Wiadomo, magnes przyciąga metal. Małe magnesiki od lat są wykorzystywane jako gadżety turystyczne. W domu ozdabiają lodówki. Magnesami przyciągającymi uwagę posługują się instytucje poszukując pracowników. Tutaj wabią nie tylko zarobki, ale szereg dodatkowych benefitów: pakiety zdrowotne, możliwość awansu, premie, elastyczny czas pracy i szereg innych. Od wielu lat magnesami posługują się instytucje oświatowe, werbując kolejne roczniki. I to na wszystkich szczeblach: od przedszkola do Opola... nie, wróć! Do uczelni wyższych.
Mogłabym zacząć: "Za moich czasów..." i tak dalej. Tak, za moich czasów nie wędrowały tabuny młodzieżowych grup po mieście, od szkoły do szkoły, szukając atrakcji i dając się przyciągać magnesami. Największe wzięcie maj szkoły średnie, które organizując tzw. dzień otwarty, zapraszają w swoje mury ostatni rocznik ze szkół podstawowych, aby zachęcić ich do wyboru tej właśnie placówki. Ulicami miasta przechodzą istne młodzieżowe pielgrzymki i zwiedzają kolejne szkoły, szukając atrakcji. W jednej szkole rozdawano cukierki z logo szkoły, w drugiej goście otrzymywali cały pakiet "startowy": długopis, notes, mały segregator. Jeszcze w innej urządzono magiczne pokazy chemiczne, a w kolejnej występy kabaretu szkolnego.
Rywalizacja bywa brutalna. Z osobistego zwiedzania i szukania wrażeń przenosi się do świata wirtualnego. Media społecznościowe wszystkich placówek dosłownie zalewane są zdjęciami, atrakcjami, zachętami. Zamieszczane są filmiki reklamowe, piosenki, skecze. Magnesy! A przedstawiciele jednej i drugiej szkoły potrafią wzajemnie obśmiać swoje pomysły. Jedni naśmiewają się z tego, że rywalizująca placówka przekupuje przyszłych uczniów ciastkami i cukierkami, bo na prawdziwą edukację ich nie stać. Ta odgryza się niedwuznacznie sugerując, że rywale to zera mnożone przez dowolną liczbę zwiedzających. I tak przerzucają się podkopującymi "uwagami". A echo mediów społecznościowych roznosi się daleko.
I żeby tylko szkoły średnie! Podstawówki walczą o dzieci z przedszkoli, a przedszkola o dzieci w ogóle. I one mają swoje dni otwarte. Wszystko ma zwiększyć szanse rekrutacji. każdy walczy o przetrwanie, imając się wszelkich sposobów. Z drugiej strony, co to daje? Czy przynosi zamierzony skutek? Z rozmów z "wędrującą" młodzieżą wnoszę, że nie bardzo. O wyborze szkoły średniej decyduje najczęściej namowa rówieśników, a nie obejrzane atrakcje, gadżety i pokazowa scenografia udostępniana raz w roku. Chociaż usłyszałam też takie głosy, że ktoś zdecydował się na wybór szkoły, bo ma fajne media społecznościowe, FB i TikTok. Czyli idziemy się bawić na całego. Co tam nauka, wiedza! Przecież "matura to bzdura".
Najbardziej dziwią mnie otwarte dni w przedszkolach, szkołach podstawowych. Czy dzisiaj naprawdę nie wiadomo, jak wygląda szkoła? Czy prowadząc dziecko na zwiedzanie przedszkola zachęcimy je, żeby chętniej do niego chodziło? Albo do podstawówki? Pamiętam, że gdy miałam iść do pierwszej klasy szkoły podstawowej - w czasach, gdy o dniach otwartych nikomu się nie śniło - byłam podekscytowana tym, że 1 września zobaczę jak wygląda moja przyszła klasa - w sensie pomieszczenia, w którym będę się uczyła. Zobaczę szkołę od środka, bo wcześniej widziałam tylko z zewnątrz. Zobaczę szkolne ławki - takie drewniane, z pochylonym blatem i otworem w środku na kałamarz! Tak, w takich jeszcze ławkach siedziałam na początku podstawówki. Gdybym wcześniej tę szkołę już zwiedziła, nie byłoby takiej ekscytacji, zainteresowania, poruszenia. Bo przecież już to bym widziała i wiedziała! Więc nic nowego, nuda i rutyna. Podobnie, gdy wybierałam się na studia. Tutaj co prawda przed pierwszymi zajęciami w październiku, uczelni zdołałam w jakiejś części poznać w czasie egzaminów wstępnych, ale był to zaledwie wycinek całego kompleksu akademickiego. Nie zwiedzało się piętrami, salami, całymi korytarzami, przechodząc przez wszystkie aule i laboratoria, jak bywa dzisiaj. Poza egzaminacyjną aulą na egzaminie pisemnym oraz mniejsza salą na egzaminy ustne, cała reszta pozostawała nieznana aż do rozpoczęcia roku akademickiego. I bardzo dobrze! Zaspokajanie ciekawości powinno odbywać się stopniowo.
Zwiedzanie szkół podczas dni otwartych zabija ciekawość, która powinna towarzyszyć początkowi nowego roku szkolnego i przejściu do nowego etapu. Tak sobie myślę, czy gdy mamy iść na przykład do szpitala na operację, to idziemy najpierw zwiedzić salę operacyjną? No nie, raczej poszukamy informacji o personelu, lekarzach, zasięgniemy opinii o metodach leczenia, wygląd korytarzy szpitalnych ani szpitalne sale nie pomogą nam podjąć decyzji. Edukacja, nauka na poszczególnych etapach to długa rozłożona w czasie operacja na ludzkim umyśle. O tym, jak zostanie przeprowadzona, nie dowiemy się zwiedzając szkolne korytarze, sale lekcyjne, halę sportową i uczestnicząc w happeningach kreatywności. Można sobie zgromadzić wszelkie gadżety, magnesiki, a i tak to, co będzie decydujące to sam proces nauczania, a nie jednorazowa akcja reklamowa.
Szkoły prześcigają się w tym, żeby zrobić największe show. Tymczasem wychodzi cyrk. W jednej ścianka fotograficzna, w drugiej przebrania czarnoksiężników, w trzeciej szwedzki stół, w jeszcze innej dzień piżamy, w kolejnej koncert kolęd,... nie, wróć! ... koncert życzeń... też nie, wróć! Chyba to był koncert piosenek młodzieżowych. Ale to nie była szkoła muzyczna. W sumie nie wiem, po co.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz