obiecałam sobie

      Ile razy się zdarza, że się spóźnimy. Za późno do kogoś zadzwonimy, za późno postanowimy porozmawiać, spotkać się, złożyć życzenia. Za późno, bo tej osoby już nie będzie.  A dopóki żyła, miało się wrażenie, że jeszcze zdążymy. Odkładamy rozmowę, odkładamy napisanie tego e-maila, SMS-a, odwołujemy spotkanie. Potem. Później. Gdy będzie lepszy czas. A okazuje się, że lepszego czasu nie będzie wcale. W ogóle nie będzie czasu żadnego. Dlatego obiecałam sobie nie odkładać takich spotkań ani rozmów zwłaszcza z osobami, które widuję rzadko. Bo nie wiadomo, kiedy będzie ten ostatni raz. 

     Dlatego kilka dni temu spotkałam się ze starszą panią. Nie jest moją krewną, nie łączyła nas praca. Po prostu kiedyś poznałyśmy się na wydarzeniu o charakterze kulturalnym, zaczęłyśmy rozmawiać i okazało się, że mamy podobne upodobania, np. słuchanie muzyki fado. Ja byłam bardziej mobilna, ona byłą wtedy jeszcze całkiem sprawna i choć mieszkałyśmy w dosyć oddalonych miastach, widywałyśmy się kilka razy w roku. Z czasem kontakty stały się rzadsze, aż ustały na kilka lat. Usprawiedliwiałam się tym, że miałam dosyć intensywny czas w pracy.  No ale dosyć tego, żal kończyć taką interesującą znajomość, więc odezwałam się po latach i znowu się spotykamy. To ja jadę do niej, do jej miasta, wcześniej dzwonię, umawiam się, wybieramy kawiarnię i rozmawiamy. Jest sporo starsza ode mnie, krucha, delikatna, ale dystyngowana i o wielkiej kulturze. Mimo wieku wciąż błyszczy intelektem i dowcipem. Tylko strona fizyczna podupada. I - jak mówi o sobie - stała się osobą taksówkową. Podróżowanie miejską komunikacją byłoby dla niej zbyt wyczerpujące. 

      I kolejny zacieśniony kontakt - dziewczyna - piszę "dziewczyna", bo tym razem sporo młodsza ode mnie - z mojej dawnej pracy. Zawsze dobrze się dogadywałyśmy, ale kiedy przeszła na inne stanowisko, jakoś rzadziej miałyśmy okazję rozmawiać. Po moim odejściu dowiedziałam się, że przeżywa w pracy trudny okres, więc postanowiłam odnowić ściślejszy kontakt, bo dziewczyna niezwykle skromna i kulturalna, zbyt łagodna na współczesny wyścig szczurów. Teraz jesteśmy w stałym kontakcie. Dzwonimy, opowiadamy sobie, co u każdej słychać. Jak trzeba, podnosimy się na duchu. 

      Mam znajomą na drugim końcu Polski, z którą spotkać się raczej nie mam szansy. Dlatego nasze kontakty, dawniej nawet w formie listów, obecnie przerodziły się w długie rozmowy telefoniczne. z krótszymi i dłuższymi okresami milczenia, gdy obie za bardzo zajęte byłyśmy naszymi własnymi sprawami i codziennością. Przez pewien czas długo milczała. W końcu zadzwoniłam, pytając co się dzieje. Nazbierało się jej chorób, zmartwień i obowiązków. Opowieść trwała długo. Nie odpuszczam i co jakiś czas dzwonię, żeby znowu razem powspominać dawne czasy, ponarzekać na obecne i życzyć sobie kolejnych długich rozmów.    

     I w całej tej obietnicy nieodwlekania może nawet nie tylko o ludzi chodzi. Także o zwierzęta oraz inne marginalizowane czynności. Siadam i obserwuję na przykład kury. Przyglądam się, jak grzebią w ziemi, jak wyszukują czegoś w trawie, jak budują między sobą hierarchię. Może się to wydawać śmieszne lub niepoważne, ale im więcej je obserwuję, tym częściej dochodzę do wniosku, że wcale nie są głupie. Mają niesamowity instynkt i spostrzegawczość. Kwoki na przykład potrafią być bardzo bojowe, gdy bronią kurcząt. Kurczęta zaś błyskawicznie uczą się rozpoznawać znaczenia odgłosów kwoczej mamy. Obserwowałam jak kiedyś malutkie kilkudniowe kurczęta na jedno ciche ostrzegawcze "kooo" błyskawicznie pochowały się w różne zakamarki między jakieś porozrzucane klocki. Wprost nie było ich widać. Nie wiedziałam dlaczego i nagle nad podwórko napłynął cień ptaka. Kwoka zobaczyła go dużo wcześniej niż ja i ostrzegła swoje kurczątka, żeby się schowały. Nie był to ptak drapieżny, jak się okazało, ale sylwetka na tyle zaniepokoiła całe stado, ze dorosłe osobniki znieruchomiały patrząc w niebo, a kwoka zadbała o bezpieczeństwo swoich młodych. Nie widziałabym tego, gdyby mi się jak zwykle spieszyło.

      Spotkać się z ludźmi, porozmawiać, wysłać e-mail, świąteczną kartkę.. Zainteresować się, jak komuś leci, jak się czuje, co przeżywa, czym żyje... Pogratulować komuś sukcesu, zapytać, co ma w planach, zaprosić na kawę... Postać przy kurniku, zrobić budkę lęgową na wiosnę, pogłaskać psa, pójść na spacer do lasu, posłuchać śpiewu ptaków... Obiecałam sobie być gotową zatrzymać się w każdej chwili, gdy właśnie nadchodzi na to czas.  

tradycja i komercja

     Nie ukrywam, że lubię odwiedzać kiermasze i jarmarki. Okazji ku temu sporo, bo to i tradycyjne cotygodniowe jarmarki w okolicznych miasteczkach, i jarmarki świąteczne -te raczej w większych miastach, i nieduże świąteczne kiermasze lokalne. Wiele miejscowości o charakterze turystycznym  od lat organizuje natomiast doroczne jarmarki z okazji święta jakiegoś lokalnego produktu, jak cebulowe, chmielowe, jagodowe, paprykowe, miodowe, pierogowe lub po prostu regionalnych przysmaków. przy tej okazji pojawia się też mnóstwo innych atrakcji. Organizowane są warsztaty rękodzieła, koncerty, pokazy tańca tradycyjnego i warsztaty taneczne, projekcje filmowe, atrakcje dla dzieci. Nieraz podobne przedsięwzięcia nazywane są targami: targi staroci, targi regionalne, targi biżuterii, targi rolnicze. Nie chodzi mi o targi w rozumieniu ogromnego przedsięwzięcia w halach targowych, z biletami wstępu, tylko o takie targi na świeżym powietrzu, w plenerze, gdzie większość wystawców to ludzie z okolic. 

     Gdy mam okazję czy to w najbliższej okolicy, czy podczas dalszych wyjazdów, chętnie idę na targi, kiermasze i jarmarki. Oglądam stragany, degustuję nowe potrawy, przyglądam się rękodziełu, obserwuję ludzi, czasem znajdę coś ciekawego do kupienia. Spektakularne jarmarki przed Bożym Narodzeniem w całej Europie przyciągają tłumy, ale i teraz, przed Wielkanocą byłam już na dwóch: w większym i mniejszym mieście. Porównuję i dochodzę do wniosku, że w mniejszych miejscowościach można prędzej natrafić na autentyczne regionalne wytwory prezentowane przez rękodzielników czy twórców ludowych. Ogromny wybór wielkanocnych palm, wykonanych własnoręcznie przez panią z radomskiego z różnych roślin, suszonych kwiatów, traw i bibuły, obok rzeźbiarz ludowy, z którym można było porozmawiać o wybieraniu właściwego drewna, o twórczych inspiracjach, nawet o używanych przez niego dłutach. Na innym stoisku trochę potraw lokalnych, serwowanych na miejscu lub do zakupienia do domu, jak proziaki, racuchy z żurawinami, lokalne nalewki, dżem z dzikiej róży. Istotą jest fakt, ze sprzedaje ten, kto sam owe produkty wytwarza. Taki jarmark czy kiermasz uważam za autentyczny. 

     Zupełnie inaczej wyglądało to w wielkim wojewódzkim mieście, gdzie co prawda ze sceny jakiś prowadzący głośno zachęcał do zakupów, do obejrzenia wszystkiego, podkreślając, że przyjechało aż osiemdziesięciu wystawców z całej Polski, ale w większości byli to hurtownicy, którzy sprzedawali towar zakupiony u innych. O ciekawej rozmowie na temat sprzedawanych produktów nie było co marzyć, ponieważ często sprzedawca nie wiedział, co ma na straganie. Gdy zapytałam pana oferującego słodkie przysmaki o skład jednego z nich, nie miał o tym pojęcia. Jego wiedza ograniczyła się do dosyć naburmuszonego zresztą burknięcia: "Jakaś galaretka". Jarmark reklamowany był jako wielkanocny, tymczasem stoiska z ozdobami świątecznymi były zaledwie dwa. Pozostałe to jedzenie, w tym ze trzy wędliniarskie, dwa lub trzy serowe, jedno czekoladowe, ze dwa z biżuterią, a co już naprawdę mnie zaskoczyło to kilka stoisk z ubraniami: sukienki, skórzane kurtki, płaszcze. Co mają skórzane kurtki wspólnego z Wielkanocą??? 

      Na lokalnych, regionalnych jarmarkach, nawet przedświątecznych, choć może nie tak szumnie reklamowanych, też pojawiają się inni wystawcy niż  rękodzielnicy, czy ludowi twórcy, ale lubię, gdy są to producenci miejscowi z okolic. Na przykład z lokalnej palarni kawy. Można natrafić na naprawdę ciekawe smaki, degustować na miejscu i ewentualne zakupić do domu, gdy posmakuje. Odkryłam w ten sposób co najmniej dwie lokalne palarnie i jestem zadowolona, bo oferują sprzedaż także przez Internet. 

     Kilka razy trafiłam na ciekawe targi staroci, na których można było kupić płyty winylowe, stare książki, unikatowa biżuterię i porcelanę. Tutaj też trzeba uważać, żeby nie dać się nabrać na masówkę oferowaną przez hurtowników.  Myślę, że z czasem człowiek nabiera wprawy i widzi, z kim ma do czynienia. Kupiłam kiedyś przedwojenną figurkę porcelanową, na której szczególnie mi zależało ze względu na tematykę, a pani, która sprzedawała, była jednocześnie historykiem sztuki i opowiedziała mi całą historię powstania tego wzoru, jego pochodzenie, znaczenie. 

       Niemniej komercja wkracza wszędzie i coraz trudniej o autentyczną tradycyjną atmosferę na jarmarkach. Jeszcze panie z kół gospodyń wiejskich robią same wielkanocne palmy i mogą dokładnie powiedzieć na przykład, jakich roślin użyły do ich wykonania. A w wielu miejscach nawet palmy są już chińskiej produkcji, nie mówiąc o pisankach, świątecznych ozdobach i tych okropnych plastikowych zajączkach. 

magnesy

      Wiadomo, magnes przyciąga metal. Małe magnesiki od lat są wykorzystywane jako gadżety turystyczne. W domu ozdabiają lodówki. Magnesami przyciągającymi uwagę posługują się instytucje poszukując pracowników. Tutaj wabią nie tylko zarobki, ale szereg dodatkowych benefitów: pakiety zdrowotne, możliwość awansu, premie, elastyczny czas pracy i szereg innych. Od wielu lat magnesami posługują się instytucje oświatowe, werbując kolejne roczniki. I to na wszystkich szczeblach: od przedszkola do Opola... nie, wróć! Do uczelni wyższych. 

      Mogłabym zacząć: "Za moich czasów..." i tak dalej. Tak, za moich czasów nie wędrowały tabuny młodzieżowych grup po mieście, od szkoły do szkoły, szukając atrakcji i dając się przyciągać magnesami. Największe wzięcie mają szkoły średnie, które organizując tzw. dzień otwarty, zapraszają w swoje mury ostatni rocznik ze szkół podstawowych, aby zachęcić ich do wyboru tej właśnie placówki. Ulicami miasta przechodzą istne młodzieżowe pielgrzymki i zwiedzają kolejne szkoły, szukając atrakcji. W jednej rozdawano cukierki z logo szkoły, w drugiej goście otrzymywali cały pakiet "startowy": długopis, notes, mały segregator. Jeszcze w innej urządzono magiczne pokazy chemiczne, a w kolejnej występy kabaretu szkolnego. 

     Rywalizacja bywa brutalna. Z osobistego zwiedzania i szukania wrażeń przenosi się do świata wirtualnego. Media społecznościowe wszystkich placówek dosłownie zalewane są zdjęciami, atrakcjami, zachętami. Zamieszczane są filmiki reklamowe, piosenki, skecze. Magnesy! A przedstawiciele jednej i drugiej szkoły potrafią wzajemnie obśmiać swoje pomysły. Jedni naśmiewają się z tego, że rywalizująca placówka przekupuje przyszłych uczniów ciastkami i cukierkami, bo na prawdziwą edukację ich nie stać. Ta odgryza się niedwuznacznie sugerując, że rywale to zera mnożone przez dowolną liczbę zwiedzających. I tak przerzucają się podkopującymi "uwagami". A echo mediów społecznościowych roznosi się daleko. 

