Nawiązując stylistycznie do poprzedniego wpisu, będzie to paczania ciąg dalszy. O słuchaniu też będzie. Tak się złożyło, że w niecałe dwie doby zrobiłam sobie objazdową wycieczkę po Lubelszczyźnie i części Roztocza. Zaczęłam od Lublina, gdzie mnie skusiła Noc Kultury z 6 na 7 czerwca. Skoro noc, to chyba nie potrzebuję noclegu?
Cały program wydarzeń to kilka bitych stron, więc wiadomo, że człowiek wszędzie nie zajrzy. Biedziłam się kilka dni nad wyborem i w końcu stanęło na tym, że zdam się na spontan. Rzecz pierwsza po przyjeździe: uzupełnienie braków kawy w organizmie. Poza tym czekała mnie cała noc wrażeń, trzeba mieć energię. Potem zameldowanie się w hotelu. No jednak swoje lata mam, wzięłam poprawkę na potrzeby organizmu i nocleg zarezerwowałam, co nie obyło się bez trudów, bo dosyć późno się do rzeczy zabrałam, gdy inne upatrzone lokalizacje były już niedostępne.
Gdy gdzieś jadę, nocleg to rzecz tylko po to, żeby przetrwać. Nie szukam miejsca z serią gwiazdek i atrakcji, bo nie jadę po to, żeby w hotelu siedzieć. Potrzebuję spania z łazienką i tyle. Jako że mam swoje lata, biorę pokój jednoosobowy. Cała reszta, czyli te dodatkowe gwiazdki mnie nie obchodzą i nie zamierzam za to płacić. Dlatego najpierw szukam jakiegoś taniego hostelu. Chodzi też o to, żeby mieć jak najbliżej, gdzieś na peryferiach nie bardzo mnie urządza, bo przemieszczam się komunikacją zbiorową: autobusy, busy, ewentualnie pociągi. Tutaj się spóźniłam trochę, a impreza ściągnęła rzesze turystów. Ale podzwoniłam tu i tam i udało mi się, o dziwo, zdobyć pokój w hotelu całkiem niedaleko z ceną do zaakceptowania, a nawet wynegocjowałam zniżkę. (Żart, oni te zniżki mają w ofercie, na pewno i tak na tym zarobią, to się nazywa reklama.)
A potem spotkanie z ludem. Najpierw z tym ludem, z którym byłam umówiona na wieczorne i nocne wędrówki, a potem z ludem, który tłumnie zjechał chyba z połowy Polski. Całe szczęście, że nasze peregrynacje rozpoczęły się dosyć wcześnie i jeszcze udało się nam posłuchać z bliska wielkich bębnów (Orkiestra Wielkich Bębnów), znaleźć wolne miejsce w kawiarni Między Słowami, zwiedzić wystawę szuwarów i wodorostów, poczytać mądrości postaci z dobranocek, obejrzeć Lublin na obrazach, zatonąć w ciemnościach wystawy rzeźby z czarnego dębu, ponownie zahaczyć się w miejscu z jadłem i napitkiem, bo gdy z niego wyszliśmy, zobaczyliśmy rzekę. Rzekę głów idących w stronę Starego Miasta, że ani się wścibić. Rozejrzałam się czy gdzieś jakiegoś Mojżesza nie znajdę, żeby nam zrobił przejście przez to morze ludzi głodnych całonocnej kultury. Nic z tego. Można było tylko próbować iść z prądem lub zostać tu, gdzie stoimy. Poszliśmy z prądem skręcając po chwili w boczny nurcik o mniejszej intensywności już poza centralnym placem atrakcji.
Wstępujemy do Muzeum Czechowicza. Z panią kustosz i jeszcze jednym zwiedzającym rozmawiamy o przedwojennych maszynach do pisania. Eksponat muzealny nosi na klawiaturze odciski palców Józefa Czechowicza, przepisywał na niej swoje wiersze. Ja miałam w domu Mercedesa. Ciężka maszyna. Po długim pisaniu palce bolały. Starszy pan mówi, że pisał na Underwoodzie. Stare dzieje. Kto dziś z młodego pokolenia wie, co to znaczyło mieć w tamtych czasach maszynę do pisania.
Z wystawy przepisuję fragment poematu napisanego do obrazu Jana Wydry "Wskrzeszenie Łazarza": "... jakby coś się zmieniło w tym obrazie. Nabrał życia i śmierci. Zaczyna mi się podobać."
Na wystawie rzeźb z czarnego dębu w ciemności pyta mnie ktoś, co widzę. Odpowiadam, że w tej chwili nic, bo ciemno. No dobra, coś widzę, bo rzeźby minimalnie oświetlone.
- Widzę klucz, o, nawet dwa, jeden do góry nogami wtopiony w drewno.
- To ja powiem, co ja widzę - odpowiada głos z ciemności.
- Tak? Dobrze.
- Ale o innej rzeźbie, bo ta dla mnie za trudna - Ok, podchodzimy do innej.
- Co widać? - znowu pyta głos.
- Totem - odpowiadam.
- O, właśnie. A jaki? indiański, afrykański? - pyta głos.
- A skąd ja mogę wiedzieć?!
- No to zobaczmy, obchodząc dookoła. Z każdej strony widać twarz - może on widzi, ja nie bardzo - myślę sobie, ale zrobię mu tę przyjemność i odpowiadam, że widać.
- Bo jest jak Światowid - mówię.
- No właśnie - głos potwierdza usatysfakcjonowany.
Myślicie, że rozmawiałam z autorem tych rzeźb? Bo nie mam pojęcia, kto to był.
Wędrówkę zakończyłam przed północą. Jednak pokój w hotelu się przydał. Nawet śniadanie było w cenie. Wybieram grillowane warzywa z bakłażanem. Lokalizacja też okazała się doskonała. Trzy minuty do przystanku, skąd idealne połączenie złapałam rano do Śródmieścia do kościoła, bo to już niedziela była. Tylko w którą stronę iść? Proste: za ludźmi. I faktycznie, upatrzyłam sobie nobliwą parę w odświętnych ubraniach. Trafiłam za nimi do bazyliki oo. Dominikanów. Świątynia barokowa, do znalezienia w Internecie, nie będę przynudzać historią sztuki. Zwróciłam uwagę na rzadko spotykany - a może nawet nigdzie dotąd nie spotkany przez mnie przynajmniej - sposób eksponowania krzyża przy ołtarzu. Duży stojący krzyż został ustawiony na tle jeszcze większego zielonego żywego drzewka rosnącego w ogromnej donicy. Nie wiem, co to za drzewko, nie widziałam dokładnie. I super! Nie żadne kwiaty cięte, które trzeba wymieniać, robić coraz to nowe bukiety, tylko rosnące żywe drzewko. Ostatecznie teraz kościoły są ogrzewane, to i drzewko takie może sobie stać cały rok. A poza tym organista grał z fajerwerkami. Jakie ozdobniki, motylki, dzwoneczki, falbanki, świetne organy. Po prostu cudo. Zdaje się, że nie było to takie codzienne czy coniedzielne wystąpienie, bo niemal wszyscy wychodząc zadzierali głowy do góry, gdzie na koniec jeszcze organista grał coś ozdobnego. Doczekałam do końca tego niespodziewanego koncertu.
Kolejna część trasy: kierunek Zamość. Przed wyjazdem z Lublina podziwiam jeszcze Dworzec Metropolitalny. Jedna ściana cała w zieleni i kwiatach - żywych. Po porostu kwitnąca ściana. Jest też taras widokowy i ogród na dachu, ale tutaj jakoś anemicznie to wygląda. Zjeżdżam na dół i teraz na wschód. Trochę przysypiam, ale tereny przepiękne. Zieleń, rzeczki, pola, na horyzoncie majaczą (a może to ja majaczę z z niewyspania) zalesione pagórki Roztocza. Jakieś miejscowości... Łopiennik, Krasnystaw, Sitaniec, Izbica i Zamość. Kierowca zatrzymuje się i mówi, że stąd najbliżej do Rynku. Do mnie to mówi. Dlaczego do Rynku? Bo tam odbywa się Jarmark Hetmański, na który się wybieram.
Gdzie można znaleźć Padwę, Veronę i Romę blisko siebie w odległości kilkudziesięciu metrów? Tylko w Zamościu, mieście renesansowym. To restauracje. Kanclerz Jan Zamoyski, założyciel Zamościa i Ordynacji Zamojskiej studiował między innymi w Padwie. O historii Zamościa też pisać nie będę, kogo interesuje, znajdzie sobie. Obchodzę wszystkie po kolei "włoskie" restauracje, a dodatkowo inne, artystyczne - Bohema, Casino... Obchodzę z daleka, tak tylko podziwiając inwencję nazewniczą. Podziwiam też przepiękne, kolorowe ormiańskie kamienice, słynny Ratusz z wachlarzowymi schodami, zanurzam się między kramy jarmarku. Wiele autentyków, np. jak są rzeźby ludowe, to sprzedaje je autor, wytwórca, artysta ludowy, a nie jakiś pośrednik. O rękodziełach na szydełku - cudowne chusty! - można sobie porozmawiać z kobietą, która je robi. Jest ceramika, wiklina, malarstwo na desce, witraże, kapelusze ze sznurka, drewniane zabawki dla dzieci...
Chyba się zgubiłam. Przejdę sobie dookoła Rynku podcieniami. Oglądam witryny. W jednej zabawna skarbonka świnka - od razu z młotkiem w zestawie. Skręcam w stronę Rynku Solnego, szukam swojego hostelu. Jest Senator - hotel w zabytkowej kamienicy. Jego właścicielem był nieżyjący już Witold Paszt, założyciel zespołu VOX. Ale to nie mój nocleg, mój pokój jest w hostelu kilka kroków dalej. Natomiast tropem muzycznym idąc, jeśli Zamość, to musi być Grechuta. Czytam plakat z zapowiedzią koncertu piosenek Grechuty w wersji symfonicznej. Za tydzień. No nie przyjadę tutaj ponownie za tydzień.
Zameldowanie, wymeldowanie wczesnym rankiem, po piątej i ciąg dalszy mojej objazdówki. Kierunek - Biłgoraj. Myślałam, że jak wybiorę się tak rano, na ulicach nie będzie żywego ducha. A gdzie tam, jest poniedziałek, ludzie do pracy, niektórzy z pracy, zaspana młodzież dojeżdża do szkół. Jest dopiero po szóstej, ale zanim dojedziemy, będzie prawie ósma. Autobus zbiera wszystkich po drodze niemal z każdego przystanku. Jedni wysiadają wcześniej, inni jadą do samego końca. Trochę przysypiam, ale widzę ciekawe rzeczy. Po drodze gdzieś duży tartak, przy bramie wjazdowej do niego znak ograniczenia prędkości: 10. Czy naprawdę ktoś próbował wjeżdżać szybciej, widząc dookoła te sterty desek, palet, jakichś resztek drewnianych, że trzeba aż było taki znak zamieścić?
No i Szczebrzeszyn. O, jakże polskie miasto. Przed Ratuszem cztery rzeźby chrząszcza. Jeden w eleganckim kapeluszu gra na skrzypcach. Stary cmentarz i kirkut. Niby nieduże miasteczko, a obok dworca jest galeria sztuki i pracownia malarska. Autobus robi pętlę i jedzie dalej. Po drodze więcej lasów. Zwierzyniec zaczyna się lasem i zaraz za nim znowu las. Jakaś miejscowość i znowu las. Za drzewami majaczą ule wędrownej pasieki. Hedwiżyn - ciekawa nazwa. Od imienia Jadwigi. Miejscowość, czy może folwark należący do Jadwigi, czyli Hedwigi - czyj? - Hedwiżyn. G wymienia się na ż. Coś wspaniałego, taka polszczyzna.
I jestem w Biłgoraju. Jak dawno tu nie byłam. Zaskoczył mnie dworzec: odnowiony, świeże białe otynkowane ściany, nowe przestronne okna. Kilka kroków dalej przestronna kawiarnia. Z Zamościa wyjechałam zanim otwarto jakieś lokale, więc tutaj zasiadam do pierwszej aromatycznej kawy. Nawet spory wybór słodkiego pieczywa, ciast, jakieś sałatki. Chwila odpoczynku, bo to ostatni przystanek przed ostatecznym już powrotem do domu. Znowu plakaty z zapowiedziami wydarzeń kulturalnych: za tydzień, za dwa... Koncerty, festiwale, dni miejscowości, rajdy... Nie da się być wszędzie.
Na starej maszynie do pisania, mama przepisywała mi pracę magisterska, modliłam się, żeby zbyt wielu poprawek promotor nie zalecił, bo pisania sporo było.
OdpowiedzUsuńWspaniała wyprawa, i to wszystko w tak krótkim czasie?
Trochę daleko ode mnie, ale te strony marzą mi się także. Może się uda w końcu tam dotrzeć.
Tak, wyjechałam w sobotę, wróciłam dzisiaj. Sobota wieczór i pół nocy oraz wczesny ranek niedzieli w Lublinie, niedzielne popołudnie z noclegiem w Zamościu, poniedziałek szósta rano wyjazd, po drodze Szczebrzeszyn i Biłgoraj - weź pod uwagę, że mamy dzień roboczy i dzisiaj częściej jeżdżą autobusy, wysiadasz z jednego, wsiadasz w następny, po południu powrót.
UsuńNa maszynie sama przepisywałam sobie pracę magisterską, pamiętam, jak uważałam, żeby błędów nie zrobić, pisałam przez dwie kalki chyba, żeby trzy egzemplarze były.
My nie mieliśmy maszyny, mama korzystała ze służbowej.
UsuńLogistyka wyjazdu imponująca!
Kiedyś miałam bezpośrednie dojazdy do tych miejscowości, ale po likwidacji PKS-ów muszę kombinować. Rzeczywistość do tego zmusza.
UsuńMnie jeszcze brat pomagał, gdy odpoczywałam i spałam, on pisał dalej kolejny rozdział. Mamy wspomnienia. Teraz młode pokolenie ma wszystko w telefonie. Moja bratanica właśnie skończyła pisać pracę licencjacką. To już inny świat.
A to się nazwiedzałaś tak na raz 😉 Do Lublina muszę kiedyś wpaść, bo byłam ostatnio jakieś 20 lat temu, kiedy mój synek ledwo chodził. Za to Zamość odwiedziłam stosunkowo niedawno. I pamiętam chrząszcza ze Szczebrzeszyna. Chyba jest na moim blogu 🙂
OdpowiedzUsuńNo proszę, też nie całkiem obce są Ci te miejsca.
UsuńW zasadzie to taka retrospektywna podróż, bo znam te okolice, choć w niektórych byłam już dosyć dawno.
Mam wrażenie, że Noc Kultury w Lublinie to już sama w sobie osobna rzeczywistość, w której człowiek trochę „płynie z tłumem” i nie do końca wie, czy to jeszcze zwiedzanie, czy już bycie częścią instalacji artystycznej.
OdpowiedzUsuńNajbardziej mnie uderzyło to spotkanie z ludźmi w ciemności przy rzeźbach — serio, to mogła być równie dobrze przypadkowa rozmowa z kimś obcym, jak i z artystą, i chyba w tym tkwi cały urok takich wydarzeń. A ten motyw „za ludźmi do bazyliki” albo „rzeka głów” brzmi jednocześnie zabawnie i bardzo prawdziwie, kto nie zna tego momentu, kiedy nagle orientujesz się, że jesteś częścią jakiegoś nieplanowanego pochodu?
Tak w istocie jest: Noc Kultury jest bardzo bogata w wydarzenia. Z reguły wybieram to, co mnie interesuje czytając wcześniej dokładnie program i opisy. Mam swoje preferencje, których się trzymam, choć jest to dosyć szeroki wachlarz zainteresowań.
UsuńPrzypadkowe spotkania często bywają zaskakujące. I to jest aspekt niespodzianki, która potem zostaje w pamięci.
