Przez większość życia układamy się ze światem, rzeczywistością, ludźmi. Okoliczności zmuszają do kompromisów. Z różnych powodów nie mówimy tego, co myślimy. Żeby nie urazić, nie zranić, albo dla świętego spokoju, bo nie warto. Czasami powody są bardzie frustrujące: obawa utraty wizerunku, opinii, narażenie się na szykany i niemiłe konsekwencje. Nie powiesz szefowej, że w tej sukience fatalnie wygląda, bo może się to dla ciebie źle skończyć. Koleżance w pracy pewnie tez tego nie powiesz, bo obraza gotowa, a przecież jeszcze przyjdzie wam nieraz razem działać przy jakimś projekcie, spotykać się i wypada jakoś zachować poprawne relacje. Nie powiesz przełożonemu, że plecie głupoty, bo to może oznaczać koniec twojej pracy w tym miejscu.
Wychowanie i w ogóle zasady kultury skutecznie eliminują prostotę i czystość komunikacji. I nie, nie chodzi o to, żeby wyrąbać komuś prosto w oczy, że jest debilem. Chodzi o możliwość i umiejętność komunikowania stanów faktycznych typu: trudno mi się z tobą pracuje, bo wprowadzasz nerwową atmosferę; ten zakup jest nieudany; twoje dzieło nie jest najwyższych lotów (weźcie spróbujcie coś takiego powiedzieć znajomej piszącej wiersze, malującej jakieś obrazy, próbującej zarzucać wszystkich swoimi fotografiami niby artystycznymi czy piszącej opowiadania w przekonaniu, że jest genialna). A jeszcze bardziej chodzi o umiejętność przyjmowania, akceptowania takich zdań przez adresatów. Bo cóż w nic takiego strasznego? Nic, często szczera prawda.
Gdy kompromisy głaskania cudzego ego doszczętnie nas wyczerpią, nadchodzi czas, gdy pojawia się myśl: "Przecież ja już niczego nie muszę". Nie musze udawać, że coś mi się podoba, jeśli się nie podoba; nie muszę chwalić, gdy nie ma za co; nie muszę się uśmiechać, gdy wcale mi nie do śmiechu; nie muszę się zgadzać, gdy wcale nie mam na to ochoty. Zaobserwować można, że najczęściej ten moment nadchodzi, gdy człowiek przechodzi na emeryturę, wtedy wiele sytuacji wymuszających kompromisy, ukrywanie prawdziwych emocji i myśli, po prostu znika wraz z odejściem z pracy. Słyszałam też od starszych osób deklaracje: "Jestem już w takim wieku, że nie muszę udawać". Czyli nadchodzi taki moment, gdy nagromadzone doświadczenie życiowe pozwala na otwartość w wyrażaniu siebie.
I nie, nie chodzi o krytykowanie wszystkich wokół, dostrzeganie wad, mankamentów, wytykanie czegoś, nie w tym rzecz. To zbytnie uproszczenie. Chodzi o prawdę. Jeśli rozmowa z kimś mnie męczy i nuży, mam prawo to powiedzieć. Jeśli czyjaś opowieść mnie nie interesuje, mam prawo to powiedzieć, a nie udawać zainteresowanie w imię... koleżeństwa? Przyjaźni? Dobrego wychowania? Jeśli czyjaś praca, dzieło mi się nie podoba, mam prawo to powiedzieć, nie obawiając się, że ten ktoś poczuje się urażony. Jeśli poczuje się urażony, trudno, to ma problem z samooceną.
Wiele może być sytuacji, w których unikamy jednoznacznego wyrażenia swojego prawdziwego stanowiska, opinii, emocji. Właściwie w każdej sferze życia zjawisko to występuje: w pracy, co co oczywiste, ale też w relacjach z najbliższymi, w rodzinie, w gronie koleżeńskim, w kontaktach przypadkowych, bardzo widoczne w mediach społecznościowych i na blogach, wokół których tworzy się pewien krąg wielbicieli. Nazwijmy rzecz po imieniu, często bywa to zwyczajne towarzystwo wzajemnej adoracji. Chwalimy autor/autorkę licząc na wzajemność, a kto odważy się na odmienne zdanie, jest sekowany. Wielokrotnie to obserwowałam. Zjawisko zresztą wcale nie nowe i przeniesione z relacji w świecie realnym. Ani to dyplomatyczne, ani konstruktywne. Puchnie od tego bańka fikcji, w której się funkcjonuje. A co, gdy bańka pęknie?
Może zebrać się na odwagę podjąć decyzję? Naprawdę nic nie muszę. Nie muszę się nikomu podlizywać, nie muszę zabiegać o popularność, o uwagę. Nie muszę żebrać o komplementy ani też obdzielać wszystkich wokół udawanymi uśmiechami i akceptacją. Nie muszę dusić w sobie zniesmaczenia, zażenowania, dezaprobaty. Nie muszę przytakiwać, że jest coś jest wspaniałe, gdy nie jest, ani odwrotnie; że coś jest fatalne, skoro tak nie uważam. Nie muszę iść ze wszystkimi. Mogę osobno.
W kawiarni siedzą trzy panie: jedna po sześćdziesiątce, druga po siedemdziesiątce i trzecia w wieku lat dziewięćdziesiąt. Kawiarnia dosyć droga, ale wybrały ją z powodu kilku zalet. Dogodna lokalizacja, bezpieczne wejście bez schodków, a to w pewnym wieku bywa ważne. Słyszały też dobre opinie, że przyjemna obsługa, bogate menu, niedroga. A to już są dosyć subiektywne odczucia. Panie zamówiły kawę i deser. Dwie zajęły się tym deserem, a trzecia popatrzyła na maleńką miseczkę z kupką czegoś na środku i wypaliła: "Wiecie co, jak na cenę to jest to takie małe gówienko". Faktycznie, kształt i kolor podobne. I nich sobie by nazwano to "momentem ekstazy" czy "fontanną przyjemności", fakt pozostaje faktem. I nawet gwiazdki Michelina nie pomogą.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz