od bażanta do nietoperza

      Idąc rano miedzy polami najczęściej natrafiam na bażanty, zwłaszcza kolorowe samce z długimi ogonami przemykają przez trawy. Samice zapewne wysiadują jaja. Bażanty podchodzą pod same obejścia, potrafią znienacka przebiec zaraz za stodołami. Kolorowa miedzianopomarańczowa połyskująca ogoniasta kula na tle zieleni. 

      W starych drzewach po każdej zimie pojawiają si nowe dziuple. Ich powstawanie rejestruję słuchając kolejnego dzięcioła zawzięcie ostukującego jabłoń. Właściwie dzięciołów kilku. Najczęściej pojawia się dzięcioł duży, ten najpospolitszy o charakterystycznym czarno-białym upierzeniu. Musi mieć naprawdę twardą głowę tak stukać w pień całymi godzinami. Rzadziej pojawia się dzięciołek mały z czerwoną czapeczką. Podczas gdy dzięcioł duży właściwie zamieszkuje na stałe w pobliżu, dzięciołek bywa tylko rzadkim gościem. Absolutną niespodzianką były natomiast odwiedziny dzięcioła zielonego.  Jasnozielonooliwkowe upierzenie skutecznie maskuje go w liściastym środowisku, ale w tej chwili jeszcze liście na drzewach nie są całkowicie rozwinięte. Dlatego mogłam go zlokalizować wysoko na pniu. 

     Ślady obecności dzięciołów  - poza głośnym terkotaniem jakby posługiwał się drzewnym tam-tamem - znajduję na ziemi, koło pni drzew. Nie wiadomo kiedy pod starą jabłonią pojawiła się spora kupka wiórów. Skąd się wzięły? Jakieś cztery do pięciu metrów nad ziemią, w starym konarze widniała sporej wielkości świeża dziupla. Czekałam, kto ją zasiedli. Pojawiał się kandydat, którego wcześniej widziałam w życiu tylko raz - pomarańczowy dudek. To ptak bardzo płochliwy, więc to, że postanowił założyć gniazdo w drzewie rosnącym w przydomowym ogrodzie jest dla mnie zagadką i niespodzianką. Na razie jest zdeterminowany zaadaptować dziuplę po dzięciole na swoje potrzeby. 

      W piwnicy pobudziły się hibernujące motyle. Dopóki nie zobaczyłam na własne oczy, nie wiedziałam, że motyle mogą zimować w domach, właśnie w piwnicy, gdzie ciemno i nieco wilgotno, ale temperatura nie spada poniżej zera. I o dziwo, budzą się na wiosnę i wylatują w świat. Mam tylko jeden gatunek takich zimowych gości - to rusałka pawik. Pawiki pojawiają się w moim ogrodzie jako jedne z najwcześniejszych motyli. Gdy tylko promienie słońca ogrzewają pierwsze kwiaty bratków i pierwiosnków. Na delikatnych miękkich kwiatach pierwiosnków przysiadają ciężkie trzmiele. Taki trzmiel, gdy siądzie na kwiatku, przygina łodygę aż do samej ziemi. Wygląda to dosyć zabawnie. Lubię trzmiele, ponieważ mają... poczucie humoru. Część z nich znajduje sobie niesamowite miejsce na nocleg - kielichy magnolii. Trzmiel siedzący w kielichu do późna wieczór zostaje w nim zamknięty, gdy młody jeszcze kwiat zamyka się na noc. Przykładałam ucho, aby posłuchać jak w środku brzęczy. Później chyba śpią, tak sądzę. 

      Zdaje się, że budzą się już nietoperze. Nie zdaje się, tylko naprawdę się budzą, bo jeden mnie nastraszył i to niemal w środku dnia. Mimo że nietoperze są zwierzętami nocnymi, ten akurat pojawił się w trawie po południu w świetle dnia. Spadł zdezorientowany - skądś przyleciał lotem ślizgowym i usiadł w trawie. Podeszłam zobaczyć czy nic mu nie jest. Jakby odpoczywał z wpół rozłożonymi skrzydłami. Duży. Brązowe futerko. Wygląda na to, że mógł to być nocek duży lub borowiec wielki, bo miał małe uszy, nie takie duże jak gacki. Poderwał się i elegancko mnie omijając kołem - jak widać jego echolokacja działała bez zarzutu - uczepił się drewnianej futryny okna starego stuletniego domu. Na brązowej futrynie prawe nie było go widać. Poza tym okno znajdowało się w cieniu, więc tam chyba postanowił dojść do siebie. Nie podchodziłam bliżej, żeby go nie niepokoić. 

       No i wszędzie kosy żerujące w liściach, trawie. Śpiewające drozdy - jeden upodobał sobie róg dachu na domu i stamtąd co wieczór wyśpiewuje pieśń godową na całe podwórze. Wtóruje mu drugi z dachu szopy u sąsiada. Istny konkurs śpiewaczy. Nie potrzeba radia, telewizji, filharmonii, nie potrzeba kupować biletu - cowieczorny koncert darmowy. 

     Takie to skrzydlate towarzystwo mam. Nie licząc małych ptaszków, którym zrobiłam kąpielisko w starych patelniach ustawionych między rabatami kwiatowymi i na podwyższeniu, na starym stole warsztatowym. Gdy wymieniam lub dolewam wodę,  muszą gdzieś całkiem z bliska mnie obserwować, bo gdy tylko odejdę i ukryję się za drzwiami, już się zlatują i pluskają. 

to się nie opłaca

       Co wygrywa w zderzeniu pięknych idei humanitaryzmu, solidaryzmu społecznego, wspólnotowości, współodpowiedzialności z twardym podejściem materialistycznym nastawionym na zysk? Nie chcę teoretyzować. Po prostu kilka przykładów. Wszystkie cytaty z ogólnodostępnych portali informacyjnych. 

1. 

SLOS to choroba genetyczna, w której organizm nie potrafi produkować cholesterolu – kluczowego składnika dla rozwoju mózgu. Zamiast tego gromadzą się toksyczne substancje, które stopniowo uszkadzają układ nerwowy i inne narządy. Dzieci często nie mówią, nie jedzą samodzielnie, zmagają się z nadwrażliwością sensoryczną i wymagają intensywnej rehabilitacji. - Problem polega jednak na tym, że dzieci z SLO jest bardzo mało. Dla firm farmaceutycznych stworzenie terapii dla tak niewielkiej grupy pacjentów jest po prostu nieopłacalne.

2.

 Inwestycje publiczne powinny być „efektywne, to znaczy [...] generowa[ć] wysokie zyski”.

3.

Właściciel elektrowni węglowej w swoim rachunku kosztów i strat nie uwzględni cierpienia i wydatków na leczenie okolicznych mieszkańców, którzy, wdychając pyły z elektrowni, nabawili się raka.

4. Fragmenty opinii z analizy najnowszego projektu nowelizacji ustawy o publicznym transporcie zbiorowym mającym zlikwidować wykluczenie komunikacyjne.

Wdrożenie proponowanych przepisów nie wpłynie na ograniczenie wykluczenia transportowego, a efekt integracji przy malejącym znaczeniu transportu publicznego będzie symboliczny...

Rezygnacja z linii regularnej na rzecz transportu na żądanie, ponieważ ustawa umożliwia realizowanie usług minimalnych w ten sposób, może paradoksalnie prowadzić do pogorszenia obsługi i wzrostu wykluczenia [...] (ponieważ istnieje) ryzyko zaniżania zgłaszanych potrzeb transportowych po to, żeby uniknąć finansowania wynikającej z nich obsługi.

Inwestycje w tabor, zaplecze techniczne czy systemy IT liczy się dziś w milionach złotych i w horyzoncie znacznie dłuższym niż jedna kadencja samorządu. Trudno oczekiwać, że rynek będzie podejmował takie ryzyko (gdyż) duża część samorządów w Polsce wychodzi z założenia w stylu "po co mamy płacić za co nie musimy"

5.

Działalność twórcza i artystyczna jest dość powszechnie wykonywana w ramach działalności gospodarczej. (...) ustawodawca zrównał artystów z przedsiębiorcami i traktuje sztukę jak towar będący przedmiotem obrotu gospodarczego.

6.

Wydatki na kulturę w Polsce są na tyle niskie, że znajdują się poniżej średniej europejskiej. Poszczególne gminy mierzą się z całą masą problemów finansowych i kolejne konieczne inwestycje skutecznie spychają kulturę na sam koniec kolejki inwestycji. W tej sytuacji inicjatywy artystyczne, społeczne i edukacyjne często uzależnione są od dobrej woli sponsorów, to jest prywatnych osób, firm i instytucji.

ratuj się, kto może

      Armagedon wkrótce. Szykujcie się na ekstremalne warunki. Ludzkość musi się przygotować albo na exodus gdzieś na inną planetę, albo czeka ją zagłada. Ba, nie tylko ludzkość, lecz całą biologiczną formę istnienia. Ja już dzisiaj zaczynam pakować plecak ostatniej szansy. A nuż załapię się na jakiś transport ewakuacyjny? Gdy go oczywiście zorganizują w jakieś miejsce zdatne do życia. Bo na razie nawet najbliższe nam planety są nie do życia. Zresztą, gdy dojdzie do katastrofy, w całym Układzie Słonecznym będzie za blisko. Ale może do tego czasu zamiast zwiedzania Księżyca i oplatania Ziemi pajęczyną satelitów wreszcie uda się znaleźć sposób na długie loty w inne rejony Kosmosu. Gdzieś musi być przecież druga Ziemia. Tutaj długo nie pociągniemy. Zegar tyka i odmierza nam czas do momentu zero. Wtedy przestanie istnieć cokolwiek. Naukowcy z NASA i japońskiego uniwersytetu w Toho obliczyli dokładną datę naszego końca, końca istnienia życia na Ziemi. Nastąpi to za 1 000 002 021 lat. Miliard dwa tysiące dwadzieścia jeden lat - tyle mamy jeszcze czasu. To niewiele. Słońce tak się rozgrzeje, że zostanie po nas tylko popiół. Ja już się pakuję i ustawiam w kolejce do ewakuacji. Na początek rozbiję namiot w pobliżu jakiegoś kosmodromu. Mój dziadek przed wyjściem z domu sprawdzał czy wszystko ma ze sobą: tytoń, hubka, krzesiwo i fajka. Ale to było dawno, może pójdę za pomysłowością MacGyvera: latarka, scyzoryk i taśma izolacyjna. Czasami jeszcze kompas. Ale czy kompas na innej planecie będzie działał? Gang Olsena też umiał sobie radzić w każdej sytuacji: sznurek, agrafka i czasami pies. Nie, z psa zrezygnuję. Czym go wykarmię na obcej planecie? Poza tym armagedon ma objąć całe biologiczne życie, które w palącym słońcu się ugotuje. Być może nie będzie co ratować z całej tej biologii. I po co ja wkuwałam w szkole tę całą systematykę? Przecież na innej planecie nie będzie przydatna. Tylko buty, tak, buty są najważniejsze w każdej wyprawie. Bez dobrych butów nigdzie nie dojdziemy. A więc już mam komplet na wielką ucieczkę. Teraz tylko czekać. 

shane va

      Przez większość życia układamy się ze światem, rzeczywistością, ludźmi. Okoliczności zmuszają do kompromisów. Z różnych powodów nie mówimy tego, co myślimy. Żeby nie urazić, nie zranić, albo dla świętego spokoju, bo nie warto. Czasami powody są bardziej frustrujące: obawa utraty wizerunku, opinii, narażenie się na szykany i niemiłe konsekwencje. Nie powiesz szefowej, że w tej sukience fatalnie wygląda, bo może się to dla ciebie źle skończyć. Koleżance w pracy pewnie też tego nie powiesz, bo obraza gotowa, a przecież jeszcze przyjdzie wam nieraz razem działać przy jakimś projekcie, spotykać się i wypada jakoś zachować poprawne relacje. Nie powiesz przełożonemu, że  plecie głupoty, bo to może oznaczać koniec twojej pracy w tym miejscu. 

      Wychowanie i zasady kultury skutecznie eliminują prostotę i czystość komunikacji. I nie chodzi o to, żeby wyrąbać komuś prosto w oczy, że jest debilem. Chodzi o możliwość i umiejętność komunikowania stanów faktycznych typu: trudno mi się z tobą pracuje, bo wprowadzasz nerwową atmosferę; ten zakup jest nieudany; twoje dzieło nie jest najwyższych lotów (weźcie spróbujcie coś takiego powiedzieć znajomej piszącej wiersze, malującej jakieś obrazy, próbującej zarzucać wszystkich swoimi fotografiami niby artystycznymi czy piszącej opowiadania w przekonaniu, że jest genialna). A jeszcze bardziej chodzi o umiejętność przyjmowania, akceptowania takich zdań przez adresatów. Bo cóż w nich takiego strasznego? Nic, często szczera prawda. 

     Gdy codzienny kompromis głaskania cudzego ego doszczętnie nas wyczerpie, nieraz po wielu latach nadchodzi czas, gdy pojawia się myśl: "Przecież ja już niczego nie muszę". Nie muszę udawać, że coś mi się podoba, jeśli się nie podoba; nie muszę chwalić, gdy nie ma za co; nie muszę się uśmiechać, gdy wcale mi nie do śmiechu; nie muszę się zgadzać, gdy wcale nie mam na to ochoty. Zaobserwować można, że najczęściej ten moment nadchodzi, gdy człowiek przechodzi na emeryturę. Wtedy wiele sytuacji wymuszających kompromisy, ukrywanie prawdziwych emocji i myśli, po prostu znika wraz z odejściem z pracy. Słyszałam też od starszych osób deklaracje: "Jestem już w takim wieku, że nie muszę udawać". Czyli nadchodzi taki moment, gdy nagromadzone doświadczenie życiowe pozwala na otwartość w wyrażaniu siebie. 

     I nie, nie chodzi o krytykowanie wszystkich wokół, dostrzeganie samych wad, mankamentów, wytykanie czegoś, nie w tym rzecz. To zbytnie uproszczenie. Chodzi o prawdę. Jeśli rozmowa z kimś mnie męczy i nuży, mam prawo to powiedzieć. Jeśli czyjaś opowieść mnie nie interesuje, mam prawo to powiedzieć, a nie udawać zainteresowanie w imię... koleżeństwa? Przyjaźni? Dobrego wychowania? Jeśli czyjaś praca, dzieło mi się nie podoba, mam prawo to powiedzieć, nie obawiając się, że ten ktoś poczuje się urażony. Jeśli poczuje się urażony, trudno, to ma problem z samooceną. 

     Wiele może być sytuacji, w których unikamy jednoznacznego wyrażenia swojego prawdziwego stanowiska, opinii, emocji. Właściwie w każdej sferze życia zjawisko to występuje: w pracy, co oczywiste, ale też w relacjach z najbliższymi, w rodzinie, w gronie koleżeńskim, w kontaktach przypadkowych, bardzo widoczne w mediach społecznościowych i na blogach, wokół których tworzy się pewien krąg wielbicieli. Nazwijmy rzecz po imieniu, często bywa to zwyczajne towarzystwo wzajemnej adoracji. Chwalimy autor/autorkę licząc na wzajemność, a kto odważy się na odmienne zdanie, jest sekowany. Wielokrotnie to obserwowałam. Zjawisko zresztą wcale  nie nowe i przeniesione z relacji w świecie realnym. Ani to dyplomatyczne, ani konstruktywne. Puchnie od tego bańka fikcji, w której się funkcjonuje. A co, gdy bańka pęknie? 

     Może zebrać się na odwagę podjąć decyzję? Naprawdę nic nie muszę. Nie muszę się nikomu podlizywać, nie muszę zabiegać o popularność, o uwagę. Nie muszę żebrać o komplementy ani też obdzielać wszystkich wokół udawanymi uśmiechami i akceptacją. Nie muszę dusić w sobie zniesmaczenia, zażenowania, dezaprobaty. Nie muszę przytakiwać, że jest coś jest wspaniałe, gdy nie jest, ani odwrotnie; że coś jest fatalne, skoro tak nie uważam. Nie muszę iść ze wszystkimi. Mogę osobno. 

    W kawiarni siedzą trzy panie: jedna po sześćdziesiątce, druga po siedemdziesiątce i trzecia w wieku lat dziewięćdziesiąt. Kawiarnia dosyć droga, ale wybrały ją z powodu kilku zalet. Dogodna lokalizacja, bezpieczne wejście bez schodków, a to w pewnym wieku bywa ważne. Słyszały też dobre opinie, że  przyjemna obsługa, bogate menu, niedroga. A to już są dosyć subiektywne odczucia. Panie zamówiły kawę i deser. Dwie zajęły się tym deserem, a trzecia popatrzyła na maleńką miseczkę z kupką czegoś na środku i wypaliła: "Wiecie co, jak na cenę to jest to takie małe gówienko".  Faktycznie, kształt i kolor podobne. I nich sobie by nazwano to "momentem ekstazy" czy "fontanną przyjemności", fakt pozostaje faktem. I nawet gwiazdki Michelina nie pomogą. 

pytania naiwne

 1. Dlaczego system zwrotu plastikowych butelek musi przechodzić przez drogie techniczne urządzenia typu butelkomaty i obejmuje tylko niektóre wielkości? Czy nie wydajniej dla idei recyklingu byłoby móc oddawać każdą butelkę w każdym punkcie zakupu? 

2. Dlaczego mniej napojów sprzedaje się w butelkach szklanych, które są wielokrotnego użytku, więc na pewno dla ekologii byłoby to bardziej korzystne niż produkcja opakowań plastikowych? 

3. Dlaczego nie chcą mi zapłacić za oddawanie do skupu makulatury, gdy przecież przez wiele dekad dawniej funkcjonowały akcje zbiórki makulatury w szkołach, zakładach pracy, a teraz się nie opłaca?

4. Dlaczego w sklepach niemal wszystko pakowane jest w opakowania plastikowe, woreczki foliowe zamiast w papierowe, a gdy zamawiam coś przez Internet, to w środku są trzy warstwy folii? 

5. Dlaczego producenci nie piszą wyraźnie, do jakiej frakcji odpadów wyrzucać ich opakowania i zmuszają mnie do studiowania materiałoznawstwa? 

