Światowy arsenał jądrowy wystarczy, aby zniszczyć życie na Ziemi. A jeśli nawet globalną katastrofę nuklearną przeżyłyby najodporniejsze i najprymitywniejsze organizmy, które mogłyby dać zaczątek przyszłej ewolucji, na pewno nie byłoby już na naszym globie człowieka i ludzkiej cywilizacji. Na przykład niesporczaki, czyli tardigrady potrafią przeżyć w temperaturze od zera absolutnego do 150 stopni C i znoszą tysiąc razy większe promieniowanie niż człowiek. Katastroficzne wizje atomowej zagłady ludzkości od lat stanowią pożywkę sensacyjnych artykułów, proroctw i literatury czystej science fiction. Myślę jednak, że nie ma realnych podstaw tych obawy, bowiem wcześniej zginiemy przywaleni śmieciami. Przywaleni, zatopieni, otoczeni GÓRAMI śmieci. Górami i dryfującymi po oceanach wyspami. Być może nawet wcześniej powstanie nowy ląd: Śmiećlandia.
Bowiem wszelkie rzekomo proekologiczne rozwiązania są śmieci warte... tfu! śmiechu warte. To, co szumnie nazywa się ekologią i ekologicznym recyklingiem to tylko działania pozorowane. Niektórzy na tym zarabiają, a inni uspokajają swoje sumienie, że coś robią. Kolejne dyrektywy, rozwiązania, jakieś butelkomaty, kaucjomaty i kolejne kolory z palety barw na oznakowanie koszy i worków przypominają zabawę dzieci w piaskownicy. Mają swoje wiaderka i łopatki a cała zabawa polega na przesypywaniu piasku z miejsca na miejsce. Przeciętny zwykły normalny człowiek nie ma ani czasu, ani możliwości dostosowywać się do pokrętnych wskazań nieraz narzucanych odgórnie.
Czytam nieraz "porady" jak prawidłowo segregować domowe śmieci i do jakich dopasować frakcji. Na przykład plastikowa buteleczka z pompką po kosmetyku. Czytam zalecenie, że należy oddzielić metalowe części od plastikowych. No mam w tej pompce metalową sprężynkę i c? Ręcznie się jej wydobyć nie da. Trzeba albo jakimś ostrym nożem, nożyczkami przeciąć rurkę i sprężynkę wyjąć? I mam to robić za każdym razem? I w wielu podobnych przypadkach, gdy część metalowa jest trwale przymocowana do części plastikowej? Jak ktoś ma dużo czasu, może z tej czynności sobie nawet hobby zrobić, ale wybaczcie, zwykły pracujący człowiek, mający dom, rodzinę, mnóstwo codziennych zajęć i obowiązków, nie ma czasu na takie pierdoły. Przy czym od razu zaznaczam, ze nie piszę tutaj tylko o sobie. Moje obserwacje dotyczą sporej grypy zapracowanych ludzi żyjących w naprawdę intensywnej codzienności.
Nie wiem, czy większość ludzi w Polce, zwłaszcza żyjących w miastach, zdaje sobie sprawę, że na przykład na wsiach, w gminach wiejskich nie ma PSZOK-ów. Na pewno nie wiedzą o tym ustawodawcy, którzy wymyślili oddawanie do nich odpadów tekstylnych. Mieszkam w takiej gminie właśnie, gdzie PSZOK-u nie ma. Efekt zakazu oddawania tekstyliów do odpadów zmieszanych jest widoczny w rowach i lasach: wyrzucone stare buty, torebki z postrzępionymi paskami, stare spodnie, pocerowane ręczniki, szmaty... A to, czego nie widać, poszło z dymem. Nikt nie pojedzie specjalnie do miasta oddać parę dziurawych butów. Ludzie mają co innego do roboty.
I kolejna kwestia: częstotliwość odbierania śmieci. Moja znajoma w mieście ma odbierane na przykład bioodpady co tydzień czy co dwa tygodnie (już dokładnie ni pamiętam), a inne śmieci dwa raz w miesiącu. U mnie w gminie śmieciowóz przyjeżdża raz w miesiącu. Więc gdy przychodzi termin, przed posesjami można zobaczyć, zwłaszcza gdzie są liczne wielopokoleniowe rodziny, istne hałdy worków. Czy to oznacza, że ludzie na wsi produkują więcej śmieci? nie, tylko dłużej muszą je zbierać i przechowywać, zanim przyjedzie firma i odbierze. Zwłaszcza, że bioodpadów praktycznie nikt nie oddaje, wszyscy mają w gospodarstwach kompostowniki, a resztki jedzenia spożytkowuje się jako pożywienie dla zwierząt hodowlanych.
