z tyłu miasta

      Postanowiłam chodzić tylko po płaskim. Ale cóż, miasto ma swoje pagórkowate ulice, nie zawsze jakoś da się obejść schody i strome podejścia. Mimo to zawzięłam się oszczędzać kolana. I nie przysparzać naturze (gdzie tu natura na tych asfaltowych, betonowych ulicach?!) dodatkowego obciążenia. Nie dość, że chodziłam po płaskim, to jeszcze w ogóle cały czas tylko na własnych nogach. Żadnej komunikacji miejskiej, żadnych taksówek, boltów i uberów. Tylko per pedes. 

     No ale jakoś musiałam dojechać. W dodatku z przesiadką. Niestety, jak się mieszka tu, gdzie wrony zawracają, każdy wyjazd jest okupiony wcześniejszym logistycznym planowaniem najlepszej opcji dojazdowej i przesiadkowej. Plan gotowy, warianty opcjonalne spisane. Wychodzę z domu, klucz pod wycieraczką. Nie, żartuję, oczywiście! Wychodzę i krótki SMS do domowników, że gdy wrócą z pracy, nie zastaną mnie w domu. Wybywam.

     Przesiadka ma tę zaletę, że na pierwszym dworcu uzupełniam braki kawy w organizmie. Oszczędzam też trochę kasy, bo wiem, że w mieście docelowym, jak wszędzie teraz minimalna cena kawy zaczyna się od 14 zł, a tutaj mam to samo - też z ekspresu, też cała lista możliwości smakowych, zapachowych, z dodatkami i bez - do wyboru - za 7 zł. Różnica polega  na tym, że nie w filiżance, tylko papierowym kubku. No nie, za filiżankę dopłacać drugie tyle? Z premedytacją korzystam z dworcowego menu, skracając czas oczekiwania na kolejny środek lokomocji i jadę dalej. Wsiada kilka osób, w tym chłopak w rozciągniętym swetrze i długich rozczochranych lekko kręconych włosach. Nie wygląda na ucznia ani studenta. Może pracuje? Wcześniej, w dworcowym barku kupował zapiekankę. Wyjął z kieszeni całą rolkę zwiniętych banknotów w różnych nominałach. Zapłacił 10 zł i wsunął rolkę z powrotem do kieszeni tego wyciągniętego swetra. Tak samo płacił za bilet, wyciągając całą rolkę banknotów, wynajdując odpowiednią kwotę i potem chowając do kieszeni. Ile mogło być w tej rolce? Nie wiem, jakieś kilka tysięcy na pewno. Poza tym nie miał nic, żadnego plecaka, teczki, portfela. 

      Przede mną zaś usiadł również młody chłopak, na oko widać, że akuratny idealny student renomowanego kierunku (nie wiem, jakiego, po prostu tak dumnie wyglądał). Dopasowane ubranie, elegancki plecak, dopracowana krótka fryzura i okulary intelektualisty. Ktoś całkowicie ułożony i respektujący przepisy. Najpierw kilka długich chwil mocował się z zapięciem pasów bezpieczeństwa. Bus jest stary, klamry pokrzywione, nikt  nie szarpie się z zapinaniem, ale on się uparł aż dopiął swego. Wciskał i wciskał tę klamrę aż zatrzasnęła. Zastanawiałam się, co się stanie, gdy na końcu podróży nie zechce się odpiąć, tylko może się zaciąć, zablokować? Podczas podróży "student" każdemu, kto wsiadał mówił "dzień dobry" a wysiadającym "do widzenia".  Na koniec poprosił kierowcę o zatrzymanie się na wcześniejszym przystanku, a jeszcze na dodatek zrobił dla kierowcy rekonesans wśród pasażerów, kto gdzie wysiada, a kto jedzie na sam koniec na dworzec. Klamra pasa odpięła się bez problemu. 

       Wysiadam mając plan dojścia w głowie. Tak, żeby omijać schodki, ale nie za daleko. A tu zonk! Ogrodzone. Rozpoczęto jakąś budowę. Czyli muszę naokoło. Trudno, cofam się i okrążam duży parking z autokarami. Najazd turystów w pełni. Czym prędzej skręcam w boczną uliczkę. Nie mam ochoty na przeciskanie się w tłumie. Będzie trochę pod górkę, ale bez schodów. Stare uliczki, na które rzadko zaglądają turyści. Ciche, okolone starymi kamienicami, z szyldami dawnych jakże potrzebnych rzemieślników: Szewc, Obciąganie guzików, Pracownia krawiecka, Kapelusze, Jubiler - naprawa biżuterii. Kolejna uliczka: gastronomiczna. Tradycyjne bary z naleśnikami, pierogami w pięciu smakach, krokietami, schabowymi i kotletami pożarskimi, kopytkami, plackami ziemniaczanymi i z cukinii. Do tego surówki, buraczki na ciepło, kompot. Jak za dawnych czasów. Szyld głosi, że wszystko robione na miejscu. I tak, właśnie tutaj przychodzą stołować się lokalsi, a nie na deptak do wypasionych restauracji. Najpierw przychodzi pani z kancelarii prawniczej: bierze danie obiadowe dla siebie na miejscu i na wynos zupy, drugie dania dla całej rodziny. Potem wpada urzędniczka z pobliskiego Ratusza: bierze tylko na wynos. Obsługa je zna i od razu pakuje, co trzeba. Po chwili przychodzi starsza pani, składa zamówienie i siada przy stoliku, na uszach słuchawki. Słucha muzyki czy jakiegoś audiobooka? Wchodzi mężczyzna z plecakiem. O, jakiś turysta się tutaj zaplątał. Rzadko tu trafiają. Za oknem przechodzą ludzie, zapatrzeni w telefony, spieszący się dokądś. 

     Idę dalej - z dala od głównego traktu. Omijam deptak, turystyczne przystanki i atrakcje.  Na tyłach miasta jest więcej cienia i ciszej. Czas jakby wolniej płynie. O, tutaj, przypominam sobie, był kiedyś sklep z herbatami. Już go nie ma. I tu zmiany czasu są widoczne. Lecz na kamienicach pozostały gdzieniegdzie ślady przeszłości: mosiężna ciężka kołatka na bramie, szklany kinkiet nad szyldem kaletnika, ozdobne sztukaterie wokół okien, czasem nadkruszone, ale wciąż zachwycające dawną elegancją. I w końcu głęboka brama prowadząca do czworokątnego podwórza starej secesyjnej kamienicy. Tutaj jest mój hostel.  

       Jak filmie "Lalka" kamienica Łęckich. Okolona zabudowaniami z czterech stron, wejście na podwórze przez niską bramę. Mało tego, z jednej strony przez całą długość kolejnych mieszkań biegnie balkon, na którym mieszkańcy trzymają a to stoliki i krzesła wypoczynkowe, a to jakieś skrzynki. Takie długie balkony łączące poszczególne mieszkania to ja tylko w starych kamienicach widziałam i na filmach. Wejście do hostelu po przeciwnej stronie bramy. 

      Niestety, tutaj moje wcześniejsze obietnice chodzenia po płaskim spaliły na panewce, bo pokój dostałam na drugim piętrze. Jeszcze nie tak źle. Dostaję kody wejściowe i instruktaż. Płacę i mogę następnego dnia zniknąć bez odmeldowywania się. Recepcji całodobowej nie ma. Wyglądam przez okno - widok na prostokątne podwórze. Ciągnący się wzdłuż balkonowy taras na wysokości pierwszego piętra mam po lewej. Niżej jakieś garaże, ale niemożliwe, bo tam nie da się wjechać, jakieś po prostu szopy, składziki. Kilka samochodów stoi na podwórzu. Mieszkańców czy gości? W rogu po prawej na parterze wychodzi facet z fioletowym workiem na śmieci, niesie do kontenera po przeciwnej stronie. Wraca i znika. Wychodzi kobieta z telefonem przy uchu, rozmawia. Wraca.  Przez bramę przechodzą trzej mężczyźni, idą na wprost pewnie do wejścia do hostelu. Trzask drzwi. Weszli.  

       Rano słońca nie widać. U mnie na wsi o tej porze pełne słońce zagląda mi w okno. Tutaj wysokie mury zasłaniają horyzont i wciąż trwa półmrok. Nie spieszę się, spokojnie dopijam hostelową kawę, planując wyjście. Przeglądam wczorajsze upolowane trofea z firmowego spotkania: książki, adresy, telefony, kontakty, zaproszenia. Pakuję plecak i wychodzę. Na tę samą uliczkę na tyłach głównej arterii. Niemal pusto. Podjeżdża śmieciarka, a z drugiej strony z dostawczego samochodu dwaj panowie w czarnych podkoszulkach wyładowują skrzynki z piwem. Na rogu powiązane linkami krzesła piwnego ogródka czekają na kolejną falę turystów. Skręcam w przeciwną stronę. Po drugiej stronie ulicy długi stary ślepy mur. W pewnym miejscu furtka, uchylona. Kilka osób idzie w tamtym kierunku, ktoś stoi w furtce. Ktoś wychodzi. Na murze obok napis: Kuchnia św. Alberta.   

2 komentarze:

  1. Wnikliwe obserwacje i świetna pamięć do szczegółów!
    Żyjemy w czasach, gdy dziwią nas nie tylko spore, ale i niskie ceny, stajemy się podejrzliwi.
    Pisałam kiedyś o małej piekarni w Toruniu, tam bułki i rogale po 99 groszy, chałki po 1,5 zł, drożdżówki w cenie bułek, cynamonki po 3 zł, nie wiem jak mogą wychodzić na swoje, a może takie ceny powinny być wszędzie?
    Nie lubię podróży z przesiadkami...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czasami lubię przyglądać się ludziom. Dopisałam w poście, że worek na śmieci, które wynosił mężczyzna był fioletowy - bo był! Nie wiem, jaki asortyment wrzuca się do fioletowego ;-)
      Opowiadała mi znajoma z nadmorskiej miejscowości, że jeden gofr z bitą śmietaną i owocami kosztuje 40 zł. To chyba przesada.

      Usuń

z tyłu miasta

      Postanowiłam chodzić tylko po płaskim. Ale cóż, miasto ma swoje pagórkowate ulice, nie zawsze jakoś da się obejść schody i strome pode...