został monopolistą, mogąc dyktować warunki. Dzisiaj dyktuje je tak, że w soboty i niedziele nie ma jak się wydostać. W samej mojej miejscowości jest tylko jeden kurs dziennie: rano do miasta powiatowego i powrotny po południu. To wszystko. Gdy pofatyguję się prawie 3 km do innego przystanku, mogę mieć połączeń więcej, ale żaden nie kursuje w weekendy i żaden nie jest bezpośrednim połączeniem dalekobieżnym, jak te wymienione na początku. Zostałam odcięta od świata. Jest też problem z powrotami. Bo gdy wybiorę się w dalszy wyjazd, to zanim obrócę po załatwieniu spraw i dotrę do najbliższego miasta powiatowego, to nie mam już czym dojechać do swojej gminy. A gminna miejscowość to nawet nie ta, w której mieszkam, więc do siebie pozostaje mi tylko powrót na piechotę. Ostatni bus odjeżdża o 18:00. Nie oszukujmy się, jak ma się jechać sto czy dwieście kilometrów w jedną stronę, nie mam szans złapać ten ostatni busik o szóstej. Utknęłabym chyba na dworcu. 

      A dworzec jest nowy, ładny, czysty, z ławeczkami, toaletą dla niepełnosprawnych. Piętnaście lat temu był to obskurny blaszany barak, pełen porozrzucanych dookoła petów i śmieci. Ale zawsze dyżurował dyspozytor i kursów było więcej. Dzisiaj dworzec jest ładny i funkcjonalny, lecz zamykany na głucho o dwudziestej. W oddalonym ok. 70 km prawie sześćdziesięciotysięcznym mieście, po podobnych zmianach prywatyzacyjnych, dworzec jest zamykany o siedemnastej - tak o 17:00! Wiem, bo byłam. Autobus miałam później i czekając na nie szukałam toalety. Nigdzie nie ma. Żadnego szaletu miejskiego, nawet żadnego toi toia. Zlitowała się kobieta pracująca w jednym z okolicznych sklepów i udostępniła mi swoją toaletę służbową. 

        Wracając zaś do moich stron, gmina się przez piętnaście lat unowocześniała, choć stała się wykluczona komunikacyjnie. Nie wiem, jak to idzie w parze i czy można mówić o nowoczesności, jeśli się leży poza trasami komunikacyjnymi. Władze gminy przeniosły się z PRL-owskiego baraku z drewnianymi skrzypiącymi schodami do nowoczesnego budynku z windą dostosowaną dla niepełnosprawnych, zadaszonymi stanowiskami parkingowymi i przestronną recepcją. Czy sprzyja to pogłębieniu kompetencji urzędników? Szybciej i sprawniej będą załatwiane sprawy? 

       W ostatnim piętnastoleciu powstało kilka ścieżek rowerowych. Teoretycznie miały włączyć tereny do dłuższej sieci tras turystycznych wiodących przez przyrodnicze atrakcje trzech powiatów. No i się posypało, bo ścieżka urywa się na granicy dwóch gmin. Jedna zrobiła na swoim terenie do granicy, a druga nie pociągnęła dalej. Brakujący odcinek trzeba przejechać szosą wojewódzką o dużym natężeniu ruchu, gdzie miało miejsce już wiele tragicznych wypadków z udziałem rowerzystów. Na razie nic się w tym kierunku nie dzieje. Trwa zastój. 

      Natomiast w kolejnym mieście kręci się biznes. Bank PKO przejął ogromny budynek, planowany jako hotel, którego właściciel zbankrutował i okazały budynek w centrum miasta stał się siedzibą oddziału banku. W starej siedzibie ulokowały się punkty handlowe i usługowe: jubiler, piekarnia, kancelaria notarialna i kilka innych. Piętnaście lat temu był jeden optyk, u którego wszyscy robili okulary. Teraz ten sam optyk ma cztery punkty w różnych lokalizacjach, a pojawiła się też konkurencja. Konkurencja ma większy wybór oprawek i soczewek, daje też dodatkowe rabaty i promocje. Na pewno nie daje ich koszem własnego zysku, więc jaką marżę stosuje ten pierwszy? Ostatnio odwiedziłam wszystkie te punkty i mam porównanie.  Różnica w cenie za nowe soczewki z tytanową oprawką - jakieś 400 - 500 zł. 

       Właśnie zdałam sobie sprawę, że przez ostatnie piętnaście lat powiatowe władze samorządowe, czyli starostwo, także dwa razy zmieniało siedzibę. Za każdym razem wiązało się to z ogromnymi remontami całych budynków, które wcześniej służyły innym celom. Różnica polega na tym, że za swój remont płaciłam sama, a oni z pieniędzy publicznych. W tym czasie w siedzibie urzędu miały miejsce co najmniej trzy duże afery korupcyjne, zakończone wyrokami skazującymi dla pracowników. Zapadły też trzy (tyle pamiętam, nie śledzę aż tak szczegółowo tego, co tam się dzieje) prawomocne wyroki nakazujące zapłatę odszkodowania dla niesłusznie zwolnionych pracowników. Zwolnienia podpisywał starosta, czyli on jest za to odpowiedzialny, że teraz te odszkodowania zostaną wypłacone z publicznych pieniędzy. Jak to możliwe, że on jeszcze jest starostą? Nie mam pojęcia.  

      Piętnaście lat temu koło mojego dawnego miejsca zamieszkania w mieście był plac zieleni z trawnikiem i brzozową alejką. Miasto sprzedało teren i powstał supermarket. Najpierw, żeby przyciągnąć klientów, miał niskie ceny, akcje promocyjne i ciekawy asortyment towarów, często niedostępnych gdzie indziej. Po mniej wiece dwóch latach sieć wycofała się, supermarket przejął nowy właściciel i zmienił nazwę. Minęły dwa - trzy lata i kolejna zmiana. Wchodzi nowa sieć ze swoim logo. I tak bez końca. Tymczasem w centrum powstaje nowa galeria handlowa, na obrzeżach supermarkety czterech różnych sieci, na terenie lokalnego targowiska wybudowano kolejną galerię. W tym czasie upadły cztery (czyli wszystkie w mieście) księgarnie, zniknęły cztery (te, które znałam) punkty z usługami szewskimi, zamknięto dwie drukarnie, w miejscu sklepu spożywczego powstała galeria chińska, powiatowy szpital popadł w długi, zrewitalizowano rynek, co polegało na tym, że wycięto drzewa i wybetonowano jego środek, a ławeczki teraz stoją nieocienione, więc rzadko kiedy ktoś z nich korzysta. Zniknęły też dwa miejskie szalety: w centrum i na dworcu autobusowym. Jeden z tych szaletów prowadził emeryt który sobie w ten sposób dorabiał. Cichy spokojny starszy pan. Kiedy miasto wymówiło mu najem, bo w tym miejscu budować ma kolejny deweloper, obok już powstał jeden budynek, człowiek ten popełnił samobójstwo. 

      I buduje się, a jakże, coraz to nowe. Miasto się rozwija, rozrasta. Wybudowano obwodnicę i zlikwidowano połączenia kolejowe. I tak nie było ich dużo, teraz został może jakiś jeden osobowy pociąg, nawet się nie orientuję, bo przestałam koleją jeździć. Dokończono jeden kościół na osiedlu i powstał całkowicie nowy na innym osiedlu, powstała parafia prawosławna i Sala Królestwa Świadków Jehowy. W jednej dziedzinie widać zdecydowany rozwój: w usługach pogrzebowych. Zakłady pogrzebowe rozbudowały swoje siedziby, powstały nowe kaplice pożegnań, ceny usług poszły w górę. Powstał nowy cmentarz.  

z tyłu miasta

      Postanowiłam chodzić tylko po płaskim. Ale cóż, miasto ma swoje pagórkowate ulice, nie zawsze jakoś da się obejść schody i strome podejścia. Mimo to zawzięłam się oszczędzać kolana. I nie przysparzać naturze (gdzie tu natura na tych asfaltowych, betonowych ulicach?!) dodatkowego obciążenia. Nie dość, że chodziłam po płaskim, to jeszcze w ogóle cały czas tylko na własnych nogach. Żadnej komunikacji miejskiej, żadnych taksówek, boltów i uberów. Tylko per pedes. 

     No ale jakoś musiałam dojechać. W dodatku z przesiadką. Niestety, jak się mieszka tu, gdzie wrony zawracają, każdy wyjazd jest okupiony wcześniejszym logistycznym planowaniem najlepszej opcji dojazdowej i przesiadkowej. Plan gotowy, warianty opcjonalne spisane. Wychodzę z domu, klucz pod wycieraczką. Nie, żartuję, oczywiście! Wychodzę i krótki SMS do domowników, że gdy wrócą z pracy, nie zastaną mnie w domu. Wybywam.