6. Dlaczego w składach węglowych nie ma węgla z Polski, tylko sprowadzany z Kazachstanu?

7. Dlaczego to Europa usilnie ratując świat, obwarowuje swoich obywateli zakazami, nakazami i karami, gdy reszta świata i tak ma to w dupie? 


Fakty

Bydło, zwierzęta hodowlane

UE proceduje nowe zasady prowadzenia hodowli zwierząt, aby zmniejszyć emisję amoniaku i metanu. Tymczasem: najwięcej krów na świecie jest w Indiach - ok. 300 mln, co stanowi 30% światowej populacji. 220 mln znajduje się  Brazylii, trzecie miejsce - 10 % populacji, czyli ok. 100 mln hoduje się  Chinach. USA zajmują czwarte miejsce pod względem pogłowia bydła - ok. 93 mln. 

Największe fermy drobiu - Chiny - 5 miliardów sztuk rocznie; w Indiach i USA ponad 3 miliardy rocznie; w produkcji brojlerów pierwsze miejsce zajmuje Brazylia - ponad 4 miliardy rocznie.

Plastik

Najwięcej odpadów plastikowych wytwarzają Chiny - ponad 37 mln ton, na drugim miejscu USA - 23 mln ton, na trzecim miejscu Indie - 7,5 mln ton.

Kopalnie

Największe kopalne węgla na świecie - Chiny i USA - mają złoża po prawie 2 miliardy ton, na trzecim miejscu Indonezja.

Największa kopalnia miedzi na świecie - Chile, 1,2 mln ton rocznie; na drugim miejscu Indonezja, na trzecim Brazylia.

Samochody

Największym producentem samochodów spalinowych są Chiny - 35 mln, na drugim USA, na trzecim Japonia; 

pod względem zarejestrowanych aut USA na pierwszym miejscu - 280 mln, Chiny zajmują drugie miejsce - 200 mln, trzecie - Japonia, 80 mln. 

Farmacja

Największym na świecie producentem leków są Indie, przy czym nie chodzi o pojedyncze koncerny farmaceutyczne, lecz całościowo wszyscy producenci w danym kraju. Kolejne miejsca zajmują Chiny i USA. Jeśli chodzi o podział na odrębne koncerny farmaceutyczne, to palma pierwszeństwa należy do Johnson & Johnson (USA) - ponad 88 mld dolarów przychodu w 2024 roku. 

popcorn

      Pod nagłaśnianymi na portalach informacyjnych medialnymi aferami w różnych sferach, od życia towarzyskiego w kręgach znanych osób showbiznesu, aktorów, celebrytów, przez osobistości życia politycznego po najwyższe szczeble władzy natrafiam nieraz na komentarz rodem z seansów filmowych: "Biorę popcorn i zasiadam do oglądania". Jak przy ulubionym serialu, bo najczęściej afery ciągną się przez wiele odcinków. Tak jest właśnie z aferą w sprawie sędziów, która ciągnie się tak samo długo, jak wiele spraw w polskim orzecznictwie sądowym. Gdy czytam, jak długo potrafią trwać niektóre, wydawałoby się, proste sprawy, mam wątpliwości czy sądy w ogóle są potrzebne, bo zdarza się, ze jedna ze stron umiera zanim doczeka ostatecznego prawomocnego wyroku.  I wtedy pada już ostateczna decyzja o umorzeniu sprawy. 

     Ostatnie sceny przed Sejmem, limuzyny, kordony ochronne, krzyki, manifestacje - można było oglądać prawie jak kolejny odcinek "Chłopców z ferajny". Jedni sędziowie złożyli przysięgę przed prezydentem, inni przed sejmem; obie strony zarzucają sobie działania bezprawne. Pytanie zasadnicze się nasuwa: jak mogą orzekać sędziowie, co do których są wątpliwości o legalność nominacji. Toż to wywraca całą jurysdykcję do góry nogami. No i którzy mają orzekać, skoro jest ich teraz więcej niż stanowisk w TK?  Może wprowadzić rotację? W poniedziałki będą orzekać jedni, we wtorki inni... i taki grafik ułożyć tygodniowy, miesięczny? A my sobie usiądziemy przed telewizorami i będziemy zajadać popcorn. 

      Przyda się także podczas śledzenia zawirowań w sprawie NBP - bo raz ma nadwyżkę, zyski i zakupione sztaby złota, a po kilku tygodniach okazuje się, że trzynastomiliardowe straty.  Śledząc medialne doniesienia, krzykliwe tytuły, trzeba mieć świadomość, że do wiadomości publicznej dociera tylko niewielki ułamek istotnych informacji. Na tej podstawie nie da się wyciągnąć żadnych wniosków, a nasza wiedza to tylko tyle, ile nam ujawnią ci, którzy trzymają karty. Nie oszukujmy się, my tych kart w ręku nie mamy, nie mówiąc o atutowych asach. Zwyczajny człowiek może tylko być widzem.  