Niby wszystko fajnie zaplanowane, ale mam wrażenie, że właśnie na takich wydarzeniach najciekawsze rzeczy dzieją się totalnie „obok planu”, ile razy człowiek idzie na coś konkretnego, a potem najbardziej pamięta zupełnie przypadkową scenę albo miejsce, które w ogóle nie było w programie.
UsuńZ drugiej strony trochę się zastanawiam, czy takie trzymanie się swoich „pewniaków” nie sprawia, że omija nas część tego chaosu, który jest właśnie esencją Nocy Kultury.
W mojej obecności na Nocy Kultury wiele było spontaniczności; mam swoje preferencje to znaczy, że są rzeczy, które mnie po prostu nie interesują. Nie mam wcale poczucia, że coś mnie ominie, jeśli nie pójdę na występy rapu czy hip-hopu.
UsuńPewniaków się trzymać nie mogę, bo z reguły nie znam występujących artystów, czytam tylko z jakim gatunkiem mam do czynienia. Gatunkiem muzyki, tańca czy gatunkiem choćby na wystawie.
Trochę miałaś tego zwiedzania, a sam lublin bardzo lubie!
OdpowiedzUsuńSuper, to świetne miasto. Ma bardzo dobrą komunikację miejską. Poza tym wiele się dzieje.
UsuńWiosna i lato mają to do siebie, że wszędzie festiwal imprez i nie sposób na wszystkich być.
OdpowiedzUsuńFajna, szczegółowa, niebanalna, bardzo ciekawa relacja z wyjazdu.
W Lublinie byłam tylko raz, dawno, dawno temu. Za to na Roztoczu częściej- Szczebrzeszyn, Zwierzyniec, Zamość i Susiec ( ach ten tani camping, który tak lubiłam i szumy na Tanwi)
A pierwszą pracę dyplomową też pisała mi siostra na maszynie.
Pozdrawiam serdecznie, Auroro.
Ach, starałam się nie przesadzić ze szczegółowością, bo wrażeń byłoby na wiele wpisów. Wybrałam kilka punkcików. Ale jeśli to daje dosyć dokładny obraz całej wyprawy, to się cieszę.
UsuńOczywiście, ze Szumy na Tanowi to punkt obowiązkowy, gdy się jedzie na camping. Super, ze znasz tamte tereny.
Teraz, gdy są ekspresowe drogi, wydaje mi się, że z Lublina do Zamościa nie jest tak daleko, jechałam godzinę i 20 minut.
Świetnie mi się z Tobą podróżowało przez ten wpis:-) Tyle ciekawych miejsc, spotkań i kulturalnych akcentów zmieściłaś w niecałe dwie doby. Maszyna Czechowicza i wspomnienie Twojego domowego Mercedesa... Tak, dzisiaj to już świat, którego młode pokolenie nie zrozumie. Podziwiam Cię za energię do tak intensywnego zwiedzania i świetne, reporterskie oko do detali:-) Byłam kiedyś w Lublinie i Zamościu, ale to było tak dawno, że już prawie nieprawda...
OdpowiedzUsuńDziękuję, że mi towarzyszyłaś, podróż w miłym towarzystwie jest jeszcze bogatsza i bardziej przyjemna :-) Moja energia się trochę wyczerpała i do dziś odpoczywam.
UsuńNa pewno wiele pamiętasz ze swoich pobytów w Lublinie i Zamościu. A może warto skonfrontować wspomnienia z czasem teraźniejszym?
Tak się zastanawiam, czy my przypadkiem nie byliśmy w tym samym czasie na Roztoczu, ja nocowałem w Biłgoraju bo w Zwierzyńcu wszystko było zajęte. Miłej niedzieli 😀
OdpowiedzUsuńO, to możliwe, tylko ja w Biłgoraju całkiem krótko byłam, miałam tylko przesiadkę w poniedziałek rano. Zwierzyniec na dokładniejsze zwiedzanie zostawiłam sobie na inny termin. Zwierzyniec w czasie letnim jest oblegany, ja tam nawet nie próbuję szukać noclegu.
Usuń