ekologicznie

      Szósta rano - trawa siwa od rosy. Idąc strącam ciężkie krople. Doskonale! W sam raz do koszenia. Zdejmuję kosę z zimowego snu. Najpierw trzeba namoczyć, bo wyschnięte przez zimę drewno skurczyło się i ostrze kosy się poluzowało, nie siedzi odpowiednio mocno. Wkładam kosę głowicą ostrza (klingi) zamocowaną do drzewca do szerokiego wiadra z deszczówką. W czasie, gdy drzewce nasiąka wodą, zbieram potrzebne akcesoria: młotek, osełkę, rękawice. Robię obchód ogrodu po ostatnich deszczach i gradobiciu. Piwonie przeżyły, magnolia przekwita, do poideł dla ptaków dolewam wodę. Zanim odejdę na parę kroków, już pierwsze przylatują się kąpać. Kosy rozchlapują dookoła prawie do dna, więc znowu dolewam. 

      Zaglądam do kosy - drewno napęczniało, dobijam mocniej klin młotkiem, żeby ścisk obręczy przytrzymującej ostrze do drzewca był nie do ruszenia. Teraz ostrzenie. Osełka już nieco nadłamana, ale wciąż daje radę. Ostrze kosy mam wiekowe, ma wiele lat, może ze 30, stąd widać, że zużyte. Z dawnej szerokości zostały dwie trzecie, ale nie kupuję nowego, o, nie! Dałam kiedyś do wiosennego wyklepania prawdziwemu kosiarzowi. Mówił, że metal ostrza jest fantastyczny, twardy i ostry jak brzytwa. Wystarczy dwa razy osełką przejechać i kosa idzie po trawie jak w masło. Teraz takich nie robią. Kilka lat temu wymieniałam tylko drzewce, bo dawne niemal spróchniało. No więc ostrzę klingę uważając na palce. Chociaż nie powiem, raz tylko zdarzyło mi się skaleczyć. I raz przejechałam czubkiem ostrza po nodze. Zupełny przypadek, ale do koszenia zakładam wysokie piankowe buty dla bezpieczeństwa. To pierwszy raz w tym roku, więc ostrzenie nieco dłuższe, aż zaświeci blask czystego metalu.  

      Namoczone, naostrzone, zaklinowane. Idę kosić. Mam takie miejsca, gdzie kosiarką nie wjedzie, spalinowej kosy zaś używać nie chcę, z pewnych względów nie za bardzo mogę. Pierwszy zamach. Rewelacja, idzie jak w masło. Lekkość niesamowita. Aż sama siebie podziwiam, że tak potrafiłam naostrzyć. Kolejne zamachy, raz za razem. Najpierw skręt ciała w prawo i potem z powrotem z kosą tuż nad ziemią przez trawę i chwasty w lewo. Zamach w prawo, i w lewo przez trawę. Nie będę udawać, żem spec, owszem, zaryłam kilka razy w ziemię, właściwie w krecie kopce, których w wysokiej trawie nie było widać. Wtedy kosa się niestety szybciej tępi, trzeba ponownie ostrzyć, ale to już tylko kilka pociągnięć osełką i znowu: zamach w prawo i ostrzem przez trawę w lewo. Kładą się trawy, chwastnice, mniszki, podagryczniki. Szło nawet z trzaskiem po suchych badylach zeszłorocznej nawłoci. Kosiłam półtorej godziny. Słomiany kapelusz na czole mokry, plecy całe mokre. Nie jestem zawodowcem, to tylko moje wiejskie areały.

      W krzaku porzeczki gniazdko - puste. Widać, że tegoroczne. Ptaszki już wyfrunęły. Nie pojawiałam się w tym miejscu wcześniej, żeby nie spłoszyć. Teraz, gdy cała rodzina gdzieś fruwa pod obłokami, mogę wejść i ogarnąć nadmiar trawy, pokrzywy i nadmiernie rozrastającej się jeżyny. Po odstawieniu kosy czas na sekator i sierp. Tak, sierp, taki ręczny. Też zapomniane dzisiaj narzędzie. Ciche i proste w utrzymaniu. Właściwie bezkosztowe. Nie potrzebuje ani prądu, jak kosiarka elektryczna, ani paliwa jak kosa spalinowa, ani wymiennych nożyków. Właściwie nawet go nie ostrzę. Ścinam nim wysokie trawy w trudno dostępnych miejscach, gdzie kosą zamachnąć się nie można.

       W pokosach trawy leżą też ścięte pokrzywy. Wybieram ładniejsze na sok. Pozostałe lądują w beczce zalane wodą. Przez dziesięć dni będą fermentować, naciągać, rozkładać się aż powstanie pokrzywowa gnojówka do podlewania upraw przez całe lato. W drugiej beczce tak samo zalane wodą ścięte mniszki lekarskie. One będą służyć jako nawóz do pomidorów, papryki, ogórków. 

     Na koniec coś dla oczu i czystej przyjemności. Majowy bukiet w bieli: konwalie, narcyzy, śniedek baldaszkowaty i ... chrzan. Wiecie, że chrzan ma ładne białe kwiatostany? Uwielbiam ich zapach. Pojawiły się pierwsze baldachy czarnego bzu - czarny bez też kwitnie na biało. Ale nimi zajmę się następnym razem. 

4 komentarze:

  1. Jaka sielska opowieść, choć sama praca wymaga niemało zachodu.
    Dobre ostrze, także w przypadku noży, to ważna rzecz.
    Nigdy nie próbowałam kosy, ale miałam okazję używać cepa, ciekawe doświadczenie. Takie prace gospodarskie dawnymi metodami spotykamy czasami w skansenach, ale i pamiętamy z dzieciństwa.
    Dziś kupiłam sobie bukiecik konwalii, dla zapachu i wyglądu, uwielbiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cepy pamiętam z dzieciństwa, nigdy nie nauczyłam się nimi pracować, bałam się, że walnę się w głowę ;-)
      Bukieciki konwaliowe są w maju obowiązkowe.

      Usuń
  2. Samo zdrowie i czysta ekologia:-) Półtorej godziny takiego machania to świetny trening na talię osy i mięśnie brzucha;-) Moja mama też do dziś używa kosy i sierpa. Sama kosą machać nie umiem, zawsze bałam się, że utnę sobie nogę, ale sierpem jak najbardziej operuję:-) Bardzo cenię pokrzywę, a ta wiosenna ma w sobie najwięcej dobroci. Sama wrzucam jej listki do soków i zrobiłam też domową wcierkę do włosów, bo moje po chemioterapii są mocno osłabione i potrzebują wzmocnienia. Pokrzywa dobrze im zrobi:-) A gnojówka z pokrzyw to najlepsza naturalna odżywka dla warzyw.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dopóki jeszcze człowiek może, trzeba wykorzystać możliwości. Do talii osy mam daleko, chyba za rzadko macham ;-) Ale kręgosłup mam potem elastyczny: koszenie zamiast gimnastyki.
      Już nasuszyłam pokrzywę do zaparzania w zimie. Teraz zaparzam świeżą lub robię sok. Dary natury są najlepsze. Na włosy jeszcze skrzyp podobno dobrze robi. Też piję i stosuję do płukania po myciu głowy.
      Życzę zdrowia!

      Usuń

objazdówka

       Nawiązując stylistycznie do poprzedniego wpisu, będzie to paczania ciąg dalszy. O słuchaniu też będzie. Tak się złożyło, że w niecałe...