       Gorzej, gdy w różnych okolicznościach staje się kartą przetargową, jak wtedy, gdy zachoruje i musi skorzystać z publicznej służby zdrowia, od której działań można jeszcze bardziej zachorować. Decyzja o wydłużeniu terminu płatności za nadwykonania diagnostyczne (m.in. tomografii) już wydłużyła kolejki. Decyzja ta ma przynieść milionowe zyski NFZ, ale czy przyniesie zdrowie pacjentom? Obie strony znowu spierają się co do milimetra, a właściwie co do grosza. 

       Wszystko rozgrywa się na naszych oczach, ale jak w każdym serialu, pokażą nam tylko to, co chwytliwe, krzykliwe, medialne. My jesteśmy przed ekranem: oglądamy serial niekompetencji i przepychanek. Jedzmy popcorn, dopóki jeszcze mamy na to zdrowie.       

wspominki

      W święta miałam dużo czasu i zebrało mnie na wspominki. Nie cierpię pośpiechu, ganiania z językiem na brodzie, żeby z czymś tam i gdzieś tam zdążyć, żeby zrobić, dopiąć, dopucować. Właściwie nawet zwrot "nie cierpię" jest zbyt łagodny, ja tego serdecznie nienawidzę. I nienawidzę komplikacji, tego skomplikowanego życia współczesnego, gąszczu przepisów, które regulują wszystko, regulują całe życie od narodzin aż do śmierci. Nie wierzę, że im bardziej skomplikowane i szczegółowe przepisy, akty prawne, paragrafy, tym zdrowiej i bezpieczniej się żyje. Jakoś współczesne konflikty wojenne tego nie potwierdzają.

      Nostalgicznie wzięło mnie na wspominki, trochę z żalu za dzieciństwem i młodością, trochę na przekór współczesnej modzie na nowoczesność, która zabiera czas i pochłania energię niewspółmiernie więcej niż przynosi korzyści. 

       Była wieś. Mała, otoczona łąkami, polami i lasami. Przez środek prowadził wygon - nazwa od wyganiania tędy krów na pastwisko. Sama te krowy wyprowadzałam rano na łąkę, potem przyprowadzało się w południe i wyganiało ponownie wieczorem. Rano przed wyprowadzeniem krów doiło się mleko. Wlewało się je do metalowych baniek (kanek) i wystawiało przed płot, bo przed szóstą jechał mleczarz i je zbierał, zawoził do mleczarni. Potem puste bańki odwoził. Drugi raz doiło się wieczorem: był więc udój poranny i wieczorny.  Nic nie dorówna zapachowi i smakowi świeżo dojonego mleka. I tak, trzeba było wstać wcześnie rano,  ale człowiek nie miał wrażenia tego pośpiechu, jaki towarzyszy dzisiaj. Idąc z krowami na łąkę miało się czas i okazję posłuchać choćby śpiewu ptaków, zaobserwować zmiany w przyrodzie, nawet pomyśleć o czymś. Okazję do obserwowania fantastycznego porannego przyrodniczego spektaklu stwarzało też wypasanie owiec. Moim obowiązkiem było wypasanie latem, w wakacje. Całe stado wyganiałam jeszcze przed świtem, w oparach mgły. Dopiero szarzało. W tej mgle czasami owce mi się gubiły i nawet nie wiedziałam, czy są wszystkie, ale jakoś nigdy żadna nie zaginęła. W milczeniu skubały trawę, a ja wspierałam się na kiju i podziwiałam sekunda po sekundzie jak słońce wtacza się ponad horyzont i rozświetla przestrzeń. Stopniowo mgły opadały, wyłaniały się drzewa, owce materializowały się w milczeniu, w trawie połyskiwały pajęczyny strojne w diamentowe krople rosy. To było jak misterium światła i życia. Czasem padał drobny deszcz. Wtedy w kapturze na głowie oglądałam spektakl w odcieniach szarości. Krople spadające z liści drzew, drżące źdźbła trawy. Upartym ptakom niewielki deszcz nie przeszkadzał. Rozpoczynały śpiew i wkrótce ruszały na łowy.  

      Praca była ciężka, zwierzęta wymagają oporządzenia: wyrzucenia gnoju z obory, wyłożenia w niej świeżej słomy, napojenia, nasypania ziarna i siana w żłoby. W zimie, gdy nie pasły się na łące, więcej trzeba było zrobić w obejściu. Przed wyjazdem do szkoły, a potem do pracy krowy musiały być oporządzone, więc wstawało się o czwartej rano, żeby wszystko zdążyć zrobić. A latem dochodziła jeszcze praca w pasiece. Ponad sto uli miał mój dziadek, a drugie sto ojciec. Jako dziecko bałam się pszczół, nie zaprzeczam, ale pomagałam i nawet sama łapałam i wsadzałam roje. W sezonie wirowania miodu ręce omdlewały od noszenia ciężkich ramek. Podziwiałam dziadka i ojca, którzy nic sobie nie robili z tego brzęczenia wokół. Ojciec potrafił pójść do uli w krótkich spodenkach i przerywał robotę, gdy użądliła go co najmniej setka pszczół. Kiedyś przyszedł z pasieki z opuchniętym całkowicie jednym okiem - bo oczywiście siatki nie założył. Okazało się, że w powiekę użądliły go trzy szerszenie, no i ponieważ zapuchło tak, że na to oko nie widział, musiał przerwać robotę. 

      W zasadzie nie o tym chciałam pisać, lecz o prostszym życiu. O tym, że sadzenie drzew w miedzy było normą i  obie strony mieszkające po obu stronach miedzy z tych drzew korzystały. Dzisiaj przepisy, odległości, jednemu czy innemu sąsiadowi przeszkadza, że liście spadają na jego podwórko... O tym, że w każdej oborze było okienko, przez które wlatywały jaskółki, które zakładały gniazda pod powałą obory. Dzisiaj nie wolno, dzisiaj jaskółki nie mogą sobie wlatywać do obór, bo znowu przepisy, zakazy, paragrafy. O tym, że przed każdą niemal posesją, przy płotach ludzie stawiali ławeczki i wieczorami zbierała się na nich wiejska starszyzna. Obradowali, wymieniali się wiadomościami, pomysłami, radami. Dzisiaj nie ma ławeczek, bo dawny wygon został ucywilizowany: jest asfalt, chodniki, ścieżka rowerowa i miejsca na ławki już zabrakło. Ludzie siedzą w domach i oglądają telewizję. O tym, że sklep we wsi służył nie tylko do zakupów, ale też jako miejsce wymiany ważnych informacji. Dzisiaj tego sklepu nie ma, nie ma w ogóle żadnego sklepu, bo w centralnym miejscu koło gminy pojawił się supermarket z wielkiej sieci. Mały wiejski sklepik nie przetrwał konkurencji. W supermarkecie się nie rozmawia, robi się szybkie zakupy i się znika. O tym, że w środku wsi była kuźnia. Pamiętam jeszcze, gdy konie stały czekając na podkucie. Pamiętam wielkie kowadło stojące na środku i kowala ubranego w skórzany fartuch. Dzisiaj dawna kuźnia została uprzątnięta i jest w niej składzik. O tym, że małe mleczarnie upadły, dzisiaj straszą po nich rozwalające się budynki. Nawet w najbliższym powiatowym mieście mleczarni nie ma. Są tylko wielkie zakłady produkcyjne, kilka, kilkanaście w kraju, które nie skupują mleka od małych gospodarstw, tylko z wielkich hodowli. 

     I pamiętam miejsce daleko za wsią, zwane osterią. To zniekształcone słowo od austerii, czyli karczmy. Tej karczmy to już za moich czasów nie było, istniała przed wojną. Jej ślad pozostał tylko w tej zniekształconej nazwie. Mówiło się: "Na osterii posadziłem porzeczki", albo: "Na osterii zasiałem grykę".  Był to pewien obszar, gdzie na pewnym odcinku w odległości półtora kilometra za wsią  gospodarze mieli pola. My mieliśmy tam wiśniowy sad.  Wszystko się skurczyło, charakterystyczny zakręt zniknął, osterii nie ma. Jest obwodnica i droga ekspresowa. Wszyscy gdzieś pędzą, ile pary w silnikach. Wszyscy się spieszą. Nienawidzę tego pośpiechu. 

powtarzalność

        Powtarzalność nie jest współcześnie ceniona. Kojarzy się z nudą i rutyną. A przecież całe życie, całe istnienie podlega prawu powtarzalności. Powtarzają się wschody i zachody słońca, powtarzają się pełnie Księżyca, powtarzają się pory roku. Co roku jesienią odlatują ptaki, aby powrócić na wiosnę. Nawet jeśli życie pojedynczego człowieka jest liniowe - od narodzin do śmierci - to sami lubimy wprowadzać w nie coroczne rytuały: urodziny, imieniny, inne rodzinne rocznice. Czcimy rocznice śmierci naszych bliskich, obchodzimy rocznice wielkich ważnych wydarzeń historycznych, świętujemy Dzień Niepodległości, Boże Narodzenie, Wielkanoc... Bo mimo wszystko człowiek potrzebuje rytuałów. One nadają sens biegowi dni, tygodni, miesięcy i lat. Gdyby nie powtarzalne rytuały, nie wiedzielibyśmy, co nas czeka za tydzień, za dwa, za miesiąc. Życie byłoby bardziej niepewne i nieprzewidywalne. Owszem, czasami lubimy niespodzianki, ale na dłuższą metę pragniemy spokoju i przewidywalnego poczucia stabilności. Mit Uroborosa włącza krótkie pojedyncze ludzkie życie w uniwersalne kosmiczne koło czasu, w nieprzerwaną ciągłość życia i śmierci. 