     Przesiadka ma tę zaletę, że na pierwszym dworcu uzupełniam braki kawy w organizmie. Oszczędzam też trochę kasy, bo wiem, że w wojewódzkim mieście docelowym, jak wszędzie teraz, minimalna cena kawy zaczyna się od 14 zł, a tutaj mam to samo - też z ekspresu, też cała lista możliwości smakowych, zapachowych, z dodatkami i bez - do wyboru - za 7 zł. Różnica polega  na tym, że nie w filiżance, tylko papierowym kubku. No nie, za filiżankę dopłacać drugie tyle? Z premedytacją korzystam z dworcowego menu, skracając czas oczekiwania na kolejny środek lokomocji i jadę dalej. Wsiada kilka osób, w tym chłopak w rozciągniętym swetrze i długich rozczochranych lekko kręconych włosach. Nie wygląda na ucznia ani studenta. Może pracuje? Wcześniej, w dworcowym barku kupował zapiekankę. Wyjął z kieszeni całą rolkę zwiniętych banknotów w różnych nominałach. Zapłacił 10 zł i wsunął rolkę z powrotem do kieszeni tego wyciągniętego swetra. Tak samo płacił za bilet, wyciągając całą rolkę banknotów, wynajdując odpowiednią kwotę i potem chowając do kieszeni. Ile mogło być w tej rolce? Nie wiem, jakieś kilka tysięcy na pewno. Poza tym nie miał nic, żadnego plecaka, teczki, portfela. 

      Przede mną zaś usiadł również młody chłopak, na oko widać, że akuratny idealny student renomowanego kierunku (nie wiem, jakiego, po prostu tak dumnie wyglądał). Dopasowane ubranie, elegancki plecak, dopracowana krótka fryzura i okulary intelektualisty. Ktoś całkowicie ułożony i respektujący przepisy. Najpierw kilka długich chwil mocował się z zapięciem pasów bezpieczeństwa. Bus jest stary, klamry pokrzywione, nikt  nie szarpie się z zapinaniem, ale on się uparł aż dopiął swego. Wciskał i wciskał tę klamrę aż zatrzasnęła. Zastanawiałam się, co się stanie, gdy na końcu podróży nie zechce się odpiąć, tylko może się zaciąć, zablokować? Podczas podróży "student" każdemu, kto wsiadał mówił "dzień dobry" a wysiadającym "do widzenia".  Na koniec poprosił kierowcę o zatrzymanie się na wcześniejszym przystanku, a jeszcze na dodatek zrobił dla kierowcy rekonesans wśród pasażerów, kto gdzie wysiada, a kto jedzie na sam koniec na dworzec. Klamra pasa odpięła się bez problemu. 

       Wysiadam mając plan dojścia w głowie. Tak, żeby omijać schodki, ale nie za daleko. A tu zonk! Ogrodzone. Rozpoczęto jakąś budowę. Czyli muszę naokoło. Trudno, cofam się i okrążam duży parking z autokarami. Najazd turystów w pełni. Czym prędzej skręcam w boczną uliczkę. Nie mam ochoty na przeciskanie się w tłumie. Będzie trochę pod górkę, ale bez schodów. Stare uliczki, na które rzadko zaglądają turyści. Ciche, okolone starymi kamienicami, z szyldami dawnych jakże potrzebnych rzemieślników: Szewc, Obciąganie guzików, Pracownia krawiecka, Kapelusze, Jubiler - naprawa biżuterii. Kolejna uliczka: gastronomiczna. Tradycyjne bary z naleśnikami, pierogami w pięciu smakach, krokietami, schabowymi i kotletami pożarskimi, kopytkami, plackami ziemniaczanymi i z cukinii. Do tego surówki, buraczki na ciepło, kompot. Jak za dawnych czasów. Szyld głosi, że wszystko robione na miejscu. I tak, właśnie tutaj przychodzą stołować się lokalsi, a nie na deptak do wypasionych restauracji. Najpierw przychodzi pani z kancelarii prawniczej: bierze danie obiadowe dla siebie na miejscu i na wynos zupy, drugie dania dla całej rodziny. Potem wpada urzędniczka z pobliskiego Ratusza: bierze tylko na wynos. Obsługa je zna i od razu pakuje, co trzeba. Po chwili przychodzi starsza pani, składa zamówienie i siada przy stoliku, na uszach słuchawki. Słucha muzyki czy jakiegoś audiobooka? Wchodzi mężczyzna z plecakiem. O, jakiś turysta się tutaj zaplątał. Rzadko tu trafiają. Za oknem przechodzą ludzie, zapatrzeni w telefony, spieszący się dokądś. 

     Idę dalej - z dala od głównego traktu. Omijam deptak, turystyczne przystanki i atrakcje.  Na tyłach miasta jest więcej cienia i ciszej. Czas jakby wolniej płynie. O, tutaj, przypominam sobie, był kiedyś sklep z herbatami. Już go nie ma. I tu zmiany czasu są widoczne. Lecz na kamienicach pozostały gdzieniegdzie ślady przeszłości: mosiężna ciężka kołatka na bramie, szklany kinkiet nad szyldem kaletnika, ozdobne sztukaterie wokół okien, czasem nadkruszone, ale wciąż zachwycające dawną elegancją. I w końcu głęboka brama prowadząca do czworokątnego podwórza starej secesyjnej kamienicy. Tutaj jest mój hostel.  

