To było dawno. Jakieś 30 lat temu. Anteny satelitarne dopiero zaczęły się pojawiać. Ale już wtedy równolegle istniał niezależny nurt satyryczny obśmiewający pogoń za nowoczesnością. Jego twórcami byli nie zawodowi satyrycy, lecz niezawodni studenci. Stałam na ulicy i omal się potknęłam zadzierając głowę do góry na widok studenckiego wynalazku. Gdzieś chyba na szóstym czy siódmym piętrze akademika obok okna dumnie otwierała się w stronę nieboskłonu poobijana czasza blaszanej miednicy, z której środka celowała w stronę satelity (nie wiem, którego) pompka od roweru. Pomyślałam wtedy, że musieli się nieźle namęczyć, żeby to przytwierdzić. Ale pomysł i dowcip przedni.
A kiedy satelitarna się rozpowszechniła, talerze pojawiły się wszędzie. I wtedy już samo życie okazało się bardziej zabawne niż poczucie humoru studentów. Ten zaś obrazek zauważyłam jakieś piętnaście lat temu. Obok remizy strażackiej w niedalekiej wiosce biały talerz zamontowano na... publicznej toalecie. Co ważne, to nie był żart, podłączenie było jak najbardziej fachowe i legalne. Noż kurczę, ale się tym OSP dobrze powodzi, mają nawet telewizję satelitarną w kibelku. Od razu o wiele przyjemniej się siedzi, co nie? Obecnie już tego nie ma, nie dlatego, że nikt nie ogląda, tylko zlikwidowano ten publiczny szalet. No i żałuję, że wcześniej nie zrobiłam zdjęcia, gdy jeszcze był na to czas.
Był czas, gdy dojeżdżałam do pracy autobusem. Siłą rzeczy poznawałam przystanki, to znaczy wiaty dla podróżnych. Najpierw te najstarsze, blaszane, pomazane, powyginane, początkowo z ławkami, a z czasem tych ławeczek, żeby usiąść było coraz mniej. Ulegały zniszczeniu przez czas i przez wandali. Co ileś lat coś tam było remontowane, odnawiane. Blaszaki zamieniano a to na całkiem ciekawe drewniane konstrukcje, a to na solidne murowane. Z czasem architektura przystankowa nabrała lekkości i pojawiły się wiaty oszklone. W zależności pewnie od zasobów finansowych gminy. W jednej z gmin po drodze chyba wygoda podróżnych nie była na pierwszym miejscu, bo stary przystanek, pamietający czasy PRL-u niszczał i niszczał, nic się w nim nie zmieniało poza odpadającym tynkiem i zniknięciem ławeczki. Została goła obskurna murowana konstrukcja, na szczęście z zadaszeniem, to przynajmniej deszcz nie padał na głowy oczekującym. I tam właśnie pojawiło się niezwykłe udogodnienie - wreszcie ktoś zadbał o komfort podróżnych wstawiając w głębi miękką obitą suknem kanapę z oparciem. Zapewne ktoś wymieniał meble, to oczywiste, niemniej tez musiano się namęczyć, przywieźć ją, wyładować, idealnie wpasować. Stała przez jakiś czas wzbudzając zainteresowanie i uśmiech za inwencję mieszkańców. Podziwiam takie pomysły. Nie potrafię teraz dokładnie podać ile to lat temu, ale będzie ponad dwadzieścia.
Szczerze mówiąc, coraz rzadziej można w drodze zauważyć coś, co ma znamiona humoru, życiowego dowcipu, anegdoty. Wszystkie niemal aspekty życia są podporządkowane paragrafom, wytycznym, certyfikatom, obostrzeniom. Wiaty budowane w wyniku konkursu na inwestycję, krzesełka, ławeczki z certyfikatami bezpieczeństwa, tak samo szyby, kanapa - cóż, jej właściciel dzisiaj dostałby mandat za zaśmiecanie przestrzeni publicznej, a studenci straciliby miejsca w akademiku za zniszczenie elewacji.
