A gdyby zapytać...

       ... jaką dostaniemy odpowiedź? Może nie będzie żadnej. Wtedy sprawa jasna. Na pewno każdy bloger spotkał się z sytuacją, że nowy komentujący odwiedza blog i zostawia komentarz. Z jednej strony to cieszy, bo lubimy, gdy nasze pisanie wzbudza zainteresowanie. Ale ja wtedy zawsze w duchu się zastanawiam, skąd ta osoba się pojawiła i jak mój blog znalazła. Jest jednak jeszcze inne istotniejsze pytanie: czy ta osoba wpisała swój komentarz, bo zainteresował ją rzeczywiście mój wpis, czy zostawia komentarz a przy okazji ścieżkę do odnalezienia jej blogu czy innej obecności w sieci, oczekując rewanżu i mojego zainteresowania. Mam prosty test na sprawdzenie, czy dana osoba rzeczywiście z czystego zainteresowania na mój blog wpadła i chce brać udział w komentowaniu, w rozmowie, w dialogu. 

       Obecny blog nie jest moim pierwszym, więc wiele takich sytuacji już przerabiałam. Mam prosty test na sprawdzenie czy osoba komentująca rzeczywiście jest zainteresowana moim blogiem, moimi wpisami, czy chce nawiązać dialog, czy też zostawia ślad, aby zareklamować siebie, bo gdy rewanżuję się odwiedzinami u niej, okazuje się, że prowadzi blog promujący jej usługi w jakiejś branży. Sprawdzam poprzez zadanie pytania w odpowiedzi na jej komentarz u mnie. Pytania rzecz jasna związanego z tematem mojego wpisu lub wpisanego u mnie komentarza. I co się okazuje? Pewna część takich "latających" po sieci blogerów wrzuca swoje komentarze na różnych blogach i nigdy potem do nich nie wraca. Traktują to jak zarzucanie wędki na zbieranie nowych czytelników. Widać to wyraźnie, gdy okazuje się, że na moje pytanie nie ma reakcji, czyli komentujący nawet nie jest zainteresowany, jaki odzew wywołał swoim komentarzem, nie jest zainteresowany odpowiedzią i prowadzeniem rozmowy. Liczy się tylko własne pozostawione zdanie. 

       Zdarza się też, że pojawia się ktoś nowy i wrzuca komentarz kompletnie od czapy. Jakieś niezobowiązujące zdanie, które można napisać/powielić/wkleić wszędzie i na każdy temat: "Super wpis", "Ciekawy tekst" itp. Trochę mnie to śmieszy, bo przecież to takie grubymi nićmi szyte marketingowe zagranie. Może tego gdzieś uczą na forach dla blogerów? Dla autorów promujących swoją markę? Nie wiem. Bieganie po autorach takich komentarzy uważam za marnowanie czasu. Nie szukam blogów reklamowych sprzedających jakiś towar. Dalszym ciągiem braku dialogu jest zjawisko, że na blogach tych znikąd pojawiających się komentatorów nikt nie odpowiada. Gdy zajrzę kierowana linkiem od profilu autora, widzę, że np. mają tam pod jakimś wpisem kilka, kilkanaście komentarzy, a na żaden nie ma odpowiedzi. Nie ma reakcji, nie ma odzewu, że w ogóle ktoś - oczekując zainteresowania ze strony innych - jest zainteresowany tym, co ci inni chcą mu powiedzieć. To już nie jest chwyt marketingowy, tylko brak kultury i buractwo.  

poniekąd

         Wakacje to doskonała okazja, by więcej uwagi poświęcić tym, którzy są blisko nas, a w codzienności relacje z nimi mogą stać się szablonowe. Można okazać więcej zainteresowania ich życiem, spokojniej porozmawiać, umówić się na kawę bez załatwiania jednocześnie tysiąca innych spraw. Odwiedź znajomych, poświęć im czas. Odpocznij, aby przewietrzyć głowę. Może to doskonała okazja, aby przemyśleć pewne kwestie, poukładać na nowo. Potrzebujemy cierpliwości wobec samych siebie, wobec własnych wątpliwości, rozterek i błędów. Zatrzymanie się umożliwia zmianę myślenia, widzenia, wartościowania. Zerwanie ze schematami dokonuje się powoli i w ciszy. Kurczowe trzymanie się znanych nawyków, przyzwyczajeń, daje poczucie bezpieczeństwa, ale tylko zerwanie z nimi wniesie do naszego życia powiew świeżości. Nie zmienisz świata, ale możesz zmienić swoje nastawienie, swoje patrzenie.

          Powyższe rozważania nie są moje, pożyczyłam je, ale odrobinę zmieniłam. Poniekąd się z nimi zgadzam, tylko dlaczego czekać z tym do wakacji? Każdy czas jest dobry na zmiany, każda chwila może być tą przełomową. Każdego dnia możemy zadzwonić do bliskiej lub w jakiś sposób ważnej osoby, każdego dnia możemy wykroić ten kwadrans na wspólną kawę. Każdego dnia możemy zatrzymać swój bieg zdarzeń nawet gdy świat będzie obok pędził w szaleńczym wyścigu. Czekanie na dobry moment, żeby coś zacząć, nie ma żadnego sensu. Czy to, co chcemy zrobić, zostanie zrobione lepiej, jeśli zaczniemy w poniedziałek czy w sobotę zamiast w środku tygodnia? (u mnie na wsi jeszcze są gospodarze, którzy stosują dawną zasadę, że sianokosy lub żniwa zaczyna się w sobotę) Wtorek czy środa są tak samo dobrym początkiem, jak każdy inny dzień. Czy wakacyjne lato bardziej sprzyja przemianie własnego życia? Czy lipiec to najlepszy miesiąc na poszukiwanie życiowej harmonii? Kto wierzy w magiczną moc określonej daty, żeby zacząć się zmieniać, kto czeka aż nastąpi ten najlepszy czas na podjęcie decyzji, na zerwanie z rutyną, na gest, słowo czy przemyślenia, ten tak naprawdę wcale do tego nie dąży, nie chce, tylko szuka wymówek. 

        Jest taka stara piosenka śpiewana przez Andrzeja Rybińskiego, w której padają słowa: "Od jutra już świat będzie mój..." 


     Przewrotnie zapytam: dlaczego nie od dziś? 

niedzielny przegląd prasy

       Mam przed sobą dziesięć prasowych tytułów. Gazety codzienne oraz tygodniki, miesięczniki, kwartalnik oraz prasa lokalna. Nie, nie będę wybierać i streszczać artykułów. Przyjrzę się, jakie tematy dominują w zależności od częstotliwości i zasięgu danego organu prasowego. Na dokładniejsze czytanie, zwłaszcza miesięczników i kwartalnika, liczącego 100 stron, potrzebuję więcej czasu. 

        Przede wszystkim ostatnio coraz częściej jestem zdegustowana tym, co pojawia się w Internecie. Klikbajtowe tytuły i zajawki typu "odpalił się", "Internet zapłonął", "ledwo wytrzymała", "zero litości", "powiedział wprost", "przegięcie", Internet wrze", "co on knuje"... Mogę się spodziewać takiego języka na blogach, bo każdy pisze po swojemu i ma do tego prawo. Tak samo w prywatnych mediach społecznościowych. Ale to są częste, właściwie codzienne przykłady z poważnych portali informacyjnych, a nie jakichś indywidualnych kont społecznościowych. Czy to jeszcze dziennikarstwo czy już rynsztok? 

        Widząc taki tytuł, automatycznie omijam z daleka. Nie nabijam klikalności. Przechodzę do ogólnopolskiej prasy drukowanej. I tu zdarzają się w tytułach sformułowania z mowy podwórkowej: ".... odesłani z kwitkiem", "... z internetowej łapanki", .... poszli w odstawkę". Czasami naprawdę czuję zażenowanie poziomem języka. Nie wiem, czy chcę coś takiego czytać. Zniechęcające. A teksty być może nawet dotyczą ważnych spraw społecznych czy politycznych, ale naprawdę, jak to napisane takim stylem, to unikam. Pozostają mi artykuły z dziedziny ekonomii i prawa, czasami o sztuce, artykuły naukowe, gdzie raczej nikt nie ćwiczy językowej kreatywności. 