       Jak filmie "Lalka" kamienica Łęckich. Okolona zabudowaniami z czterech stron, wejście na podwórze przez niską bramę. Mało tego, z jednej strony przez całą długość kolejnych mieszkań biegnie balkon, na którym mieszkańcy trzymają a to stoliki i krzesła wypoczynkowe, a to jakieś skrzynki. Takie długie balkony łączące poszczególne mieszkania to ja tylko w starych kamienicach widziałam i na filmach. Wejście do hostelu po przeciwnej stronie bramy. 

      Niestety, tutaj moje wcześniejsze obietnice chodzenia po płaskim spaliły na panewce, bo pokój dostałam na drugim piętrze. Jeszcze nie tak źle. Dostaję kody wejściowe i instruktaż. Płacę i mogę następnego dnia zniknąć bez odmeldowywania się. Recepcji całodobowej nie ma. Wyglądam przez okno - widok na prostokątne podwórze. Ciągnący się wzdłuż balkonowy taras na wysokości pierwszego piętra mam po lewej. Niżej jakieś garaże, ale niemożliwe, bo tam nie da się wjechać, jakieś po prostu szopy, składziki. Kilka samochodów stoi na podwórzu. Mieszkańców czy gości? W rogu po prawej na parterze wychodzi facet z fioletowym workiem na śmieci, niesie do kontenera po przeciwnej stronie. Wraca i znika. Wychodzi kobieta z telefonem przy uchu, rozmawia. Wraca.  Przez bramę przechodzą trzej mężczyźni, idą na wprost pewnie do wejścia do hostelu. Trzask drzwi. Weszli.  

       Rano słońca nie widać. U mnie na wsi o tej porze pełne słońce zagląda mi w okno. Tutaj wysokie mury zasłaniają horyzont i wciąż trwa półmrok. Nie spieszę się, spokojnie dopijam hostelową kawę, planując wyjście. Przeglądam wczorajsze upolowane trofea z firmowego spotkania: książki, adresy, telefony, kontakty, zaproszenia. Pakuję plecak i wychodzę. Na tę samą uliczkę na tyłach głównej arterii. Niemal pusto. Podjeżdża śmieciarka, a z drugiej strony z dostawczego samochodu dwaj panowie w czarnych podkoszulkach wyładowują skrzynki z piwem. Na rogu powiązane linkami krzesła piwnego ogródka czekają na kolejną falę turystów. Skręcam w przeciwną stronę. Po drugiej stronie ulicy długi stary ślepy mur. W pewnym miejscu furtka, uchylona. Kilka osób idzie w tamtym kierunku, ktoś stoi w furtce. Ktoś wychodzi. Na murze obok napis: Kuchnia św. Alberta.   

ekologicznie

      Szósta rano - trawa siwa od rosy. Idąc strącam ciężkie krople. Doskonale! W sam raz do koszenia. Zdejmuję kosę z zimowego snu. Najpierw trzeba namoczyć, bo wyschnięte przez zimę drewno skurczyło się i ostrze kosy się poluzowało, nie siedzi odpowiednio mocno. Wkładam kosę głowicą ostrza (klingi) zamocowaną do drzewca do szerokiego wiadra z deszczówką. W czasie, gdy drzewce nasiąka wodą, zbieram potrzebne akcesoria: młotek, osełkę, rękawice. Robię obchód ogrodu po ostatnich deszczach i gradobiciu. Piwonie przeżyły, magnolia przekwita, do poideł dla ptaków dolewam wodę. Zanim odejdę na parę kroków, już pierwsze przylatują się kąpać. Kosy rozchlapują dookoła prawie do dna, więc znowu dolewam. 

      Zaglądam do kosy - drewno napęczniało, dobijam mocniej klin młotkiem, żeby ścisk obręczy przytrzymującej ostrze do drzewca był nie do ruszenia. Teraz ostrzenie. Osełka już nieco nadłamana, ale wciąż daje radę. Ostrze kosy mam wiekowe, ma wiele lat, może ze 30, stąd widać, że zużyte. Z dawnej szerokości zostały dwie trzecie, ale nie kupuję nowego, o, nie! Dałam kiedyś do wiosennego wyklepania prawdziwemu kosiarzowi. Mówił, że metal ostrza jest fantastyczny, twardy i ostry jak brzytwa. Wystarczy dwa razy osełką przejechać i kosa idzie po trawie jak w masło. Teraz takich nie robią. Kilka lat temu wymieniałam tylko drzewce, bo dawne niemal spróchniało. No więc ostrzę klingę uważając na palce. Chociaż nie powiem, raz tylko zdarzyło mi się skaleczyć. I raz przejechałam czubkiem ostrza po nodze. Zupełny przypadek, ale do koszenia zakładam wysokie piankowe buty dla bezpieczeństwa. To pierwszy raz w tym roku, więc ostrzenie nieco dłuższe, aż zaświeci blask czystego metalu.  