Absolutne kuriozum to odbiór elektroniki, gabarytów i opon. Odbywa się tylko RAZ w ROKU. Ktoś wymieniał szafkę w kuchni akurat w takim momencie, ze kolejny odbiór gabarytów wypadał za 10 miesięcy dopiero. przez dziesięć miesięcy stara szafka stała i czekała na swoją kolej. Nie, nie można było jej wywieźć samemu, ponieważ do tego trzeba by było nająć kogoś z większym samochodem. Nająć, czyli poszukać jakiegoś dostawczaka, zapłacić za paliwo, za usługę. Dodatkowe koszty mimo że przecież opłata za odbiór śmieci została już raz wpłacona. Nie każdy ma przecież odpowiednio duży samochód. Ja na przykład nie mam.
I te nieszczęsne opony - nie dość, że można odstawiać tylko raz w roku, to jest limit: TYLKO 4 OPONY. Absolutne kuriozum, jeśli dotyczy gospodarstwa rolnego, w którym są maszyny rolnicze. No przepraszam, ale wozów na drewnianych kołach już nie ma. Policzmy przy minimalnej liczbie maszyn rolniczych w gospodarstwie: traktor - 4 koła, kombajn - 4 koła, rozrzutnik obornika - niech będzie najmniejszy, czyli 2 koła, przynajmniej jedna przyczepa traktorowa (chociaż z reguły mają po dwie) - 4 koła. To razem minimum 14 opon używanych jednocześnie. Możliwość oddania tylko czterech opon na rok jest po prostu śmieszna. Może w mieście, gdzie ludzie mają tylko osobowe auta, to ma sens, ale nie na wsiach, gdzie są całe gospodarstwa. I znowu skutek widzę w rowach, gdzieś pod lasem: spalone opony, że tylko druty zbrojenia zostały w pogorzelisku. Oczywiście, wkurza mnie to, ale czasami się nie dziwię. Ktoś, kto ustala te normy, kompletnie nie ma pojęcia, jakie są realne potrzeby. No chyba, że komuś się przyśniło, że aby ratować świat, należy powrócić do orania z pługiem prowadzonym ręcznie przez chłopa i ciągniętego przez jego żonę oraz żniw kosami i sierpem.
A, nie, zaraz, przecież mamy umowę z krajami Mercosur, głód nam nie grozi, nawet gdy polskie rolnictwo zwinie manatki. Na razie.
Z tymi śmieciami zgoda połowiczna, bo segregacja leży na łopatkach, ale wiele zależy od regionu i miasta, no i od nas samych. U nas gabaryty wywożą co miesiąc, pojemniki na elektrośmieci stoją, jedynie na szmaty brak, więc te do zbiórki odzieży pękają w szwach.
OdpowiedzUsuńBałagan robią sami mieszkańcy, bo choć można opony zawieźć do PSzoku, a jest blisko, to wielu wywala gdzie popadnie.
Rolnictwo zwija manatki odkąd pamiętam, więc chyba to więcej narzekania, niż prawdy, a gdyby wszystkie dotacje unijne zagospodarować jak należy, a nie tylko brać, byłoby może lepiej.
Słucham wypowiedzi ekonomistów i wedle umowy z Mercosurem nie stracimy, bo wołowiny na steki i tak nie produkujemy, a nasz eksport żywności stoi na razie nieźle.
Mieszkam w mieście, kilku rolników znam, są nowocześni i radzą sobie nieźle, ale jest wielu takich, co tylko narzeka...
Wszystkiego oczywiście nie wiem, jak i wielu z nas.
Właśnie o różnice w realiach i wiedzy o nich mi chodziło. O tym, że ludzie często sami bałagan robią, wiadomo, ale gdy system odgórny jeszcze dodatkowo nie sprzyja porządkowi, to już nie bardzo da się z tym walczyć. Mam wersalkę do wyrzucenia, będę czekać kolejny rok na to, żeby ja oddać, tylko gdzie ją mam trzymać? Chyba wystawię na dwór i nich niszczeje sobie powoli, może się wcześniej rozleci, zanim ją zabiorą. Właśnie dlatego, że wiem, że w miastach częściej i łatwiej można oddać śmieci, jestem na to zła. Przecież opłacam za wywóz stałą comiesięczną kwotę.
OdpowiedzUsuńZnajomość kilku nowoczesnych rolników, to jednak za mały obraz rzeczywistości. Dla mnie upadek rolnictwa to niemożność kupienia mleka od gospodarza. Wyśrubowane i niektóre bezsensowne wymogi sprawiły, że mali gospodarze zrezygnowali z trzymania krów. Naprawdę mleko od krowy ,która się pasie na łące i żywiona jest naturalnym sianem jest lepsze niż od hodowanych w olbrzymich nowoczesnych gospodarstwach na dwieście, trzysta krów, przez cały rok w zmechanizowanych oborach, i które łąki nie widziały. Nowoczesne, nie zawsze znaczy lepsze.
Miałam krowy, wiem, jak smakuje mleko po udoju, i wiem, jak smakuje "kartonowe"