      O ileż przyjemniej poczytać o Australopithecus afarensis jako praprzodku współczesnego człowieka oraz relacji między materią i antymaterią. Równie ciekawie czyta się obszerną analizę tradycji wystawienniczej "Pierścienia Nibelungów" Wagnera w Bayreuth, ale zapowiedź tegorocznej realizacji "zleconej" SI jest mocno niepokojąca. Nikt jeszcze nie wie, jak to będzie wyglądało. Wszystko trzymane jest w tajemnicy. Nie bardzo sobie wyobrażam, jak na scenie będzie wyglądało połączenie obecności śpiewaków operowych z reżyserko-scenograficznymi rozwiązaniami SI. Podobno śpiewacy mają zostać umieszczeni w holograficznej rzeczywistości. 

       Na tle wirtualnej rzeczywistości wkraczającej do sztuki realniej wypada reportaż z wędrówki karawany przez Saharę nawet z doświadczeniem miraży po drodze. Tygodniowa wyprawa okazuje się sprawdzianem ludzkich możliwości, wytrzymałości, a zarazem uświadamia, że w konfrontacji z siłami natury człowiek niewiele zdziała, jeśli jest zbyt pyszny i zadufany we własne możliwości. Współdziałanie z naturą może okazać się zbawienne, jak choćby w przypadku usuwania z organizmu aluminium, na które współcześnie jesteśmy non stop narażeni: napoje w aluminiowych puszkach, aluminiowe folie, aluminiowe tacki, aluminiowe wieczka jogurtów, śmietany, aluminium znajduje się też w niektórych lekach. Świetnymi odtruwaczami aluminium z organizmu są skrzyp i pokrzywa. Zamiast tępić jako chwast lub bezmyślnie deptać podczas wędrówek, wystarczy zerwać i pić z nich herbatkę. W przyrodzie nie ma roślin niepotrzebnych ani chwastów. 

       Nie znaczy to oczywiście, że szpitale są niepotrzebne, jak wynikałoby to z dramatycznych kilku artykułów poświęconych problemom opieki zdrowotnej. Pacjenci właśnie odczuwają okrojone dofinansowania na zabiegi, likwidowane są oddziały szpitalne, bo "nierentowne".  Ponad rok temu w najbliższym powiatowym szpitalu na dwa miesiące został zamknięty jeden z oddziałów. Teraz w lokalnej powiatowej prasie czytam kilkustronicowe omówienie poczynionych działań dyrekcji szpitala i władz samorządowych, podjętych decyzji, protestów i niewesołych perspektyw. Przyzwyczailiśmy się czytać o aferach szpitalnych w kontekście zarobków lekarzy, ich żądań podwyżek, tymczasem tutaj doszło do protestu salowych i sprzątaczek. Dyrekcja szpitala chce bowiem "oddać" pion sprzątający firmie zewnętrznej, która obsługiwałaby szpitalne sprzątanie. Nawet zgłosiły się już firmy zainteresowane takim rozwiązaniem. Szpital upatruje w tym możliwość oszczędności, ale salowe i sprzątaczki boją się o swoją przyszłość, warunki pracy i płacy. Pytają, dlaczego oszczędności szuka się ich kosztem, a nie kosztem lekarzy, którzy zarabiają najwięcej.

        Jak się okazuje, szybkie rozwiązania z wykorzystaniem możliwości SI też nie zawsze przynoszą efekty. Mimo promocji w sieciach handlowych i internetowych sklepach "6 na 10 internautów zrezygnowało z zakupu online, bo chatbot sklepu nie potrafił rozwiązać ich problemu". Ponad 50 % klientów woli wykorzystywać soje własne narzędzia, a nie polegać na sklepowych aplikacjach, które ich drażnią ograniczeniem pozycjonowania produktów tylko do oferty danego sklepu. Wciąż duża część klientów woli kontakt  z żywym człowiekiem lub rezygnuje z wykorzystywania botów w trosce o ochronę swojej prywatności i bezpieczeństwo danych osobowych.

       Globalny kontekst współczesnych zakupów online zderzył się z ekonomią rynku w decyzji Unii Europejskiej z 1 lipca 2026 r. nakładającej nowe cło na przesyłki spoza Unii. Od każdego rodzaju przedmiotu w paczce cło wyniesie 3 euro. Jak wyjaśnia Kamil Wojdas, agent celny, gdy w paczce będą trzy jednakowe koszulki, będzie jedna opłata 3 euro, a gdy w paczce będzie koszulka, czapka i i spodnie - za każdą z tych rzeczy trzeba będzie zapłacić osobną opłatę celną jako za odrębne kategorie towaru. Tak czy inaczej klient zapłaci więcej, a w którym momencie opłata zostanie naliczona, zależeć będzie od importera. 

       Tyle czytania na dziś. Jeszcze na kilka dni mi zostało z zakupionych ostatnio wydawnictw.

dalej na wschód

       Po ostatnim wyjeździe do Stalowej Woli i okolic zaciągnęło mnie na krótki wypad dalej na wschód, do Krasnobrodu. Z mapki, którą otwieram w darmowym czasopiśmie turystycznym wynika, że leży on w samym środku Roztocza Środkowego. W tutejszym punkcie informacji turystycznej można dostać darmowy magazyn roczny pod tytułem "Magiczne Roztocze". Były jeszcze archiwalne egzemplarze numeru "Roztocze 2025", ale rzecz jasna wzięłam aktualne "Roztocze 2026". I jaka niespodzianka! Zaraz na odwrocie okładki, jako pierwszy tekst znajduje się krótka prezentacja Janowa Lubelskiego, który odwiedziłam zaledwie kilka dni temu. Teraz mogę uzupełnić wiadomości. Poza tym magazyn zawiera informacje o różnych miejscowościach Roztocza Środkowego, od Tomaszowa Lubelskiego, przez Zwierzyniec, Susiec, Lubyczę Królewską, Cieszanów, Józefów, po Krasnobród, a nawet Zamość. Są różne ciekawostki, adresy hoteli, gospodarstw agroturystycznych, noclegów w pokojach sezonowych, kwaterach, wypożyczalni kajaków, informacje o lokalach gastronomicznych z regionalnymi specjałami, festiwalach i wydarzeniach cyklicznych. Na dwóch stronach zebrane zostały adresy i dane kontaktowe do muzeów, izb regionalnych i galerii artystycznych, a jeszcze osobna lista zawiera informacje o cyklicznych regionalnych wydarzeniach kulturalnych w każdym miesiącu całego roku. I tak, jako ciekawostkę podam, że w dniach 2 - 8 sierpnia będzie się odbywał w Szczebrzeszynie Festiwal "Stolica Języka Polskiego", a w dniach 8 - 9 sierpnia Festiwal Kaszy i Żurawiny "Gryczaki" w Janowie Lubelskim, o którym wspominałam poprzednio, gdy widziałam plakat. W Lubyczy Królewskiej natomiast na 15 sierpnia zaplanowane jest Święto miodu i ziół, a 23 sierpnia w Horyńcu-Zdroju będzie Święto Pieroga - nie napisano, jakiego. Także wrzesień będzie bogaty w wydarzenia, chociaż większość z nich będzie miała charakter historyczny. W każdym razie, gdy ktoś wybiera się w te strony, warto zerknąć na ten spis, organizując swój pobyt. 

       Niestety, mój pobyt był okazjonalny i nieplanowany. Krasnobród leży w odległości 24 km od Zamościa i faktycznie po drodze widać, że to pagórkowate Roztocze. Wkoło zalesione wzgórza tworzą malownicze krajobrazy tym bardziej interesujące, że raz po raz wije się tędy Wieprz, rzeka raz wąska i znikająca, raz szeroka i powolna. Od lat organizowane są kajakowe spływy Wieprzem, co widać po licznych ogłoszeniach wypożyczalni kajaków. Jechałam od strony Zwierzyńca trasą, która wiedzie często wzdłuż rzeki, a kolorowe kajaki ułożone piętrowo kuszą amatorów wodnego relaksu. Mijam też dość liczne szyldy pokoi gościnnych, noclegów, agroturystyki w kolejnych miejscowościach między Zwierzyńcem a Krasnobrodem: Obrocz, Guciów, Bondyrz, Kaczórki, Hutki. Część trasy prowadzi przez Roztoczański Park Narodowy, zwracałam więc uwagę na las w naturalnej odsłonie z powalonymi i porosłymi mchem starymi pniami. Gdzieniegdzie sterczały wyrwanymi z ziemi korzeniami potężne wykroty. 

      Sam Krasnobród jako miasto widnieje w historii od 1576 roku i kolejno należał do rodów: Leszczyńskich, Lipskich, Zamoyskich, Tarnowskich, Mycewskich, Fudakowskich. Część miasta zwana Podklasztorem nawiązuje do osadzenia tutaj w drugiej połowie XVII wieku OO. Dominikanów. W II poł. XVII wieku staraniem i z fundacji Marysieńki Sobieskiej został wzniesiony w stylu barokowym obecny kościół pw. Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny, będący głównym sanktuarium diecezji zamojsko-lubaczowskiej. O przyczynie ufundowania kościoła jako wotum wdzięczności przez żonę Jana III Sobieskiego głosi łaciński napis na frontonie kościoła, który w tłumaczeniu brzmi: "Panu Najlepszemu i Największemu, kosztem i nakładem Najjaśniejszej Marii Kazimiery, królowej Polski, towarzyszki życia świętej pamięci Najjaśniejszego i Najpotężniejszego w świecie Jana II, Króla Polski, jako wypełnienie ślubów  za odzyskanie w tym miejscu przed cudownym obrazem, a już bezpowrotnie utracone zdrowie, ten święty przybytek został wzniesiony ku czci Najświętszej Dziewicy Maryi i poświęcony w roku 1699".

       W ołtarzu głównym umieszczona została powiększona kopia obrazka przedstawiającego Matkę Boską adorującą Dzieciątko Jezus na tle różanego ogrodu. Oryginalny obrazek ma wymiary 9 na 14 cm, dlatego gdy kult został oficjalnie uznany przez władze kościelne, wykonano do ołtarza jego powiększoną kopię. Historia cudownego obrazka sięga czasów powstania Chmielnickiego w 1648 roku i wiosny 1649. Oddziały Chmielnickiego zdewastowały między innymi małą kapliczkę z obrazkiem, a wiosną następnego roku miejscowa ludność znalazła w pośniegowym błocie obrazek nietknięty, niezniszczony. Uznano to za znak Bożej Opatrzności i został umieszczony w drewnianej kapliczce, a wokół niego coraz szerzej rozwijał się kult. Z kościołem zaś związana jest jeszcze inna legenda, której bohaterką jest Marysieńka Sobieska. Głosi ona, że kiedy Sobieski z Marysieńką jechał ze swojego majątku w Żółkwi do Warszawy przez Krasnobród, w drodze w karczmie w pobliżu klasztoru Marysieńka urodziła syna Władysława Konstantego. 

      Obok kościoła prowadzi droga na cmentarz - duży, z wieloma alejkami, ze starymi i nowymi pomnikami oraz cmentarzami wojennymi. Starania o założenie cmentarza podjęto w 1843 roku, ale władze carskie dopiero po kilkunastu latach zatwierdziły plany i wykonano ogrodzenie terenu przeznaczonego na cmentarz. Do dziś znajdują się na nim zabytkowe pomniki, znajduję kilka z początku XX wieku. Wzrusza mnie skromny nagrobek ze stalowym krzyżem, na którym wisi imienna tabliczka z wypisanym ręcznie imieniem i nazwiskiem. Imię: Zofia i dalej nazwisko. Poniżej były jeszcze daty, ale są nieczytelne, upływ czasu zatarł cyfry, zostały nikłe ślady niedające się odczytać. Nie jestem w stanie obejść całości. Obiecuję sobie, że kiedyś tu wrócę i poświęcę więcej czasu na stare nagrobki.

      W krużgankach dawnego klasztoru oglądam stacje Drogi Krzyżowej i ciekawe konfesjonały klasztorne umieszczone we wnękach ściennych. W przedsionku zabytkowy piękny dzwon z 1754 roku, pęknięty, więc nie zadzwoni, ustawiony tylko na posadzce na pamiątkę. Żal, że nikt już nigdy nie usłyszy jego głosu. Odwiedzam punkt informacji turystycznej i poza wspomnianym na początku roztoczańskim  magazynem kupuję kilka pamiątkowych kartek i dwa magnesy. Jeden z Kaplicą Św. Rocha znajdującą się w pobliżu sanktuarium oraz drugi z dalszej okolicy - ze świerszczem ze Szczebrzeszyna. Kartki pocztowe z odbitkami obrazów przedstawiających kolorowe kamienice ormiańskie w Zamościu, fasadę kościoła i klasztoru w Krasnobrodzie oraz fasadę kościółka na wodzie w Zwierzyńcu. 

       Wjeżdżając do Krasnobrodu od strony Zwierzyńca mija się park i zabudowania sanatoryjne, bowiem od 2002 roku miasto ma status uzdrowiska. Pierwotnie było to sanatorium dla dzieci: Sanatorium Rehabilitacyjne im. Janusza Korczaka. Obecnie na leczenie sanatoryjne są tu kierowani także dorośli. O tym, że było to sanatorium dziecięce wiem stąd, że wiele lat temu moja koleżanka przyjeżdżała tutaj z córką na leczenie chorób układu oddechowego. Natomiast o tym, że nastąpiło poszerzenie świadczeń zdrowotnych także dla dorosłych dowiedziałam się kilka lat temu, ponieważ znam osoby, które do Krasnobrodu otrzymały skierowania na sanatoryjne leczenie i rehabilitację schorzeń układu ruchu i kręgosłupa.  

      W drodze powrotnej jeszcze raz spoglądam na Wieprz wijący się w zaroślach i wzdłuż drogi. Najbardziej przyjemna trasa to te fragmenty, gdy jedziemy przez Roztoczański Park Narodowy. Spokój i cisza, nie ma zbyt wiele samochodów. Nie widać wzmożonego ruchu turystycznego. Dopiero w Zwierzyńcu ulice, chodniki gęstnieją, parkingi się zapełniają. Na jednym z nich pod drzewem znajduję stary zapomniany dziecięcy smoczek. Zgubił go jakiś mały turysta. Ostatnie lody z budki i żegnamy Środkowe Roztocze. Jeszcze tylko po drodze rzut oka na pasące się w oddali lamy czy alpaki w zagrodzie zwanej Gajówka tuż przed Panasówką. Z wzniesienia zjeżdżamy w dół, w Równinę Biłgorajską, ale to już inna mapa, inna trasa, inna przygoda i inne historie. 

sezon ogórkowy

       Codzienny przegląd warzywnego ogrodu przynosi plony. Zrywam, co urosło i potem kombinuję, co z tego zrobić: ogórki, czerwona fasola szparagowa, koper. Jaja od swoich kur. Śmietana i ser także z domowego udoju mleka, które kupuję od gospodyni hodującej krowy.  

             pasta z ogórków i czerwonej fasolki

Dwa duże gruntowe ogórki posiekać na drobno z ćwiartką dużej cebuli, posolić do smaku.

Dwa duże jajka ugotować na twardo, posiekać, dodać do ogórków i cebuli. 

Ok. 15 dag fasoli szparagowej czerwonej ugotować na miękko w lekko osolonej wodzie, odcedzić, przestudzić.

Schłodzoną fasolkę tak samo posiekać na drobno, wymieszać z ogórkami i cebulą. 

Dodać trzy duże łyżki twarogu, wymieszać doprawiając do smaku solą, pieprzem, czym kto lubi.  

Dodać trzy łyżki śmietany gęstej, kwaśnej. 

Dobrze wymieszać. Posypać dwiema szczyptami posiekanego koperku. Pasta nadaje się do chleba, a ja to nawet lubię samą bez niczego. 


       chłodzący napój na upały

czarne jagody - ile się chce

maliny - ile się chce

zsiadłe mleko (lub kefir) - ile się chce

wszystko zblendować, pić po schłodzeniu w  lodówce

dosłodzić wedle uznania, gdy owoce są słodkie same w sobie, można wcale nie dodawać nic więcej

       to samo z twarogiem

dodać miękkiego twarogu tyle, żeby było gęste i też razem zblendować aż powstanie taki serek jak homogenizowany - pyszny deser na lato 

          A poza tym na miedzach i ugorach kwitnie wrotycz. Ścinam , kroję wraz z łodygami na 10-centymetrowe części i suszę. Wywar z wrotyczu można wykorzystywać do zwalczania wszelkiego robactwa w grządkach, w tym turkuciów, które nie znoszą jego zapachu. Suszone kwiaty wrotyczu dodaję do podkurzacza, gdy okurzam pszczoły. Wrotycz wspiera system odpornościowy zarówno roślin, jak i pszczół, gdy korzystają z okresu kwitnienia. 

       W ogrodzie ślady bytności innych gości. Pióro bażanta. Dorosła para dochowała się potomstwa i robią szum, jakby to był ich teren. Cala rodzinka robi wrzask i zrywa się z furkotem ponad zboża odlatując nieco dalej. Naliczyłam chyba z pięć młodych. Innym razem ślady kopytek. Nakryłam kilka razy sarnę na żerowaniu w kapuście. Pobiegła w podskokach w stronę lasu. 

z pogranicza województw

        Nadarzyła mi się okazjonalna szybka i krótka wyprawa pograniczem województwa podkarpackiego i lubelskiego. Nie pamiętam, kiedy tam byłam, chyba dawno, lata temu. Czas na odświeżenie wspomnień lub uzupełnienie zapamiętanych obrazów. Największym miastem wycieczki była Stalowa Wola. Jak doczytałam, miasto niespełna stuletnie zaledwie. Idea miasta narodziła się w ramach planu Centralnego Okręgu Przemysłowego w 1928 roku, a tak naprawdę istotne inwestycje i pierwsze osiedla robotnicze wzniesiono tuż przed wojną w 1938 roku. Powstały tutaj zakłady metalurgiczne, energetyczne i zbrojeniowe. Stąd też miałam wyobrażenie szarych betonowych bloków i przemysłowych dzielnic bez uroku. A tu niespodzianka. Byłam co prawda tylko w małej przestrzeni, w centrum, gdzie znajduje się Urząd Miasta, niedaleko szpital, dworzec autobusowy, jakieś nieduże dwu- i trzypiętrowe bloki. Cała ta przestrzeń jest przepięknie zielona. Ogromnie dużo drzew, a tuż za Urzędem Miasta Park Miejski z alejkami, placami zabaw dla dzieci. Naprawdę niesamowite jak zadrzewione jest to miasto, przynajmniej w tej części. Szłam uliczką i po obu stronach drzewa, trawniki, ławeczki wypoczynkowe przed blokami w cieniu. Coś niezwykłego i urokliwego. 

       U wejścia do parku budka z lodami z dowcipnym hasłem: "To nie kolejka, to grupa ludzi, którzy podjęli dobrą decyzję". Bardzo zaangażowany pan lodziarz proponował lody w dwóch wielkościach, przy czym ten duży "jest naprawdę spory", ostrzegał. Wzięłam mały i też był ogromny, jak na moje potrzeby i oczekiwania. Park od strony mojego spaceru z boku miał szkołę muzyczną i pomnik organizatora ruchu oporu w czasie II wojny światowej o pseudonimie "Zaremba".  Drzewa gęste. Wchodząc z jednej strony, nie widzi się, gdzie park się kończy. Alejka wije się delikatnie i kończy restauracją i widokiem na skrzyżowanie a w niedużej odległości dworzec. Dopiero teraz widzę, jak bardzo można skrócić sobie drogę, wybierając przejście tędy, zamiast głównymi arteriami. 

        Jeden mankament: w pobliżu brak kawiarni. Niedaleko Urzędu Miasta jest wspomniana szkoła muzyczna, jest fryzjer, jakaś klinika (nie sprawdzałam jaka), pięć minut drogi i duży szpital. Gdzie ci wszyscy urzędnicy wychodzą na lunch i na kawę? Znalazłam Żabkę, no ale to nie kawiarnia. 

        Ze Stalowej Woli busik jechał i jechał ulicą, ciągle domy, sklepy, miejska komunikacja z przystankami i nagle okazało się, że jesteśmy w Nisku. Między miastami nie ma żadnej przerwy, żadnej pustej przestrzeni. Po prostu jeden dom jest ostatnim budynkiem Stalowej Woli, a zaraz następny już pierwszy budynek Niska, o czym informuje tablica. Czyli niemal aglomeracja. W Nisku dworzec busów i dworzec PKP znajdują się równolegle obok siebie. To bardzo wygodne, gdy trzeba się przesiadać. Przez pewien czas jechaliśmy równolegle z jakimś osobowym pociągiem Intercity. Wzdłuż torów kolejowych z jednej strony hałdy żwirku w różnych kolorach: czerwony, szary, niebieskawy. Budynek dworca kolejowego nie wygląda na użytkowany, raczej rozsypujący się. Może gdzieś z drugiej strony jest nowszy, nie wiem. Nie miałam czasu się rozglądać i szukać. 

      Gdzieś w środku miasta duży szyld na ślepej ścianie budynku: Pierogi z ciasta. Przyznaję, że nie rozumiem. Czy mogą być pierogi bez ciasta? To z czego innego? W każdym razie te były z ciasta i numer telefonu, pod którym można zamawiać. 

        Tuż za Niskiem znajoma nazwa: Racławice. Ale to nie te Racławice, tylko inne. Całkiem inna miejscowość. A jadąc dalej i dalej w stronę Janowa Lubelskiego kolejna znajoma nazwa: Jarocin. Ale to też nie ten Jarocin, tylko zupełnie inny. Spokojniejszy. Na razie jestem jeszcze za rogatkami Niska. Tereny wokół przepiękne, dużo zieleni, lasy, zagajniki, zarośla, rzeczki, strumyki. I jest wielka, majestatyczna, leniwie tutaj się rozlewająca, z piaszczystymi łachami po bokach rzeka: San. Szeroki, dostojny, płynący z wielką powagą. A wokół tereny lekko faliste, jakieś pagórki, wzniesienia, dużo łukowatych łagodnych zakrętów, kilka podjazdów pod górkę i potem w dół. Lasy w głębi sosnowe, ale wzdłuż drogi dużo liściastych drzew, urocze białe brzozowe szpalery, zagajniki. W mijanych wioskach bocianie gniazda, w których młodzież ćwiczy rozkładanie skrzydeł. Dorosłe już się nie mieszczą w gnieździe z potomstwem i stacjonują na pobliskich słupach. 

       Przy granicy województwa podkarpackiego - Domostawa. To tutaj dwa lata temu, w 2024 roku postawiono pomnik Rzeź Wołyńska autorstwa Andrzeja Pityńskiego, polskiego rzeźbiarza emigracyjnego ze Stanów Zjednoczonych. Pomnik został zaprojektowany i odlany kilka lat wcześniej. Wzbudzał kontrowersje drastycznym wyrazem. W środku sylwetki orła - wznoszącego się z płomieni - na wysokich widłach widnieje bezwładne ciało dziecka jako symbol tysięcy niewinnych ofiar rzezi. Pomnik wraz z cokołem ma 20 metrów wysokości. U podstawy umieszczona została rodzina z dziećmi. 


Pomnik Rzezi Wołyńskiej w Domostawie, Domena publiczna

         Przewodniczącym Komitetu Honorowego wzniesienia pomnika był ks. Tadeusz Isakowicz - Zaleski, z pochodzenia Ormianin, kapelan środowisk kresowych. Niestety, nie doczekał odsłonięcia pomnika. Zmarł w styczniu 2024 roku. 11 lipca tego roku, a więc kilka dni temu, odsłonięto Ścianę Pamięci z wypisanymi nazwami sześciu tysięcy miejscowości, w których OUN-UPA dokonało mordu na Polakach. I - no właśnie - jadąc w odwrotną stronę, czyli do Niska, widziałam jak w Domostawie wsiadły dwie kobiety z plecakami z patriotycznymi akcentami. Starsza mogła być w wieku ok. 60. lat, młodsza może ze 20. Było dwa dni po uroczystościach, wracały stamtąd. Wysiadły kilka przystanków dalej. 
        Po przekroczeniu granicy województw podkarpackiego i lubelskiego mijamy wieś Pikule, mającą dramatyczną historię wojenną. W 1942 roku Niemcy rozstrzelali tutaj 51. mieszkańców i spalono niemal wszystkie zabudowania, a była to mała wieś.  Właściwie obecne Pikule znajdują się obok dawnego położenia, na którym wzniesiono pomnik pamięci pomordowanych. 