      Czasami codzienne czynności mają ukryty sens, niewidoczny na pierwszy rzut oka. Gdy się jednak głębiej zastanowić, okazuje się, że większość naszych powtarzalnych rytuałów zakorzeniona jest w symbolice nieustannego powrotu do początku. Proste czynności, które mogłyby się wydawać przebrzmiałe lub podlegające zmiennym obyczajom niekoniecznie w swej głębi są takie zwyczajne. Co roku na wiosnę, właśnie w okolicach Wielkiego Tygodnia, nawet szczególnie w te dni Wielkiego Tygodnia po Niedzieli Palmowej obserwuję, jak gospodarze obchodzą swoje pola. Pola ze wzrastającymi zasiewami, już zieleniejącym zbożem. Gdy pole jest daleko od domu, widzę gdzieś przy miedzy stoi rower, a rolnik idzie wzdłuż pola i się przygląda, obchodzi dookoła. Może nasłuchuje jak rośnie? Wiele razy widziałam takie spacery. Nie robią tego wielcy właściciele mający setki hektarów, oni raczej nastawieni są na produkcję przemysłową. To dawny rytuał małych gospodarzy, którzy nie traktują swojej ziemi tylko jako taśmy produkcyjnej, ale nawiązują z ziemią partnerską więź. Muszą wiedzieć, gdzie i jak rośnie, muszą sprawdzić, czy pole czegoś nie potrzebuje, czy jest wystarczająco nawodnione, czy może wysuszone. Nie jadą od razu z traktorem, z opryskiwaczami, jak ci z ogromnych posiadłości. Najpierw obchodzą na własnych nogach, niespiesznie, przystając, przyglądając się. Jednego dnia sprawdzają w jednym miejscu, drugiego w innym. Jest w tym jakieś namaszczenie, jakaś powaga i odpowiedzialność. Osobista więź z orną ziemią, z polem, z zasiewami. Nieraz będąc w swoim starym zdziczałym sadzie miałam okazję rozmawiać z takim gospodarzem. Oni się nie spieszą, podejdą, zapytają co słychać, co po zimie przetrwało, co się zepsuło. Rozmawia się o najbliższych planach, o zasiewach, o drzewach, o zwierzętach, o uprawach i hodowli. Czasami mam wrażenie, że bez tego rytuału wiosna nie nadeszłaby w całej swojej pełni, byłaby jakaś wybrakowana.  

      Podobnie z kartkami świątecznymi. Obecna moda na życzenia SMS-owe lub telefoniczne nie mają w sobie tej aury osobistego zaangażowania i wyczekiwania. Zrobiłam własnoręcznie w tym roku i wysłałam 20 kartek świątecznych. Każda inna, dopasowana do adresata. Robiłam je dwa tygodnie, dużo wcześniej, żeby zdążyć. Robiąc taką kartkę, myślałam o osobie, do której ją wyślę, wspominałam swoje z nią kontakty, lata znajomości, przyjaźni. To wszystko miało wpływ na ostateczny wygląd kartki. Podczas wykonywania kartek, układania życzeń, myślałam też o tym, czym dla mnie samej jest Wielkanoc, jakie niesie przesłanie. A przecież to już kolejna Wielkanoc w moim życiu, i kolejna w życiu osób, dla których kartki przygotowałam. A więc znowu jakaś powtarzalność, rytuał, który utrwala więzi między ludźmi i więzi między doczesnością, przyziemnością a tym, co niezmienne i metafizyczne; między tym, co ulotne i krótkotrwałe, a tym, co wieczne i nieprzemijające. 

       Chcemy czy nie chcemy, jesteśmy świadkami powtarzalnego koła czasu. Natomiast od tego, czy sami zechcemy, zależy, czy weźmiemy w tym udział.  


PS Niestety, nie wysłałam żadnej kartki do osób komentujących tutaj mój blog, bo nie znam adresów.  

ekologicznie

      Szósta rano - trawa siwa od rosy. Idąc strącam ciężkie krople. Doskonale! Trawa w sam raz do koszenia. Zdejmuję kosę z zimowego snu. N...