      I żeby tylko szkoły średnie! Podstawówki walczą o dzieci z przedszkoli, a przedszkola o dzieci w ogóle. I one mają swoje dni otwarte. Wszystko ma zwiększyć szanse rekrutacji. Każdy walczy o przetrwanie, imając się wszelkich sposobów. Z drugiej strony, co to daje? Czy przynosi zamierzony skutek? Z rozmów z "wędrującą" młodzieżą wnoszę, że nie bardzo. O wyborze szkoły średniej decyduje najczęściej namowa rówieśników, a nie obejrzane atrakcje, gadżety i pokazowa scenografia udostępniana raz w roku. Chociaż usłyszałam też takie głosy, że ktoś zdecydował się na wybór szkoły, bo ma fajne media społecznościowe, FB i TikTok. Czyli idziemy się bawić na całego. Co tam nauka, wiedza! Przecież "matura to bzdura". 

      Najbardziej dziwią mnie otwarte dni w przedszkolach, szkołach podstawowych. Czy dzisiaj naprawdę nie wiadomo, jak wygląda szkoła? Czy prowadząc dziecko na zwiedzanie przedszkola zachęcimy je, żeby chętniej do niego chodziło? Albo do podstawówki? Pamiętam, że gdy miałam iść do pierwszej klasy szkoły podstawowej - w czasach, gdy o dniach otwartych nikomu się nie śniło - byłam podekscytowana tym, że 1 września zobaczę jak wygląda moja przyszła klasa - w sensie pomieszczenia, w którym będę się uczyła. Zobaczę szkołę od środka, bo wcześniej widziałam tylko z zewnątrz. Zobaczę szkolne ławki - takie drewniane, z pochylonym blatem i otworem w środku na kałamarz! Tak, w takich jeszcze ławkach siedziałam na początku podstawówki. Gdybym wcześniej tę szkołę już zwiedziła, nie byłoby takiej ekscytacji, zainteresowania, poruszenia. Bo przecież już to bym widziała i wiedziała! Więc nic nowego, nuda i rutyna. Podobnie, gdy wybierałam się na studia. Tutaj co prawda przed pierwszymi zajęciami w październiku uczelnię zdołałam w jakiejś części poznać w czasie egzaminów wstępnych, ale był to zaledwie wycinek całego kompleksu akademickiego. Nie zwiedzało się piętrami, salami, całymi korytarzami, przechodząc przez wszystkie aule i laboratoria, jak bywa dzisiaj. Poza egzaminacyjną aulą na egzaminie pisemnym oraz mniejszą salą na egzaminy ustne, cała reszta pozostawała nieznana aż do rozpoczęcia roku akademickiego. I bardzo dobrze! Zaspokajanie ciekawości powinno odbywać się stopniowo. 

       Zwiedzanie szkół podczas dni otwartych zabija ciekawość, która powinna towarzyszyć początkowi nowego roku szkolnego i przejściu do nowego etapu. Tak sobie myślę, czy gdy mamy iść na przykład do szpitala na operację, to idziemy najpierw zwiedzić salę operacyjną? No nie, raczej poszukamy informacji o personelu, lekarzach, zasięgniemy opinii o metodach leczenia, wygląd korytarzy szpitalnych ani szpitalne sale nie pomogą nam podjąć decyzji. Edukacja, nauka na poszczególnych etapach to długa rozłożona w czasie operacja na ludzkim umyśle. O tym, jak zostanie przeprowadzona, nie dowiemy się zwiedzając szkolne korytarze, sale lekcyjne, halę sportową i uczestnicząc w happeningach kreatywności. Można sobie zgromadzić wszelkie gadżety, magnesiki, a i tak to, co będzie decydujące to sam proces nauczania, a nie jednorazowa akcja reklamowa. 

       Szkoły prześcigają się w tym, żeby zrobić największe show. Tymczasem wychodzi cyrk. W jednej ścianka fotograficzna, w drugiej przebrania czarnoksiężników, w trzeciej szwedzki stół, w jeszcze innej dzień piżamy, w kolejnej koncert kolęd,... nie, wróć! ... koncert życzeń... też nie, wróć! Chyba to był koncert piosenek młodzieżowych. Ale to nie była szkoła muzyczna. W sumie nie wiem, po co.      

okopy

       Jak w wielu kwestiach, tak i w sprawie SAFE, obie strony polityczne: rząd na czele z premierem i prezydent ze swoimi doradcami, okopały się w swoich szańcach. Sytuacja patowa. Do tego stopnia, że temat - jako nużący i niegenerujący nowych spektakularnych pomysłów rozbudzających emocje odbiorców - spadł z głównych stron portali informacyjnych. 

       Kwestia konieczności modernizacji armii jest sprawą oczywistą i tutaj dyskusji raczej nie ma. Rzecz rozbija się o źródła finansowania. Kwestie ekonomiczne zawsze wydawały mi się zawiłe i nawet w skali życia jednostki, czyli mnie samej, zbyt skomplikowane do ogarnięcia. Próba wgłębienia się w zasady gospodarcze, założenia firmy, prowadzenia jakiejkolwiek działalności prowadzą do jednego wniosku: "Dlaczego to jest tak skomplikowane?!" Także w kwestiach takich jak dotacje na różnego rodzaju inwestycje, przedsięwzięcia, czy cokolwiek, wiążą się z wymaganiami, papierami, certyfikatami, na które człowiek zwyczajnie nie ma siły. I nie jest to tylko moja opinia. Znajome małżeństwo musiało przebudować łazienkę, żeby ją przystosować dla kobiety, która po wylewie ma jedną stronę sparaliżowaną. Formalnie rzecz biorąc, na taką przebudowę, wstawienie nowej bezpiecznej armatury, są odpowiednie programy pomocowe i możliwość otrzymania finansowego wsparcia. Kiedy mąż tej pani zaczął zapoznawać się z zasadami otrzymania dotacji, z wykazem jakie certyfikowane urządzenia może zakupić za otrzymane pieniądze, machnął ręką i stwierdził, że nie chce tych pieniędzy i nie będzie się w to bawił, zmodernizuje łazienkę za własne pieniądze i nie będzie się starał o żadne dofinansowanie, bo zależy mu na własnym zdrowiu, a nie chce go tracić na użeranie się z urzędnikami. 

        Dlatego zawsze wychodzę z założenia, że najlepiej żyć na poziomie, na który mnie stać. Zapożyczanie się - u państwa, w banku czy u sąsiada - nie wchodzi w grę, dopóki mam co jeść, za co kupić ubranie i zapłacić czynsz. Reszta to potrzeby wtórne. Żaden bank nigdy nie namówił mnie na żaden kredyt ani w żadnym sklepie nie kupowałam na raty. Nie rozumiem, jak można sądzić, że to się opłaca, skoro każą pożyczkę należy spłacić z odsetkami a suma rat musi się przecież opłacać nie kupującemu, tylko temu, kto kredytu udziela. I każdą pożyczkę też trzeba spłacić. W przypadku SAFE pożyczka może obowiązywać przez 45 lat, pierwsze 10 lat może trwać karencja w spłatach. No i rozległ się krzyk z obu stron. Jedni twierdzą, że to konieczność i szybka możliwość otrzymania finansowania, a druga, że to niekonieczne w tej formie, bo są inne źródła finansowania nie tak zadłużające. Obie strony siedzą w okopach i szykują się na zwarcie.

        Mnie w zasadzie wszystko jedno, bo za 45 lat nie będzie mnie już na świecie, nie moje pieniądze będą szły na spłatę zadłużenia. Słowem, zróbmy taki prezent naszym dzieciom i wnukom. Udzielanie pożyczki na 45 lat to także wyraz bardzo dużego optymizmu zakładającego, że układ sił politycznych, finansowych, gospodarczych i struktury UE nadal będą działały w formie zbliżonej do dzisiejszych. Nie byłabym aż taką optymistką. W strukturach Unii Europejskiej pojawiają się coraz głębsze napięcia, nie bardzo widać narzędzia, które by mogły temu zapobiec. Prędzej czy później nastąpi tąpnięcie. I nie wiadomo, jak ono wielkie będzie i do czego ostatecznie doprowadzi. Wolałabym osobiście tego nie sprawdzać, ale złudzeń, że "jakoś to będzie" raczej nie mam. 

       W sensie dosłownym zaś, wojenne okopy zamiast znikać z mapy świata, rozgałęziają się, tworząc coraz dłuższe labirynty. Już nie tylko wojna w Ukrainie,  już nie tylko w Iranie i na Bliskim Wschodzie. Przeniesienie wojennych konfliktów do sfery cyfrowej generuje nowe formy okopywania się. Na Business Insider czytam długi artykuł o wyłączeniu przez Izrael  miejskiego monitoringu, który staje się łatwym narzędziem kontrolowania przez wroga. Okopywanie się w swoich kryjówkach zmusza do rezygnacji z osiągnięć cywilizacyjnych. Co prawda przykład koreańskiego Songdo przypomina raczej wizję z "Roku 1984" Orwella, więc może faktycznie wyjęcie wtyczki nie jest takim złym pomysłem. 

Artykuł TUTAJ

górą śmieci

     Światowy arsenał jądrowy wystarczy, aby zniszczyć życie na Ziemi. A jeśli nawet globalną katastrofę nuklearną przeżyłyby najodporniejsze i najprymitywniejsze organizmy, które mogłyby dać zaczątek przyszłej ewolucji, na pewno nie byłoby już na naszym globie człowieka i ludzkiej cywilizacji. Na przykład niesporczaki, czyli tardigrady potrafią przeżyć w temperaturze od zera absolutnego do plus 150 stopni C i znoszą tysiąc razy większe promieniowanie niż człowiek. Katastroficzne wizje atomowej zagłady ludzkości od lat stanowią pożywkę sensacyjnych artykułów, proroctw i literatury czystej science fiction. Myślę jednak, że nie ma realnych podstaw tych obaw, bowiem wcześniej zginiemy przywaleni śmieciami. Przywaleni, zatopieni, otoczeni GÓRAMI śmieci. Górami i dryfującymi po oceanach wyspami. Być może nawet wcześniej powstanie nowy ląd: Śmiećlandia. 

      Bowiem wszelkie działania są pozorne, rzekomo proekologiczne rozwiązania są śmieci warte... tfu! śmiechu warte. To, co szumnie nazywa się ekologią i ekologicznym recyklingiem to tylko działania pozorowane. Niektórzy na tym zarabiają, a inni uspokajają swoje sumienie, że coś robią. Kolejne dyrektywy, rozwiązania, jakieś butelkomaty, kaucjomaty i kolejne kolory z palety barw na oznakowanie koszy i worków przypominają zabawę dzieci w piaskownicy. Mają swoje wiaderka i łopatki a cała zabawa polega na przesypywaniu piasku z miejsca na miejsce. Przeciętny zwykły normalny człowiek nie ma ani czasu, ani możliwości dostosowywać się do pokrętnych wskazań nieraz narzucanych odgórnie. 

       Czytam nieraz "porady" jak prawidłowo segregować domowe śmieci i do jakich dopasować frakcji. Na przykład plastikowa buteleczka z pompką po kosmetyku. Czytam zalecenie, że należy oddzielić metalowe części od plastikowych. No mam w tej pompce metalową sprężynkę i co? Ręcznie się jej wydobyć nie da. Trzeba albo jakimś ostrym nożem, nożyczkami przeciąć rurkę i sprężynkę wyjąć? I mam to robić za każdym razem? I w wielu podobnych przypadkach, gdy część metalowa jest trwale przymocowana do części plastikowej? Jak ktoś ma dużo czasu, może z tej czynności sobie nawet hobby zrobić, ale wybaczcie, zwykły pracujący człowiek, mający dom, rodzinę, mnóstwo codziennych zajęć i obowiązków, nie ma czasu na takie pierdoły. Przy czym od razu zaznaczam, że nie piszę tutaj tylko o sobie. Moje obserwacje dotyczą sporej grypy zapracowanych ludzi żyjących w naprawdę intensywnej codzienności. 

       Nie wiem, czy większość ludzi w Polsce, zwłaszcza żyjących w miastach, zdaje sobie sprawę, że na przykład na wsiach, w wielu gminach wiejskich nie ma PSZOK-ów. Na pewno nie wiedzą o tym ustawodawcy, którzy wymyślili oddawanie do nich odpadów tekstylnych. Mieszkam w takiej gminie właśnie, gdzie PSZOK-u nie ma. Efekt zakazu oddawania tekstyliów do odpadów zmieszanych jest widoczny w rowach i lasach: wyrzucone stare buty, torebki z postrzępionymi paskami,  stare spodnie, pocerowane ręczniki, szmaty... A to, czego nie widać, poszło z dymem.  Nikt nie pojedzie specjalnie do miasta oddać parę dziurawych butów. Ludzie mają co innego do roboty. 

       I kolejna kwestia: częstotliwość odbierania śmieci. Moja znajoma w mieście ma odbierane na przykład bioodpady co tydzień czy co dwa tygodnie  (już dokładnie nie pamiętam), a inne śmieci dwa razy w miesiącu.  U mnie w gminie śmieciowóz przyjeżdża raz w miesiącu. Więc gdy przychodzi termin, przed posesjami można zobaczyć, zwłaszcza gdzie są liczne wielopokoleniowe rodziny, istne hałdy worków.  Czy to oznacza, że ludzie na wsi produkują więcej śmieci? Nie, tylko dłużej muszą je zbierać i przechowywać, zanim przyjedzie firma i odbierze. Zwłaszcza, że bioodpadów praktycznie nikt nie oddaje, wszyscy mają w gospodarstwach kompostowniki, a resztki jedzenia spożytkowuje się jako pożywienie dla zwierząt hodowlanych.  