      Namoczone, naostrzone, zaklinowane. Idę kosić. Mam takie miejsca, gdzie kosiarką nie wjedzie, spalinowej kosy zaś używać nie chcę, z pewnych względów nie za bardzo mogę. Pierwszy zamach. Rewelacja, idzie jak w masło. Lekkość niesamowita. Aż sama siebie podziwiam, że tak potrafiłam naostrzyć. Kolejne zamachy, raz za razem. Najpierw skręt ciała w prawo i potem z powrotem z kosą tuż nad ziemią przez trawę i chwasty w lewo. Zamach w prawo, i w lewo przez trawę. Nie będę udawać, żem spec, owszem, zaryłam kilka razy w ziemię, właściwie w krecie kopce, których w wysokiej trawie nie było widać. Wtedy kosa się niestety szybciej tępi, trzeba ponownie ostrzyć, ale to już tylko kilka pociągnięć osełką i znowu: zamach w prawo i ostrzem przez trawę w lewo. Kładą się trawy, chwastnice, mniszki, podagryczniki. Szło nawet z trzaskiem po suchych badylach zeszłorocznej nawłoci. Kosiłam półtorej godziny. Słomiany kapelusz na czole mokry, plecy całe mokre. Nie jestem zawodowcem, to tylko moje wiejskie areały.

      W krzaku porzeczki gniazdko - puste. Widać, że tegoroczne. Ptaszki już wyfrunęły. Nie pojawiałam się w tym miejscu wcześniej, żeby nie spłoszyć. Teraz, gdy cała rodzina gdzieś fruwa pod obłokami, mogę wejść i ogarnąć nadmiar trawy, pokrzywy i nadmiernie rozrastającej się jeżyny. Po odstawieniu kosy czas na sekator i sierp. Tak, sierp, taki ręczny. Też zapomniane dzisiaj narzędzie. Ciche i proste w utrzymaniu. Właściwie bezkosztowe. Nie potrzebuje ani prądu, jak kosiarka elektryczna, ani paliwa jak kosa spalinowa, ani wymiennych nożyków. Właściwie nawet go nie ostrzę. Ścinam nim wysokie trawy w trudno dostępnych miejscach, gdzie kosą zamachnąć się nie można.

       W pokosach trawy leżą też ścięte pokrzywy. Wybieram ładniejsze na sok. Pozostałe lądują w beczce zalane wodą. Przez dziesięć dni będą fermentować, naciągać, rozkładać się aż powstanie pokrzywowa gnojówka do podlewania upraw przez całe lato. W drugiej beczce tak samo zalane wodą ścięte mniszki lekarskie. One będą służyć jako nawóz do pomidorów, papryki, ogórków. 

     Na koniec coś dla oczu i czystej przyjemności. Majowy bukiet w bieli: konwalie, narcyzy, śniedek baldaszkowaty i ... chrzan. Wiecie, że chrzan ma ładne białe kwiatostany? Uwielbiam ich zapach. Pojawiły się pierwsze baldachy czarnego bzu - czarny bez też kwitnie na biało. Ale nimi zajmę się następnym razem. 

pokusy

      Najpierw pokusa: pojechać. Potem, gdy termin się zbliża: nie... nie jechać, po co... na co? Pokusa, żeby zostać. Zaszyć się w domu, zakopać, odciąć od wszystkich i wszystkiego. Mieć święty spokój. Czy da się odciąć od pokus? Pokusa, żeby mieć; pokusa, żeby kupić; pokusa, żeby pojechać, zobaczyć, dotknąć, spróbować... Pokusa, żeby iść, działać, zawładnąć jakimś kawałkiem świata, przestrzeni, zawłaszczyć, zdobyć dla siebie. Albo odwrotnie: pokusa, żeby zniknąć. Wycofać się, odseparować, znieczulić na całe zło i brzydotę świata, usunąć się i otulić własnym cieniem, żeby mnie nikt nie znalazł, niczego nie chciał, niczego nie żądał, niczym nie absorbował. 

     Pokusa bycia wszędzie, dotarcia do granic możliwości, aktywności, działania. Pokusa ruchu, pędu - pokusa bycia wiatrem.

      I na odwrót: pokusa wycofania się, zatrzaśnięcia drzwi i okiennic. Pokusa zastygnięcia w bezruchu, w trwaniu jak drzewo na jednym miejscu. 

     Pokusa bycia z ludźmi, między ludźmi, bycia razem, dla innych i dla wspólnego celu. I pokusa samotności, decydowania tylko o sobie i swoim czasie, swojej przestrzeni tylko dla siebie. Pokusa wspólnoty i pokusa niezależności na przemian. 

      Rano pokusa zatrzymuje w łóżku, nie pozwala od razu wstać. Pokusa kontynuowania snu, zwłaszcza gdy był ciekawszy niż życie, albo nie wiadomo, jak mógłby się skończyć, unieruchamia w oczekiwaniu na ciąg dalszy. Wieczorem pokusa zakończenia spraw zaczętych, dooglądania tego, co zapada już w mrok zmierzchu, dosłuchania tego, co zaczyna cichnąć, powstrzymuje przed definitywnym pożegnaniem się z dniem. 

    Innego ranka pokusa zdobywcy wyrywa z pieleszy. Pokusa zachłanności każe wyruszyć bliżej lub dalej w przekonaniu, że czegoś istotnego się nie zobaczy, że coś ważnego przeminie. Pokusa nadążania za: wydarzeniami, innymi ludźmi, światem... Pokusa bycia na bieżąco. 

     Albo pokusa zatrzymania się... Oderwania się od pośpiechu, pędu, pogoni, mody i trendów. Pokusa powiedzenia "Stop". 

      Pokusa władzy, sławy, pieniędzy... Pokusa szczęścia. 

      Pokusa wiedzy, zdrowia, młodości... Pokusa pełni. 

      Pokusa racji, niezależności, dominacji.... Pokusa wyższości.   

front

      Wybuchło 5 maja, we wtorek, po godzinie 15:00. Stan na dzisiaj (7 maja) rano: czoło frontu ma 800 m szerokości, pole bitwy aktualnie obejmuje 500 ha. Teren: Puszcza Solska na Roztoczu, Nadleśnictwo Józefów. Wojna trwa trzeci dzień. Bierze w niej udział ponad 450 strażaków z całej Polski, ponad 100 jednostek, kompania gaśnicza SMOK z Małopolski, wyspecjalizowane kompanie GFFF z podkarpackiego, warmińsko-mazurskiego, łódzkiego, co najmniej dziewięć samolotów gaśniczych, w tym dwa śmigłowce Black Hawk. Każdorazowo taki śmigłowiec może podnieść w specjalnej gondoli 3 tysiące litrów wody. 



                                 Fot. Krzysztof Pisz, Państwowa Straż Pożarna

     Pierwszego dnia pożaru - we wtorek 5 maja w akcji gaśniczej zginął pilot lecący Dromaderem. Maszyna straciła wysokość i roztrzaskała się o ziemię. 


     Walka trwa już ponad 40 godzin. Pisano, że dwóch czy trzech strażaków z wycieńczenia zasłabło, dwóch podtruło się dymem. Z pobliskiego Józefowa ewakuowano przytulisko dla zwierząt. Dym pożaru jest widoczny z daleka, z odległości kilkudziesięciu kilometrów: z Zamościa i Biłgoraja. W Biłgoraju cały czas słychać sygnały jadących straży pożarnych. Latają samoloty i helikoptery gaśnicze.




    Mieszkańcy okolicznych miejscowości organizują zbiórki wody pitnej i pożywienia dla strażaków walczących z ogniem. Dary zbierane są między innymi w Józefowie, Hamerni, Zwierzyńcu, Korytkowie Dużym, Biłgoraju, Gromadzie, Tarnogrodzie. Panie z kół gospodyń wiejskich dostarczają strażakom kanapki. 


     Ciężki sprzęt wspomaga otoczenie centrum ognia przed rozprzestrzenianiem się. Harwestery ścinają drzewa, żeby ogień nie przenosił się koronami, co miało miejsce w czasie porywistego wiatru. Tak zwany pożar wierzchołkowy jest najtrudniejszy do powstrzymania, bo wiatr przenosi iskry i płonące skrawki coraz dalej. W momentach ustawania wiatru pożar szedł poszyciem, a z wiatrem wznosił się na wierzchołki drzew. Obecny stan wilgotności poszycia leśnego na Lubelszczyźnie wynosi poniżej 10%. 

PS Z ostatniej chwili Jeden z portali podaje, że spłonąć mogło ok. 750 ha lasów państwowych i ok. 200 ha lasów prywatnych. Straty w populacji zwierząt nie do oszacowania. 

DOPISEK 9 maja
Z tego, co doczytałam, w sumie w akcji brało udział ponad tysiąc osób: strażaków, wojska, policji, leśników, pilotów.  Zapowiadany i bardzo wyczekiwany deszcz zaczął padać w czwartek rano, pomagając opanować ogień.  Gdyby nie deszcz, chwilami dosyć intensywny, mogłoby być naprawdę źle. Pożar podchodził blisko obrzeży Józefowa. Dym zalegał nad całym miasteczkiem, na ulicach nie dało się oddychać. Nie wiem, na jakich ostatecznie liczbach stanęło, ale w pewnym momencie podawano, że z samolotów zrzucono ok. 600 ton wody. Od czwartku do dzisiaj jest pochmurno i deszczowo, trwa dogaszanie zarzewi ukrytych w torfowisku, w poszyciu bagiennym. Dyrektor Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych w Lublinie we wczorajszym wywiadzie powiedział, że zasięg i straty mogą być porównywalne z ubiegłorocznym pożarem w dolinie Biebrzy. 