Administracyjne komplikacje są męczące. Nazewnicze też. Chciałoby się, żeby to wszystko było prostsze, bardziej przyjazne. Idę do sklepu dawniej nazywanego żelaznym (teraz to się nazywa centrum handlowe psb) chcę kupić śrubkę do kółka kosiarki, to pan mnie pyta jakie wkręty, jakie nakładki, jakie podkładki. Litości! Kiedyś mówiło się śrubki i wiadomo było, o co chodzi. I wiecie co, jadę ostatnio przez to Roztocze, o czym pisałam w poprzednim wpisie, i po drodze widzę szyld na lokalu handlowym: "Śrubki". No, rewelacja. Wreszcie ktoś ma po prostu śrubki i można sobie wybrać, co trzeba. Niestety, nie mogłam ot, tak, wysiąść i tam zajrzeć.
Ciekawa jestem, czy wiata przystankowa, gdzie niedawno czekałam na bus, jest monitorowana i znajdą tego, kto zostawił tam na ławce buty. Duże czarne, ocieplane buty, prawie niezniszczone, zadbane. Postawione na ławce, a więc nie to, że wyrzucone, ktoś po prostu był gotowy je oddać. Może ktoś potrzebuje, a nie może kupić? Ale przecież buty to dzisiaj towar specjalnego traktowania. Nawet do zwykłych śmieci nie wolno wyrzucać.
Ktoś powie, można wstawić gdzieś na stronach internetowych do oddania czy sprzedaży. Wielu to robi. Ale czy każdy może? Czy każdy chce? Ja na przykład miałabym sporo rzeczy do oddania lub sprzedania za złotówkę, ale nigdy nie będę wystawiać w Internecie. Nie każdemu to odpowiada. Dwa lata temu miałam do oddania meble. Drogą pantoflową nie udało się znaleźć nabywcy. Część znalazła inne zastosowanie: na przykład stara lodówka stoi w szopie i służy jako szafka na akcesoria ogrodowe. W brodziku po prysznicu zrobiłam na podwórku kąpielisko dla kaczek.
Dawno temu, będzie też jakieś dwadzieścia lat, pozbywałam się starego domu po dziadkach. Stara szafa rozleciała się, ale pozostały mi po niej, w co trudno uwierzyć, ale naprawdę, w całkiem dobrym stanie dwie głębokie szuflady. Szuflady z litych desek, nie jakieś paździerzowe. Nie pamiętam już, czemu szafa się rozleciała, coś w niej pewnie się połamało. W każdym razie mam te szuflady i wiem, co zrobię. Wkopię je do połowy w ziemię w ogródku i zrobię dwie rabaty kwiatowe. Pa! Idę!
Recykling w ogrodach ma się dobrze.
OdpowiedzUsuńWiduję kwietniki zrobione ze starych rowerów, taczek, kaloszy...
Kiedyś pokazywano w mediach piękne wiaty z muralami, zadbane, czyste. Szkoda, że nie wszędzie takie są.
U nas na szczęście co miesiąc wywożą duże gabaryty, także meble, ale po drodze zbieracze wykręcą metalowe elementy lub ktoś na działkę weźmie szafkę, półki itp.
I bardzo dobrze, jak coś jeszcze posłuży, to czemu wyrzucać. Niedawno widziałam zawieszone na płocie kwietniki w starych bańkach na mleko, takich trzylitrowych. Jak są dziurawe, bo przerdzewiały, wystarczy odmalować i gotowe. Super pomysł. Wykorzystam go, bo też mam takie ze trzy różnej wielkości.
UsuńP.s. wpisy się nadal nie aktualizują, zajrzałam przypadkiem sprawdzić, czy jest cos nowego.
OdpowiedzUsuńU mnie to samo. Po prostu po zalogowaniu zaglądam do blogów i sprawdzam, czy jest coś nowego. Czasami pojawia się zajawka nowego wpisu u kogoś dopiero na drugi, trzeci dzień. Nie wiem, od czego to zależy.
Usuń