      Absolutne kuriozum to odbiór elektroniki, gabarytów i opon. Odbywa się tylko RAZ w ROKU.  Ktoś wymieniał szafkę w kuchni akurat w takim momencie, e kolejny odbiór gabarytów wypadał za 10 miesięcy dopiero. Przez dziesięć miesięcy stara szafka stała i czekała na swoją kolej. Nie, nie można było jej wywieźć samemu, ponieważ do tego trzeba by było nająć kogoś z większym samochodem. Nająć, czyli poszukać jakiegoś dostawczaka, zapłacić za paliwo, za usługę. Dodatkowe koszty, mimo że przecież opłata za odbiór śmieci została już raz wpłacona. Nie każdy ma przecież odpowiednio duży samochód. Ja na przykład nie mam. 

       I te nieszczęsne opony - nie dość, że można odstawiać tylko raz w roku, to jest limit: TYLKO 4 OPONY.  Absolutne kuriozum, jeśli dotyczy gospodarstwa rolnego, w którym są maszyny rolnicze. No przepraszam, ale wozów na drewnianych kołach już nie ma. Policzmy przy minimalnej liczbie maszyn rolniczych w gospodarstwie: traktor - 4 koła, kombajn - 4 koła, rozrzutnik obornika - niech będzie najmniejszy, czyli 2 koła, przynajmniej jedna przyczepa traktorowa (chociaż z reguły mają po dwie) - 4 koła. To razem minimum 14 opon używanych jednocześnie. Możliwość oddania tylko czterech opon na rok jest po prostu śmieszna. Może w mieście, gdzie ludzie mają tylko osobowe auta, to ma sens, ale nie na wsiach, gdzie są całe gospodarstwa. I znowu skutek widzę w rowach, gdzieś pod lasem: spalone opony, że tylko druty zbrojenia zostały w pogorzelisku. Oczywiście, wkurza mnie to, ale czasami się nie dziwię. Ktoś, kto ustala normy, kompletnie nie ma pojęcia, jakie są realne potrzeby. No chyba, że komuś się przyśniło, że aby ratować świat, należy powrócić do orania z pługiem prowadzonym ręcznie przez chłopa i ciągniętym przez jego żonę oraz żniw kosami i sierpem. 

     A, nie, zaraz, przecież mamy umowę z krajami Mercosur, głód nam nie grozi, nawet gdy polskie rolnictwo zwinie manatki. Na razie. 

zależy kto liczy

      Prawdę mówiąc, jesteśmy skazani na wiadomości z drugiej, trzeciej ręki. Nawet w kwestiach tak absorbujących i globalnie ważnych, jak wojna i wszelkie konflikty. Jedno państwo napada na drugie i zaczyna się podawanie liczb: jedna strona podaje, że zginęło tylu i tylu, a druga uściśla, to znaczy albo liczbę pomniejsza, albo zwiększa. Zależy, którą wersję "opłaca się" sprzedać miliardom odbiorców w świecie. 

      Otwieram na laptopie komentarz do trwającej wojny na Bliskim Wschodzie. Pisze ktoś, że obecnie Izrael prowadzi dwie wojny. Jedną z Iranem, drugą w Libanie. I jest to prawda. Prawda z pewnego punktu widzenia. A może raczej siedzenia. Zależy, gdzie znajduje się perspektywa i jak zdefiniujemy wojnę. Bo akcja w Strefie Gazy wciąż trwa. Czy to nie jest wojna? Pierwszego marca Izrael zamknął wszystkie przejścia do Strefy Gazy dla pomocy humanitarnej. W zasadzie zwyczajnie zamknął się wokół ścisły kordon. Nikt nie wjedzie, nikt nie wyjedzie. A ludziom brakuje wody, nie ma prądu, nadal panuje głód. Więc owszem, nie spadają bomby, ale czy to nie jest wojna i w ogólnej liczbie się nie liczy? 

      Według Clausewitza wojna to kontynuacja polityki prowadzona innymi środkami. I owszem, najczęściej przybiera formę gwałtownej akcji zbrojnej, ale wszelkie działania mające za cel przymus wobec wroga i zmuszenie go do określonego działania jest aktem wojennym. To może być także odcięcie dopływu prądu, żywności, skazanie na głód, uniemożliwienie działania lekarzom, szpitalom; wszystko, co przyspieszy pogrążenie się w chaosie, niemocy i powolnym wymieraniu. 

      A dzisiaj szczególnej roli nabiera umiejętność szerzenia dezinformacji. Chcielibyśmy mieć dostęp do informacji rzetelnych, ale - nie łudźmy się! - takich informacji po prostu nie ma. Wszyscy mają swój punkt widzenia. Nawet matematyka, ta królowa nauk, nie pomoże. Save the Children informowała w październiku ubiegłego roku, że w ciągu dwóch lat wojny w Strefie Gazy zginęło 20 tysięcy dzieci.  Oczywiście władze Izraela nigdy tego nie potwierdziły, a retoryka wojenna służy uzasadnieniu wojny z Hamasem. Z kolei lekarze, świadkowie niosący pomoc humanitarną mówią o niedoszacowaniu tej liczby.  Prawdy raczej się nie dowiemy. 

       Teraz zaś trwa liczenie bomb: ile spadło na Teheran, ile na Bejrut, ile w Dubaju, ile w Katarze, a ile na amerykańskie bazy wojskowe. Ci, którzy zrzucają, chwalą się, ile zrzucili; ci, którzy się bronią, podają liczby, ile rakiet zneutralizowali, ile przechwycono dronów. Pojawiają się nagrania, na żywo obserwujemy działania.  Ogrom informacji i świadectw filmowych stwarza złudzenie, że prawie tam jesteśmy i mamy pojęcie o skali wydarzeń. Nie mamy jednak żadnego. Każde nagranie ukazuje tylko jedno zdarzenie, jedno na setki, tysiące. Nadal nie da nam to wglądu w całość sytuacji. Ani w jej wymiar liczbowy. Jeśli ktoś chciałby tym karmić swój racjonalizm - polegnie od nadmiaru szczegółów, których nie da się ogarnąć, przetrawić, zsumować. 

      Jesteśmy skazani na wiadomości z drugiej, trzeciej ręki. To jak w tych relacjach z Dubaju polskich celebrytów i innych jakichś ludzi, którzy akurat w dzień ataku na Iran postanowili się tam udać na wycieczkę. Jedni relacjonują strach i przerażenie, inni uspokajają, że wszystko jest ok, bezpiecznie i normalnie się żyje. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Jedni czekają na rządowy samolot, który ich zabierze do Polski, inni wsiadają w samochód i jadą do Rijadu (swoją eskapadę opisała Anita Włodarczyk), aby stamtąd szukać dalej drogi ewakuacji. Ale to już temat na inną dyskusję. 

      

      

Kalkulacje wojenne

       Jakie to osiem wojen Trump zakończył, czym się nieustannie chwali, gdy właśnie rozpętał kolejną?  Czy sam? Wątpię. Sojusz USA i Izraela nie jest tu przypadkowy. Czy przypadkiem wojna w Iranie nie ma większego znaczenia właśnie dla Izraela? USA są daleko i mają swoją ropę. A Izrael właśnie wysłał wojska lądowe do Libanu, rzekomo przeciwko Hezbollahowi. Wszystkie uzasadnienia są rzekome i zapętlone we własne absurdy: "Zaatakowaliśmy, bo wiedzieliśmy, że Iran na to odpowie". Co to za tłumaczenie? Gdzie konkrety? Gdzie fakty? Faktycznie Iran odpowiedział: uderzył w państwa Bliskiego Wschodu: bomby i drony spadają w ZEA, w Arabii Saudyjskiej, Katarze, Kuwejcie, Omanie a nawet na Cyprze. "Cudowna" eskalacja się robi. Irańskie kobiety mogą liczyć na europejskie wyzwolenie z pęt islamskiego reżimu. Czy równie wdzięczne będą dziewczynki, które już zostały "wyzwolone" z wszelkich więzów i zginęły w ataku na szkołę podstawową w Minabie? Ponad 80 dziewcząt zginęło, ok 70. jest rannych. Mierzi mnie ta wybiórczość i hipokryzja, bo może te ofiary się nie liczą w ogólnej kalkulacji jedynie słusznej walki o "wyzwolenie". Czy idziemy za doktryną, że wojna pociąga ofiary i to akceptujemy? Mówi się, że każda rewolucja pożera własne dzieci. I to nawet byłoby sprawiedliwe, gdyby dotyczyło tylko własnych twórców. Niestety, wojna jest ślepa. Każda wojna pożera całkiem niewinne ofiary. Nawet więcej tych niewinnych niż faktycznie odpowiedzialnych za całą sytuację. 

obiecałam sobie

      Ile razy się zdarza, że się spóźnimy. Za późno do kogoś zadzwonimy, za późno postanowimy porozmawiać, spotkać się, złożyć życzenia. Za...