wolność

     Wielokrotnie aresztowany i od 2021 roku już stale przetrzymywany, a następnie w 2023 skazany na 8 lat więzienia o zaostrzonym rygorze Andrzej Poczobut został przez reżim Łukaszenki uwolniony 28 kwietnia w ramach wymiany więźniów. Od maraca 2021 roku, gdy Poczobut został ostatni raz aresztowany, minęło pięć lat. Na warszawskim plakacie z jego podobizną zapisano - 1911 dni. Spędził ten czas w izolacji od bliskich, od świata zewnętrznego, często skazywany na pobyt w karcerze. Podobno chorował, podobno nie miał dostępu do lekarza. Zdjęcia sprzed aresztowania i obecne pokazują ogromną zmianę w wyglądzie. Urodził się w 1973 roku, ma 53 lata, a jak wygląda obecnie, można było zobaczyć, gdy odbierał dzisiaj Order Orła Białego - na jakieś 70 lat. Pięć lat białoruskiego więzienia postarzało go o 20 lat. Fizycznie. Duchowi nadal, jak twierdzi, nie pozwoli zgnuśnieć. 

Andrzej Poczobut zrobił sobie zdjęcie ze swoją podobizną sprzed aresztowania na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie, zdjęcie z portalu X

      W uwolnienie Poczobuta zaangażowane były służby dyplomatyczne kilku krajów: poza Polską, także USA, Rumunii i Mołdawii. Wymiana więźniów miała charakter międzynarodowy: pięciu na pięciu. Trzech więźniów wydała Polska, dwóch Mołdawia, w zamian za pięciu więźniów zza wschodniej granicy. O wszystkich szczegółach zapewne nigdy się nie dowiemy. 
       
      Przez półtora miesiąca - od mniej więcej 20 marca zdaje się, trwała walka na morzu - walka o uwolnienie humbaka Timmiego. Dwunastometrowy humbak o wadze 15 ton zabłądził. Zamiast na północne wody Atlantyku, wpłynął sobie do Bałtyku. Błąkał się, zaplątywał w sieci i wyplątywał, grzęznął na mieliznach, odholowywano go, a on znowu utknął w pobliżu Timmendorfer Strand. Od nazwy miejscowości nadano mu imię Timmy. Walka toczyła się najpierw pomiędzy władzami, specjalistami od waleni i oceanów, a opinią publiczną. Władze: ratowanie humbaka kosztuje ogrom pieniędzy, to przekracza budżet. Biologowie oceaniczni: ratowanie humbaka mija się z celem, ponieważ on i tak nie ma szans na przeżycie. Skoro uparcie wracana mieliznę, coś z nim nie w porządku, może być chory, najlepsze wyjście to pozwolić mu umrzeć. W Wismarze ludziom się nie podoba, że zostawia się humbaka na powolne umieranie i organizują protest. Wtedy milioner Walter Gunz wykłada pieniądze na akcję ratunkową. Humbaka umieszcza się w specjalnej zanurzonej w wodzie barce i transportuje na Morze Północne. Operacja monitorowana przez biologów, lekarzy, techników, specjalistyczne ekipy transmitowana jest na cały świat. Transmisję oglądają miliony, na jednym ze streamów pojawiła się liczba półtora miliona obserwujących. Humbak zostaje wypuszczony w sobotę rano 2 maja. Założono mu GPS, żeby śledzić jego ruchy i dalsza podróż. Sygnał to się pojawia, to zanika. Biolodzy oceaniczni nie dają mu żadnych szans, że humbak przeżyje. Półtora miesiąca na mieliźnie, bez pokarmu, bez możliwości aktywnego poruszania się, bez głębokiego zanurzenia, które jest niezbędne do prawidłowej pracy serca i mięśni,  osłabiły go zbyt mocno, doprowadziły do atrofii mięśni. Na razie po wypłynięciu z barki wziął ze dwa, trzy oddechy, wypuścił fontannę z otworu na głowie i zanurzając się, odpłynął. News o tym zamieściło wiele stacji telewizyjnych i portali informacyjnych. Cała akcja kosztowała podobno milion dolarów. 


kto idzie, kto jedzie

     Jak na święto pracy przystało, powinno się świętować poprzez dobrą, rzetelną pracę. Ale jest dzień wolny od pracy - przynajmniej tej instytucjonalnej, zawodowej - i się leniuchuje. Mimo wszystko zastanawiam się, czy mogę dzisiaj włączyć kosiarkę? A nuż mnie sąsiad opieprzy, że on chce odpocząć po całym tygodniu pracy? Jednak sąsiadów mam gospodarskich, czyli rolniczych, więc tutaj wolnego od pracy nie ma, a dzień zaczyna się wczesnym rankiem. Wiosna - czas orki, zasiewów, nawożenia, kultywacji... zależy, co kto ma na polu. I w obejściu: kury, krowy, świnie, gęsi, kaczki... Są też hodowcy gołębi. Zwierzę nie świętuje, tylko chce jeść. 

     Chyba jednak trochę świętują, bo w sąsiedniej parafii odpust na św. Józefa Rzemieślnika. Z tej okazji od lat przez moją wieś idzie męska pielgrzymka z miasta. Wyszli o piątej rano, a pogodę mamy, jaką mamy. Dzisiaj 0 stopni, wczoraj był przymrozek -5 stopni! Maszerują od rana i przystanek mają po drodze w tutejszym kościele parafialnym. Koło Gospodyń Wiejskich przygotowało ciepłe napoje i poczęstunek. 180 chłopa nakarmić, to nie lada wyczyn. Poszli dalej. Ci majówkę rozpoczęli wcześnie i na piechotę.

     Gorzej z wyjazdami. Tutaj na wsi w dni wolne i świąteczne nic nie jeździ. Gdy się nie ma własnego samochodu, żadne majówkowe wyjazdy nie wchodzą w grę. Więc siedzę na miejscu i pozostaje mi świętować dzień pracy - jak przystało na nazwę - codzienną pracą. Jakieś uroczystości, jakieś manifestacje, jakieś pikniki, jakieś przemowy, jakieś koncerty - to wszystko jest dla miastowych. Gdzieś czytałam o planach rozdawania flag Unii Europejskiej na uczczenie naszego wejścia do UE. Gdzie indziej ma się odbyć wiec i składanie kwiatów pod pomnikami działaczy lewicowych. Pamiętam z czasów PRL, jak przymusowo kazano nam maszerować na pierwszomajowe wiece i pochody. Mieszkałam w internacie, więc najpierw wychowawcy zabierali nas z internatu i szliśmy całą grupą na główny plac, gdzie miały się odbyć uroczystości. Oczywiście do domu na 1 maja pojechać nie było nam wolno. Ale jakoś tak zawsze udawało mi się po drodze, zanim doszliśmy do centrum, skręcić w bok, między domki, uliczki, koło parku i zniknąć. Nigdy na ten główny plac nie dotarłam i nie wiem, co działo się dalej. Poszwendałam się po mieście trochę i wracałam do internatu po trzech, czterech godzinach. Nikt się nie czepiał. 

      Odzywają się znajomi z dalekiego i wielkiego miasta, że wybierają się na majówkę w moje okolice. Koniecznie, ale to koniecznie muszą odpocząć, zresetować się i chcą wpaść, odetchnąć świeżym powietrzem. Interesuje ich czy są już jakiś naturalne plony z ogrodu, czy są świeże jajka. Owszem, są. Ale zaraz, jak to ma być? Oni sobie przyjadą na weekendowy odpoczynek, połażą po ogrodzie, porobią zdjęcia z pięknem natury w tle, będą się delektować świeżo zebranym szczypiorkiem, pietruszką, miętą, sałatką z mlecza i pokrzywy, a ja mam to wszystko zorganizować i przygotować? Zadbać o to, żeby nie zgłodnieli i zapewnić inne atrakcje? Rzucić pielenie, rozkładanie folii pod uprawy, przygotowywanie rozsad, podścielenie gniazd dla kwok, okrywanie młodych upraw przed przymrozkami, bo korporacyjne państwo przyjeżdża się zresetować po ciężkiej pracy?  Acha, bo tutaj to nie jest ciężka praca, tylko luz blues wypoczynek cały tydzień. 

        Co to, to nie! W  święto pracy to ja też chcę sobie odpocząć od zajmowania się kimś i przymusowym ogarnianiem chałupy na wysoki połysk, żeby jakoś to wyglądało, bo zaczną zaglądać w każdy kąt i komentować. Sobą też nie chce mi się zajmować po to, żeby się przed miastowymi zaprezentować. Na razie uprawiam abnegację: chodzę w koszuli nocnej i szlafroku - kury i psy nie mają nic przeciwko. Piję trzecią kawę, dzieląc się ciastkiem z ptaszkami. Nie zmywam naczyń i nie robię żadnych sałatek. Nie mam zamiaru ruszać się dokądkolwiek. No bo skoro i tak nie mam jak się stąd wydostać, to na co mi jacyś przyjezdni z miasta? Machania flagami u mnie nie będzie. 

zebrane z drogi

      To było dawno. Jakieś 30 lat temu. Anteny satelitarne dopiero zaczęły się pojawiać. Ale już wtedy równolegle istniał niezależny nurt s...