        Stąd już ostatnie kilometry prowadzą do Janowa Lubelskiego, dawniej zwanego Ordynackim, bo został wzniesiony w obrębie Ordynacji Zamojskiej. Tutaj chwila oddechu w kawiarni, gdzie zadaszony letni ogródek ma w wystroju ogromne fotograficzne banery czy tablice do złudzenia przypominające miasteczka Toskanii. Staję na tle jednego z nich i wysyłam zdjęcia znajomym z podpisem "Pozdrowienia z Toskanii". Ale się zdziwili.
         Na Rynku cztery rzeźby przedstawiające cztery bogactwa miasteczka: garncarstwo, tradycje browarnicze, rolnictwo i zdroje źródlanej wody. A obok kolorowe plakaty z zapowiedzią atrakcji na drugi weekend sierpnia: Gryczaki 2026. Odbędą się między innymi międzynarodowe zawody w jedzeniu pierogów z kaszą. No proszę, konkurencja znacznie bliższa i łatwiejsza do zorganizowania niż mundial. I bez biletów wstępu. Ale czy ja za miesiąc tutaj znowu przyjadę? 

prasówka

     Przed laty, słuchając programów radiowych, czekałam na poranną prasówkę, w której krótko streszczano i prezentowano ciekawe artykuły z prasy codziennej, a w piątki i soboty dodatkowo także z tygodników. Niektórzy dziennikarze robili to naprawdę dobrze i zanim poszłam do pracy - w robocze dni tygodnia - wiedziałam już mniej więcej, jakie tematy są na topie, co ciekawego napisano lub zgoła co mogło mi umknąć, gdybym sama zechciała zagłębiać się w dzienniki. Dzisiaj, niestety, nikt już prasówek nie robi. Niewiele osób czyta w ogóle gazety. Pod koniec tygodnia pojechałam do miasta i zajrzałam do ostatniego w Polsce kiosku. Kupiłam kilka gazet, tygodników, nawet miesięczniki. Weekend poświęciłam na czytanie prasy i postanowiłam zrobić sobie prasówkę. Trochę okrojoną, pominę tytuły gazet. 

      Jeśli chodzi o temat dominujący, to jest nim rocznica Krwawej Niedzieli (11 lipca), czyli największej eskalacji akcji wymierzonej przeciwko Polakom podczas rzezi wołyńskiej w 1943 roku oraz obecne stosunki polsko-ukraińskie, a właściwie ich pogorszenie. Jędrzej Soliński w artykule "O pamięć prawdziwą" przywołuje wspomnienia swoich bliskich, którzy byli świadkami wydarzeń wołyńskich w 1943 roku i ocaleli. Wuj autora tylko raz w życiu opowiedział całe zdarzenie ze wszystkimi okrutnymi szczegółami. Zakończył swoje wspomnienia tak: "Interesuje mnie tylko to, kto zamordował moją mamę, siostrę i babcię. Chcę znać imię i nazwisko. Nie potrzebuję pomników i dni pamięci. Tylko imiona i nazwiska morderców, i żeby mama, siostra i babcia miały katolicki pogrzeb. Nic więcej". Dopełnieniem tematu są rozważania Marka Kozubala, który w artykule "Więcej o Kozakach niż o Wołyniu" zauważa, że temat rzezi wołyńskiej w szkolnych podręcznikach pojawił się dopiero w 2017 roku. Tutaj dodam, że jestem zaskoczona, nie sądziłam, że wcześniej nic  o tym w podręcznikach nie było. Analizując treść podręcznikowych zapisów, Kozubal podkreśla, że informacje podręcznikowe są rzeczowe, choć pozbawione specjalnego epatowania opisami szczegółów, ale zawierają ilustracje. Wydarzenie definiowane jest jako "czystka etniczna mająca na celu oczyszczenie terenu zachodniej Ukrainy z Polaków". Ponadto autorzy podręcznika starają się podawać fakty, nie demonizując całego narodu ukraińskiego, zdecydowanie odróżniając od nich formacje OUN-UPA. Kozubal kończy artykuł sugestią, aby jednak zakres wiedzy o rzezi wołyńskiej uzupełnić o akta IPN, gdyż obecnie "polscy uczniowie dowiadują się więcej o powstaniach kozackich w XVII wieku niż o wydarzeniach sprzed zaledwie osiemdziesięciu lat, które wciąż ciążą na naszych relacjach z Ukrainą. " I trudno w tym autorowi nie przyznać racji. 

        W nawiązaniu do kwestii wołyńskiej i afery z Orderem Orła Białego Piotr Zaremba w artykule "I po co Zełenskiemu było to wszystko?" zastanawia się nad motywacjami prezydenta Ukrainy czy może nawet szerzej, ukraińskiego rządu. Postawienie niemal na ostrzu noża sprawy wołyńskiej wywołało "zwarty front ataku na Polskę i Polaków". Chodzi o opinie i komentarze, które pojawiały się po stronie ukraińskiej w Internecie. Uparte lansowanie bohaterów UPA przyniosło jednak odwrotny skutek w kontekście starań Ukrainy o przyjęcie do Unii Europejskiej, ponieważ Parlament Europejski zajął się tematem rzezi wołyńskiej, a problem współpracy przywódców OUN-UPA z III Rzeszą ma być wpisany do raportu określającego warunki przyjęcia Ukrainy do Unii. Na pytanie postawione w tytule artykułu autor odpowiada przywołaniem krążących na ten temat teorii, w tym taką, że w zasadzie chodzi o politykę wewnętrzną. Zełenski skupiając uwagę społeczeństwa na konflikcie z innym narodem, odwraca uwagę od problemów z korupcją i być może planów na jesienne wybory prezydenckie w Ukrainie. 

        Sprawy ukraińskie toczą się także w Europie i to dosyć dramatycznie. 29 czerwca w Monako doszło do zamachu na ukraińskiego oligarchę Wadyma Jermołajewa, który w ciężkim stanie trafił do szpitala. Jego partnerce musiano amputować obie nogi. Obrażenia odniósł też syn biznesmena. O powiązaniach podejrzanej o dokonanie zamachu Anastasii Berezowskiej z ukraińskimi służbami wywiadowczymi pisze Rusłan Szoszyn w artykule "Zamach w Monako z ukraińskimi służbami w tle". Berezowska 1 lipca wróciła do Ukrainy i tutaj została zamordowana zanim złożyła zeznania. Jej ciało znaleziono zakopane. Ustalono, że przed śmiercią spotkała się z dwoma mężczyznami. Jeden z nich był funkcjonariuszem organów ścigania a drugi czynnym funkcjonariuszem ukraińskiego wywiadu wojskowego. Ten drugi przyznał się, że wraz ze swoimi wspólnikami dokonali zabójstwa Berezowskiej, która została zastrzelona. Prowadzone jest śledztwo mające wykazać, czy zabójcy Berezowskiej działali na czyjeś zlecenie. Tak czy inaczej, za zamachem na Wadyma Jermołajewa, który był zresztą na liście podejrzanych za odprowadzanie podatków do Rosji, stoją służby specjalne Ukrainy. 

      Polskie zaś służby kryminalne stoją przed planami podwyższenia przez Ministerstwo Sprawiedliwości wysokości grzywien. Wzrost ma być dziesięciokrotny, czyli z obecnej najniższej stawki dziennej 10 zł na 100 zł, a ze stawki 2 tysięcy zł na 20 tysięcy zł. Piotr Szymaniak w artykule  "Wyższe stawki grzywny mogą oznaczać więcej więźniów" oblicza, że jeżeli przestępstwo w kodeksie karnym zagrożone jest grzywną i karą pozbawienia wolności do jednego roku, to grzywna nie będzie mogła być niższa niż 5 tysięcy zł. Gdy przestępstwo jest zagrożone karą pozbawienia wolności do dwóch lat, minimalna grzywna wyniesie 10 tysięcy złotych. Piotr Szymaniak i Marek Kobylański w obszernej analizie pt. "Prawnicy krytykują drakońskie podwyżki grzywien" podkreślają, że "państwo chce podnieść wysokość grzywien, ale nie poprawia ich egzekucji. Problemem nie jest wysokość grzywien, lecz ich ściągalność".

       Na pograniczu problemów ekonomicznych i zdrowotnych sytuuje się artykuł dr Ewy Waś "Co wiemy o chińskim wosku?", z którego wynika, że obecne na polskim rynku importowane z Chin produkty opisywane jako czysty wosk są tak naprawdę wyrobami zafałszowanymi, wykonanymi z parafiny. Badania w puławskim laboratorium HoneyLab Teper & Waś wykazały, że udział parafiny w badanych próbkach wynosił od 80 do 90 %. Część badanych próbek została wysłana do Niemiec do specjalistycznego laboratorium mającego akredytację na analizy jakości wosku i węzy. Tamtejsze badania również wykazały wysoki stopień zafałszowania produktów. 

       Tomasz Nowak w artykule "Architekci mikroświata" przypomina między innymi zasługi Marii Skłodowskiej-Curie dla rozwoju fizyki jądrowej: "To ona sformułowała paradygmat, że fizyka jądrowa wymaga ścisłego sojuszu z chemią  (radiochemia). Jej laboratoria wyszkoliły całe pokolenia naukowców, którzy kontynuowali rozbijanie i badanie jądra atomowego". Przypominając genezę badania atomu, autor artykułu przywołuje przełomową pracę Rutherforda z 1911 r., w której zaproponował nowy model atomu jako centralnego jądra skupiającego 99,9 % masy. "Oznaczało to, że atom w ponad 99,9999999999 procentach swojej objętości jest pustą przestrzenią, w której krążą znikomo lekkie elektrony przyciągane przez centralne jądro, podobnie jak planety wokół Słońca". 

       Na koniec z dziedziny historii sztuki o rewolucyjnym malarstwie Jacqesa-Louisa Davida w artykule Piotra Kobiewskiego "Artysta, który zmienił sztukę".  Autor przypomina jak doszło do powstania najsłynniejszych dzieł malarza: "Przysięgi Horacjuszów" i "Śmierci Marata". To drugie z wymienionych znajduje się w każdym podręczniku do historii sztuki ze względu na nowatorskie potraktowanie tematu śmierci. Malarz "stworzył obraz umierania tu i teraz, bez odwołań do religijnej symboliki. To pierwsze nowoczesne przedstawienie śmierci, w której transcendentny wymiar został całkowicie pominięty. A jednocześnie oddał godność zmarłego". David, który od samego początku był aktywnym zwolennikiem rewolucji w 1789 roku, został razem z Robespierrem uwięziony, a potem pozostawał w areszcie domowym W przeciwieństwie do rewolucyjnego przywódcy, udało mu się uniknąć szafotu i został ułaskawiony. Po przewrocie w 1799 roku, gdy Napoleon Bonaparte został pierwszym konsulem, David został zwolennikiem bonapartyzmu, brał udział w koronacji Bonapartego w Notre Dame w 1804 roku. Po uchwaleniu w 1817 roku ustawy o wydaleniu z kraju deputowanych, którzy głosowali za egzekucją Ludwika XVI David wyjechał do Brukseli i mimo proponowanej mu przez rząd francuski amnestii, do końca żył na wygnaniu. 

wszechznawstwo

       W rocznym kalendarzu z dużym prawdopodobieństwem można wytypować stale powtarzające się tematy wrzucane na portalach, blogach czy w innych mediach. Gdy jest maj, czas matur, a obecnie też lipcowe ich wyniki, tematem są oczywiście egzaminy. Przestrzeń publiczną zapełniają z jednej strony wynurzenia maturzystów na temat przygotowań, narzekania na trudność zadań, tematów, z drugiej zaś wspomnienia starszych pokoleń z własnej matury, porównywanie zakresu materiału. Towarzyszy temu masowy wysyp komentarzy na temat funkcjonowania szkoły w ogóle. Szczególnie intensywna obecność tematu szkolnego, oświatowego trwa właśnie od maja do początku  lipca, bo to i egzaminy ósmoklasistów odbywają się w tym czasie, a potem ogłoszenie ich wyników podobnie jak matury. I zaczyna się wysyp "eksperckich" diagnoz, opinii, krytyki na temat pracy nauczycieli, szkolnego oceniania, szkolnych uroczystości i całego oświatowego systemu. Nagle okazuje się, że na uczeniu znają się wszyscy. Trochę to dziwi, gdy jednocześnie okazuje się, że w szkolnictwie brakuje nauczycieli i jakoś nie widać masowego pędu do pracy w oświacie.

      Sztandarowym tematem w okresie przez Bożym Narodzeniem jest przygotowywanie prezentów. Przez prawie dwa miesiące media i portale miętoloą problemy zakupowe Polaków, sposoby przygotowywania wigilijnej kolacji, emocjonalne wyczerpanie rodzinnymi spotkaniami przy tej okazji. Nagle, a właściwie nie nagle, bo jest to stały punkt sezonu, okazuje się, że większość nie lubi rodzinnych świątecznych spotkań, że spotkania te odbywają się niejako z obowiązku lub z przyzwyczajenia, że w ogóle cała świąteczna atmosfera jest na pokaz. I znowu masa negatywnych komentarzy, a "eksperci" doradzają, o czym rozmawiać, o czym nie rozmawiać przy stole, jak przetrwać ten "okropny" czas. Widocznym wątkiem są także porady jaka moda obowiązuje w danym roku w ozdabianiu choinki, no bo przecież wiadomo, że choinkę ubiera się po to, żeby potem zdjęcie wrzucić do sieci, pochwalić się, że zna się aktualne trendy, a choinka jak modelka musi wyglądać szałowo. 

      Ciekawym zjawiskiem jest szczególny temat związany z Wielkanocą, gdy nagle okazuje się, że wszyscy są znawcami świątecznych tradycji i kultu. Święcenie pokarmów w Wielką Sobotę staje się tematem zagorzałej dyskusji co trzeba włożyć do koszyczka. Tysiące "znawców" ujawnia swoje preferencje w oderwaniu do religijnej symboliki, jakby to było kupowanie warzyw na straganie. Najciekawsze jest zaś to, że na tematy religijne najwięcej mają do powiedzenia ludzie, którzy z religią mają mało do czynienia, albo zgoła nic. Przy okazji świąt wcześniej wspomnianego Bożego Narodzenia rzecz jasna tematem najgorętszym jest duszpasterska tzw. kolęda, kiedy księża odwiedzają parafian. Internet rozgrzany do czerwoności, w komentarzach burza, wręcz huragan. Dawać czy nie dawać; ile dawać w kopercie? Najpierw jeszcze: przyjmować czy nie przyjmować księdza? I znowu, jak wynika z wielu komentarzy, najwięcej do powiedzenia mają często ci, którzy do kościoła nie chodzą, więc im wsio ryba. No ale przecież są "znawcami", muszą się wypowiedzieć: na temat kolędy, na temat datków na tacę, na temat celibatu, na temat chrztu, na temat komunii, na temat... Na każdy temat, który ich nie dotyczy, ale rozgrzewa do czerwoności.

       Jest jeszcze stały temat letnio-jesienny: prace polowe. W polu pracuje coraz mniej rolników, ale coraz więcej jest "specjalistów" od prac polowych. Znają się na wszystkim. Wiedzą, że wokół chlewni czy fermy drobiu nie powinno śmierdzieć, że gnojówka pachnie różami, że kogutowi nie wolno piać o czwartej rano, że pies nie powinien szczekać w nocy na podwórku, że pszczołom nie wolno żądlić, że zboże dojrzewa tylko do zmierzchu i po zapadnięciu zmroku kombajn nie powinien w pole wyjeżdżać, że maszyny rolnicze umieją fruwać i nie powinny poruszać się po drogach publicznych. Coraz mniej mamy rolników, a coraz więcej specjalistów od rolnictwa, ot, paradoks. Wystarczy przecież kupować w supermarkecie mleko w kartonie, warzywa w folii, mięso w styropianowej tacce i pieczywo z rozmrożonego ciasta, żeby zostać znawcą produkcji żywności. 

        Przy okazji wydarzeń rzadszych niż coroczne też następuje wysyp "specjalistów". Rozgrywki sportowe, igrzyska, mundial czy inne aktywizują rzesze znawców wszelkich dyscyplin sportowych. Okazuje się, że tysiące komentujących zna się na treningach, mentalu sportowców, sposobach wygrywania, a paradoksalnie najmniej się na tym znają sami sportowcy i ich trenerzy. Ba, oni specjalizują się w jakiejś jednej dyscyplinie, a rzesze komentatorów na forach i portalach potrafią doradzać i wykazywać błędy w całej gamie dyscyplin. Słowem, wszechznawcy od wszystkiego. 

       Znam ludzi, którzy mają zdanie na każdy temat. Mało tego, muszą koniecznie to zdanie, swoją opinie wypowiedzieć czy ich kto pyta, czy nie pyta. Mam wrażenie, że większość bywalców Internetu cierpi na to samo wszechznawstwo, ale może w realnym życiu nikt już nie chce ich słuchać, więc tu znajdują pole do zaprezentowania się, do komentowania, do ferowania wyroków, do wyrażania opinii. A ponieważ nie są to spotkania twarzą w twarz, nikt im nie powie, że te ich opinie bywają zwyczajnie bez sensu. Zresztą najczęściej nikt nie oczekuje informacji zwrotnej, jakiejś interakcji. Bo przecież jego opinia jest wiążąca i ostateczna. Bezdyskusyjna. Ot, powiem, co sądzę i znikam, bo lecę dalej. Wszechznawca nie ma czasu zatrzymać się na rozmowę z jakimś ignorantem.

       

        

sieczka

       Jakieś dwie zupełnie mi nieznane influencerki ogłosiły światu, że ich zawód (?) jest porównywalny z zawodem lekarza, bo nawet nie potrafią powiedzieć "ile żyć mogły uratować" swoimi filmikami, rolkami czy jak tam nazwać te ich prezentacje. Ja juz pominę okropieństwo językowe "wiele żyć", od którego bolą zęby. Znam słowo "rzyć" - owszem, wulgarne, ale istniejące w polszczyźnie. A życie każdy ma jedno, można uratować komuś tylko jedno życie, natomiast wiele to można uratować osób lub uratować życie wielu osobom. No ale czego się spodziewać po influencerkach. Na pewno nie znajomości poprawnej polszczyzny.

      Wracając zaś do owej wypowiedzi, w szczegółach chodziło o to, że zdarzało się, że jakiś obserwujący mający gorszy stan emocjonalny, może nawet depresyjny, obejrzał sobie te influencerskie filmiki i to mu poprawiło nastrój, wydobyło go z tego dołka i uratowało mu życie. Jednym słowem: masz depresję, włącz sobie rolkę modowej influencerki a będziesz uratowany! No bo teraz, gdy wszystko musi być ekstremalne, nie mamy chandry, tylko zaraz depresję. A zabawny filmik w sieci to panaceum na wszelkie choroby. Więc gdy influencerki zarabiają  tyle, co lekarze, a nawet więcej (była tam mowa o setkach tysięcy), to jest to porównywalne. 

       Z drugiej strony pewna młoda lekarka również gdzieś w wywiadzie stwierdziła, że 1000 zł za prywatną wizytę u ginekologa to jest w porządku. To nie jest cena półgodzinnej czy godzinnej tylko wizyty, ale cena za kilkanaście lat nauki i specjalizacji, wielu przeprowadzonych zabiegów i doskonalenia się lekarza. Czyli co, każda pacjentka osobno ma mu za te lata nauki zapłacić? I tak przez całe lata mają mu płacić za te studia? 

      Policzyłam moje lata nauki: 8 lat podstawówki + 4 lata liceum + 5 lat studiów + 2 lata studia podyplomowe na innym kierunku + kilkadziesiąt szkoleń, no dobra, w sumie samych wyjazdowych szkoleń mogło się nazbierać na jakieś 2 lata = 21 lat zdobywania wiedzy, doskonalenia się, pogłębiania specjalistycznych umiejętności. Każda jedna minuta mojej uwagi jest cenna.  Muszę odebrać finansowy ekwiwalent za te lata i dobrze się wycenić. 

      Nie, poważnie, przepraszam, trzeba mieć sieczkę zamiast mózgu, żeby takie bzdury wygadywać.

     Albo nie, nie przepraszam. To naprawdę sieczka zamiast mózgu. 

Jedna moja wykładowczyni w trakcie upalnych dni podczas zajęć mówiła, że upał źle wpływa na myślenie, powodując, że powstaje "ser zamiast mózgu" Ale upały już się skończyły, więc pozostaje jednak sieczka. 

ograniczenia

      Psycholodzy naprawdę mają co robić, analizując współczesne zjawiska społeczno-kulturowe. Ja bym nawet powiedziała, że to fenomeny zachowań irracjonalnych. Nie da się nawet pobieżnie przejrzeć portalu informacyjnego czy platformy publicystycznej, aby nie natknąć się na wstawki na temat instagramowych, tiktokowych i youtubowych kont różnej maści osób znanych, mniej znanych i całkiem nieznanych. Są wśród nich ludzie  działający w szeroko pojętej sferze kultury (aktorzy, piosenkarze), są jakieś (piszę z drugiej, trzeciej ręki, bo sama naocznie tego nie śledzę i nie oglądam) sposoby zaistnienia typu szafiarka, chiromanta, kulinaria, podróż dookoła świata, ale są też konta osób, których jedynym celem i zadaniem jest prezentowanie siebie. Wszystko pod hasłem "Patrzcie na mnie". Patrzcie jaką ma figurę i furę. Fenomen popularności kont takich osób (nie wiem, chyba nie podam nazwisk, bo to jeszcze bardziej przyczyni się do ich popularności) jest dla mnie niezrozumiały. Chodzi mi o tysiące, dziesiątki tysięcy nawet, a czytałam, ze najbardziej znani maja po kilka milionów obserwujących ich konta społecznościowe. Tak na przykład modelka (modelka z przypadku moim zdaniem), której jedynym zadaniem jest pokazywanie własnego (powiększonego operacyjnie, co oficjalnie tez ogłosiła) tyłka w kolejnych odsłonach ubrań, a czasami bardziej negliżu niż ubrania. Albo taki osobnik medialny, który publikuje po prostu jak wozi się drogimi samochodami i co rusz je rozbija. Albo tacy - nie wiem, czy jest nazwa - nazywają ich youtuberami, ale to przecież nie zawód - jeżdżą sobie po knajpach, hotelach, nagrywają jak jedzą i wrzucają z tego filmiki. Słowem: "patrzcie, jak wyglądam", "patrzcie, jak rozbijam kolejny drogi samochód", "patrzcie, jak jem". 

       Zupełnym fenomenem są zaś konta dzieci, które są popularne dlatego, że mają znanych rodziców. Takie dziecko zakłada swoje konto i nagle znajduje tysiące obserwatorów, którzy śledzą jego poczynania. Ta młoda osoba, naśladując aktywność medialną rodziców, zaczyna sama prezentować swoje życie, a to nagle odkrywa w sobie talent kulinarny, a to zamieszcza projekty modowe, a to zdjęcia z podróży, a to zaczyna tańczyć albo śpiewać. Staje się wirtualnym omnibusem, artystą obserwowanym przez tysiące rzekomych fanów. I żeby to byli obserwatorzy w ich wieku. Nie, często są to dorośli, którzy przy okazji wypowiadają się na temat wychowania tego dziecka, jego sposobu ubierania się, wypowiadania się itp. 

        Chcę tu być dobrze zrozumienia,, bo jak znam życie, to zaraz odezwie jakiś samozwańczy psycholog i powie: Zazdrości, więc krytykuje". Nie, nie zazdroszczę. Nie mam nic przeciwko temu, że ktoś sobie dokumentuje swoje życie. Intrygują mnie inne pytania. Po pierwsze: dlaczego ludzie to oglądają. Och, wiem, jest mnóstwo psychologicznych analiz, które doszukują się świadomych i podświadomych uzasadnień. Nie interesują mnie one aż tak bardzo. Podejrzewam, że wiele z nich to bajki wyssane z palca rozgłaszane też tylko po to, żeby zagmatwać sprawę. Oczekiwałabym racjonalnego logicznego uzasadnienia. 

        Tym bardziej, że często, a nawet powszechnie formułowane są słowa krytyki pod adresem tych oglądanych osób, zwłaszcza w kwestiach finansowych, albo że powinni się do jakiejś normalnej pracy wziąć. Chodzi mi o taką dziwną sprzeczność, że ktoś śledzi życie jakiegoś celebryty, a jednocześnie narzeka na to, że zarabiając na swojej popularności szastają pieniędzmi, na które zwyczajny człowiek nie może sobie pozwolić. A przecież to właśnie liczba subskrybentów, liczba zaglądających na ich konta, liczba tych obserwujących napędza im kasę. Oni  z tego żyją, że tyle osób ich ogląda. Zarabiają na tym miliony. 

       Dla mnie logiczne byłoby, że jeśli nie akceptuję tego, jak i z czego żyje taki youuber czy tiktoker, nie interesują mnie jego czy jej pokazy, kręcenie tyłkiem, rozbijanie samochodów, wędrowanie po knajpach, to nie oglądam i nie przysparzam mu swoim czasem (który jest dla mnie bardziej cenny) zainteresowania i kasy. 

      Druga kwestia, która wydaje mi się interesująca, to pytanie, dlaczego ci ludzie, ci na tych kontach społecznościowych, uważają, że ich życie jest tak ciekawe, że na pewno zainteresuje tysiące obserwujących. Co sprawia, że taka osoba uzna, że to, jak je śniadanie w hotelu, jak jedzie przez miasto, jak dobiera kolor sukienki do koloru ścian w kuchni, jak baluje na imprezie, jak parkuje w miejscu niedozwolonym, jak robi zakupy, jak leci samolotem, jak przylepia karteczki z sentencjami na lodówce... co sprawia, że im się wydaje, że to jest tak ciekawe, że warte upublicznienia. Oczywiście, gdy nagle okazuje się, że coraz więcej osób to ogląda, to nie ma znaczenia, czy to jest ciekawe, tylko ile na tym da się zarobić. Jest popyt - jest podaż

      Niemniej zjawisko przekracza zdolności mojego rozumienia. Bo skąd ten popyt? Wiem, rzecz jasna, jakie są i mogą być emocjonalne, psychologiczne motywacje, ale nadal nie rozumiem, ponieważ to takie absurdalne. Zupełnie nielogiczne. Często można natrafić na różne przykłady i analizy, jaki to świat jest absurdalny.  Ale świat nie jest absurdalny sam z siebie. Absurdalny jest człowiek i jego zachowanie. Co jest sensownego w tym, że ktoś obserwuje celebrytę, a potem ma do niego pretensje, że na tym zarabia. To czemu go obserwuje i pozwala mu na tym zarabiać??? Przyznaję się do swoich ograniczeń. Przyznaję, że nie rozumiem. 

        Mając świadomość swojego cennego czasu, nie marnuję go na obserwowanie bzdurnych autoprezentacji. Mając też negatywne zdanie np. o nadmiernie rozbuchanych i wywindowanych zarobkach sportowców, zwłaszcza w piłce nożnej, dziennikarzy prowadzących swoje programy autorskie oraz niektórych artystów, którzy dla mnie aż tacy dobrzy nie są - nie oglądam ich, nie kupuję biletów na koncerty, na mecze, nie oglądam ich programów.  

       Być może wydaje się to zbyt abstrakcyjne, ale jak wspomniałam na początku, świadomie nie podaję tutaj nazwisk przykładowych osób ze świata internetowych kont, żeby właśnie nie napędzać im obserwatorów i popularności, bo byłby to z mojej strony brak konsekwencji. Jestem w stanie zrezygnować z korzystania pewnych usług, programów czy rozrywek, jeśli ich autorzy nie prezentują wartości, które cenię. Na przykład konsekwentnie nie korzystam z pewnej sieci kawiarni, bo swego czasu jej właściciele wykazali się nieakceptowalną dla mnie postawą. Postanowiłam więc, że nie będę przysparzać im dochodów. Oczywiście w skali globalnej to nie ma dla nich znaczenia, nie przyczynię się do ich upadku i plajty, ale ja jestem w zgodzie ze swoim sumieniem.  

zmienność

      Zawsze podziwiałam ludzi, którzy żyli długo i byli świadkami przemian na przestrzeni dziesięcioleci, a czasem nawet stulecia. Jak bardzo zmienił się świat od czasów ich dzieciństwa, młodości. Co czują patrząc na współczesność i porównując ją ze swoimi wspomnieniami?  

     W dawniejszych epokach zmiany cywilizacyjne nie zachodziły tak szybko i w zasadzie warunki i tryb życia nawet po dziesięcioleciach były podobne. Czy ktoś urodził się na początku XVI wieku, czy w jego połowie, czy pod koniec, w domach nadal nie było elektryczności, telefonów, telewizji, radia. Dopiero wiek XIX tak naprawdę przyspieszył i wynalazki typu kolej parowa, fotografia, pierwsze filmy, pierwsze telefony diametralnie zmieniły rzeczywistość, w której dorastali długowieczni ludzie, którzy rodzili się, gdy tych wynalazków nie było, a umierali, gdy stawały się powszechne. Mickiewicz jechał do Paryża dyliżansem, a już Sienkiewicz podróżował po Europie i Stanach Zjednoczonych koleją. Gwałtowny skok nastąpił w II połowie XIX wieku i na początku wieku XX. Nowożytna epoka pisma drukowanego  od wynalezienia druku przez Guteneberga w XV wieku rozwijała się przez 500 lat, natomiast w 1983 roku powstał Internet jako miejsce, które stopniowo stało się największą platformą publikacji cyfrowych. Era druku została wyparta przez teksty umieszczane w wirtualnej sieci. 

       Nie trzeba być stuletnim świadkiem epoki, aby móc powiedzieć: pamiętam czasy sprzed Internetu. Wystarczyło kilkadziesiąt lat, aby z mieszkania bez telefonu i bez telewizora znaleźć się w otoczeniu telefonów kieszonkowych, laptopów, tabletów, Internetu bezprzewodowego, samojezdnych robotów sprzątających, automatycznych pralek z wieloma programami, wyspecjalizowanymi lodówkami, a wychodząc z domu zakłada się na rękę smartwatch, który łączy nas ze światem i monitoruje nasze funkcje życiowe. 

       Moja babcia i mama prały jeszcze na tarze w balii zanim udało się kupić pierwszą pralkę wirnikową. Jedyny telefon we wsi był u sołtysa, u którego umawiało się wizytę w razie konieczności zadzwonienia dokądś. Mój ojciec urodził się w drewnianej wiejskiej chacie z klepiskiem, a pod koniec życia, w wieku lat osiemdziesięciu nauczył się obsługiwać komputer i telefon komórkowy. Ja sama w pierwszej klasie szkoły podstawowej uczyłam się alfabetu pisząc piórem z wymienną stalówką zanurzanym w kałamarzu umieszczonym w specjalnym otworze szkolnej ławki. Przeszłam później przez pisanie długopisem, piórem kulkowym, na ręcznie przesuwanej maszynie do pisania, elektrycznej maszynie do pisania i wreszcie pisania w komputerowym edytorze tekstu i na laptopie. Mój brat przebył drogę od dziecinnych szachów z drewnianymi pionkami do pisania programów komputerowych do gry w szachy. 

       W dzieciństwie jeździłam do sianokosów. Przy pomocy grabi ręcznie przewracaliśmy siano na prawie hektarowej łące, potem składaliśmy je w kopy. A trzeba było złożyć tak, żeby długie źdźbła gładko zwisające od szczytu kopy chroniły siano w czasie deszczu i pozwalały spływać kroplom na zewnątrz bez wsiąkania do środka. Tę umiejętność zdobywało się przez lata praktyki. W kolejne dni przy dobrej pogodzie siano się zwoziło furmankami, potem traktorem z przyczepą i składało do stodoły widłami. Po całym dniu człowiek był umordowany i umorusany, zakurzony od stóp po czubek głowy i włosy. 

      Co robi dzisiejszy rolnik? Obrazek sprzed tygodnia: łąki po horyzont. Nie ma wytyczonych granic między działkami poszczególnych właścicieli, a jedne właśnie się wybrał kosić. Oczywiście pełna mechanizacja, ale gdzie jest miedza, trzeba wiedzieć. Nie widać jej. Co więc robi? Wyciąga z kieszeni telefon i łapie granicę działki przez satelitę. Jedzie kosiarka równo wzdłuż miedzy. A zbelowane siano nakłada się i zwozi już nie ręcznie, lecz przystosowanymi narzędziami ciągnika.  

       Gdy wspominam, jak rowerem jechałam przez wieś do sklepu, bo właśnie przywieźli chleb lub masło, i nie było pewności, że dla mnie wystarczy, mam świadomość ogromu zmian, które nastąpiły od tamtego czasu. Dwa sklepy pod nosem, w odległości kilku kroków, co rano świeża dostawa, zatrzęsienie produktów dawniej niedostępnych, możliwość wyboru produktów do własnych kulinarnych eksperymentów i gotowych, gdy ogarnia lenistwo. 

      Pisząc tutaj mam kontakt z osobami będącymi daleko, w innej części kraju, a czasem nawet gdzieś w świecie. Toczą się ciekawe rozmowy nie tylko z ludźmi zza płotu. To są wszystko fantastyczne zmiany, które całkowicie odmieniły warunki życia. Wiele ułatwiły, ograniczając codzienny ludzki wysiłek. Jestem pełna podziwu i wdzięczności za to wszystko, co stało się podczas mojego życia. Za możliwość kupienia biletów on-line na wydarzenia kulturalne, do teatru lub na autobus czy pociąg. Za transmisje na żywo w Internecie, za streamingi koncertów, na które nigdy bym nie pojechała. Za dostęp do cyfrowych zasobów bibliotek. Za pralkę, która pierze, gdy śpię lub czytam książkę. Za pizzę na telefon, którą ostatnio jadłam u koleżanki.

      Doceniam i podziwiam ludzką inwencję i wynalazczość za wszystkie te zmiany, których nie doceniają ci, którzy urodzili się zbyt późno. Życie bywa piękne, gdy żyje się odpowiednio długo, aby to zobaczyć. 

       

??!

 Kto to powiedział i kiedy? Wydawałoby się, że takie słowa mogły paść gdzieś w latach 30-tych XX wieku oraz w czasie II wojny światowej. Nic...