prasówka

     Przed laty, programów radiowych, czekałam na poranną prasówkę, w której krótko streszczano i prezentowano ciekawe artykuły z prasy codziennej, a w piątki i soboty dodatkowo także z tygodników. Niektórzy dziennikarze robili to naprawdę dobrze i zanim poszłam do pracy - w robocze dni tygodnia - wiedziałam już mniej więcej, jakie tematy są na topie, co ciekawego napisano lub zgoła co mogło mi umknąć, gdybym sama zechciała zagłębiać się w dzienniki. Dzisiaj, niestety, nikt już prasówek nie robi. Niewiele osób czyta w ogóle gazety. Pod koniec tygodnia pojechałam do miasta i zajrzałam do ostatniego w Polsce kiosku. Kupiłam kilka gazet, tygodników, nawet miesięczniki. Weekend poświęciłam na czytanie prasy i postanowiłam zrobić sobie prasówkę. Trochę okrojoną, pominę tytuły gazet. 

      Jeśli chodzi o temat dominujący, to jest nim rocznica Krwawej Niedzieli (11 lipca), czyli największej eskalacji akcji wymierzonej przeciwko Polakom podczas rzezi wołyńskiej w 1943 roku oraz obecne stosunki polsko-ukraińskie, a właściwie ich pogorszenie. Jędrzej Soliński w artykule "O pamięć prawdziwą" przywołuje wspomnienia swoich bliskich, którzy byli świadkami wydarzeń wołyńskich w 1943 roku i ocaleli. Wuj autora tylko raz w życiu opowiedział całe zdarzenie ze wszystkimi okrutnymi szczegółami. Zakończył swoje wspomnienia tak: "Interesuje mnie tylko to, kto zamordował moją mamę, siostrę i babcię. Chcę znać imię i nazwisko. Nie potrzebuję pomników i dni pamięci. Tylko imiona i nazwiska morderców, i żeby mama, siostra i babcia miały katolicki pogrzeb. Nic więcej". Dopełnieniem tematu są rozważania Marka Kozubala, który w artykule "Więcej o Kozakach niż o Wołyniu" zauważa, że temat rzezi wołyńskiej w szkolnych podręcznikach pojawił się dopiero w 2017 roku. Tutaj dodam, że jestem zaskoczona, nie sądziłam, że wcześniej nic  o tym w podręcznikach nie było. Analizując treść podręcznikowych zapisów, Kozubal podkreśla, że informacje podręcznikowe są rzeczowe, choć pozbawione specjalnego epatowania opisami szczegółów, ale zawierają ilustracje. Wydarzenie definiowane jest jako "czystka etniczna mająca na celu oczyszczenie terenu zachodniej Ukrainy z Polaków". Ponadto autorzy podręcznika starają się podawać fakty, nie demonizując całego narodu ukraińskiej, zdecydowanie odróżniając od nich formacje OUN -UPA. Kozubal kończy artykuł sugestią, aby jednak zakres wiedzy o rzezi wołyńskiej uzupełnić o akta IPN, gdyż obecnie "polscy uczniowie dowiadują się więcej o powstaniach kozackich w XVII wieku niż o wydarzeniach sprzed zaledwie osiemdziesięciu lat, które wciąż ciążą na naszych relacjach z Ukrainą. " I trudno w tym autorowi nie przyznać racji. 

        W nawiązaniu do kwestii wołyńskiej i aferą z Orderem Orła Białego Piotr Zaremba w artykule "I po co Zełenskiemu było to wszystko?" zastanawia się nad motywacjami prezydenta Ukrainy czy może nawet szerzej, ukraińskiego rządu. Wypłynięcie niemal na ostrzu noża sprawy wołyńskiej wywołało "zwarty front ataku na Polskę i Polaków". Chodzi o opinie i komentarze, które pojawiały się po stronie ukraińskiej w Internecie. Uparte lansowanie bohaterów UPA przyniosło jednak odwrotny skutek w kontekście starań Ukrainy o przyjęcie do Unii Europejskiej, ponieważ Parlament Europejski zajął się tematem rzezi wołyńskiej, a problem współpracy przywódców OUN-UPA z II Rzeszą ma być wpisany do raportu określającego warunki przyjęcia Ukrainy do Unii. Na pytanie postawione w tytule artykułu autor odpowiada przywołaniem krążących na ten temat teorii, w tym taką, że w zasadzie chodzi o politykę wewnętrzną. Zełenski skupiając uwagę społeczeństwa na konflikcie z innym narodem, odwraca uwagę od problemów z korupcją i być może planami na jesienne wybory prezydenckie w Ukrainie. 

        Sprawy ukraińskie toczą się także w Europie i to dosyć dramatycznie. 29 czerwca w Monako doszło do zamachu na ukraińskiego oligarchę Wadyma Jermołajewa, który w ciężkim stanie trafił do szpitala. Jego partnerce musiano amputować obie nogi. Obrażenia odniósł też syn biznesmena. O powiązaniach podejrzanej o dokonanie zamachu Anastasii Berezowskiej z ukraińskimi służbami wywiadowczymi pisze Rusłan Szoszyn w artykule "Zamach w Monako z ukraińskimi służbami w tle". Berezowska 1 lipca wróciła do Ukrainy i tutaj została zamordowana zanim złożyła zeznania. Jej ciało znaleziono zakopane. Ustalono, ze przed śmiercią spotkała się z dwoma mężczyznami. Jeden z nich był funkcjonariuszem organów ścigania a drugi czynnym funkcjonariuszem ukraińskiego wywiadu wojskowego. Ten drugi przyznał się, ze wraz ze swoimi wspólnikami dokonali zabójstwa Berezowskiej, która została zastrzelona. Prowadzone jest śledztwo mające wykazać, czy zabójcy Berezowskiej działali na czyjeś zlecenie. Tak czy inaczej, zamach na Wadyma Jermołajewa, który był zresztą na liście podejrzanych za odprowadzanie podatków do Rosji, stoją służby specjalne Ukrainy. 

      Polskie zaś służby kryminalne stoją przed planami podwyższenia przez Ministerstwo Sprawiedliwości wysokości grzywien. Wzrost ma być dziesięciokrotny, czyli z obecnej najniższej stawki dziennej 10 zł na 100 zł, a ze stawki 2 tysięcy zł na 20 tysięcy zł. Piotr Szymaniak w artykule  "Wyższe stawki grzywny mogą oznaczać więcej więźniów" oblicza, że jeżeli przestępstwo w kodeksie karnym zagrożone jest grzywną i karą pozbawienia wolności do jednego roku, to grzywna nie będzie mogła być niższa niż 5 tysięcy zł. Gdy przestępstwo jest zagrożone karą pozbawienia wolności do dwóch lat, minimalna grzywna wyniesie 10 tysięcy złotych. Piotr Szymaniak i Marek Kobylański w obszernej analizie pt. "Prawnicy krytykują drakońskie podwyżki grzywien" podkreślają, że "państwo chce podnieść wysokość grzywien, ale nie poprawia ich egzekucji. Problemem nie jest wysokość grzywien, lecz ich ściągalność".

       Na pograniczu problemów ekonomicznych i zdrowotnych sytuuje się artykuł dr Ewy Waś "Co wiemy o chińskim wosku?", z którego wynika, że obecne na polskim rynku importowane z Chin produkty opisywane jako czysty wosk są tak naprawdę wyrobami zafałszowanymi, wykonanymi z parafiny. Badania w puławskim laboratorium HoneyLab Teper & Waś wykazały, że udział parafiny w badanych próbkach wynosił od 80 do 90 %. Część badanych próbek została wysłana do Niemiec do specjalistycznego laboratorium mającego akredytację na analizy jakości wosku i węzy. Tamtejsze badania również wykazały wysoki stopień zafałszowania produktów. 

       Tomasz Nowak w artykule "Architekci mikroświata" przypomina między innymi zasługi Marii Skłodowskiej-Curie dla rozwoju fizyki jądrowej: "To ona sformułowała paradygmat, że fizyka jądrowa wymaga ścisłego sojuszu z chemią  (radiochemia). Jej laboratoria wyszkoliły całe pokolenia naukowców, którzy kontynuowali rozbijanie i badanie jądra atomowego". Przypominając genezę badani atomu, autor artykułu przywołuje przełomową pracę Rutherforda z 1911 r., w której zaproponował nowy model atomu jako centralnego jądra skupiającego 99,9 % masy. "Oznaczało to, że atom w ponad 99,9999999999 procentach swojej objętości jest pustą przestrzenią, w której krążą znikomo lekkie elektrony przyciągane przez centralne jądro, podobnie jak planety wokół Słońca". 

       Na koniec z dziedziny historii sztuki o rewolucyjnym malarstwie Jacqesa-Louisa Davida w artykule Piotra Kobiewskiego "Artysta, który zmienił sztukę".  Autor przypomina jak doszło do powstania najsłynniejszych dzieł malarza: "Przysięgi Horacjuszów" i "Śmierci Marata". To drugie z wymienionych znajduje się w każdym podręczniku do historii sztuki ze względu na nowatorskie potraktowanie tematu śmierci. Malarz "stworzył obraz umierania tu i teraz, bez odwołań do religijnej symboliki. To pierwsze nowoczesne przedstawienie śmierci, w której transcendentny wymiar został całkowicie pominięty. A jednocześnie oddał godność zmarłego". David, który od samego początku był aktywnym zwolennikiem rewolucji w 1789 roku, został razem z Robespierrem uwięziony, a potem pozostawał w areszcie domowym W przeciwieństwie do rewolucyjnego przywódcy, udało mu się uniknąć szafotu i został ułaskawiony. Po przewrocie w 1799 roku, gdy Napoleon Bonaparte został pierwszym konsulem, David został zwolennikiem bonapartyzmu, brał udział w koronacji Bonapartego w Notre Dame w 1804 roku. Po uchwaleniu w 1817 roku ustawy o wydaleniu z kraju deputowanych, którzy głosowali za egzekucją Ludwika XVI David wyjechał do Brukseli i mimo proponowanej mu przez rząd francuski amnestii, do końca żył na wygnaniu. 

wszechznawstwo

       W rocznym kalendarzu z dużym prawdopodobieństwem można wytypować stale powtarzające się tematy wrzucane na portalach, blogach czy w innych mediach. Gdy jest maj, czas matur, a obecnie też lipcowe ich wyniki, tematem są oczywiście egzaminy. Przestrzeń publiczną zapełniają z jednej strony wynurzenia maturzystów na temat przygotowań, narzekania na trudność zadań, tematów, z drugiej zaś wspomnienia starszych pokoleń z własnej matury, porównywanie zakresu materiału. Towarzyszy temu masowy wysyp komentarzy na temat funkcjonowania szkoły w ogóle. Szczególnie intensywna obecność tematu szkolnego, oświatowego trwa właśnie od maja do początku  lipca, bo to i egzaminy ósmoklasistów odbywają się w tym czasie, a potem ogłoszenie ich wyników podobnie jak matury. I zaczyna się wysyp "eksperckich" diagnoz, opinii, krytyki na temat pracy nauczycieli, szkolnego oceniania, szkolnych uroczystości i całego oświatowego systemu. Nagle okazuje się, że na uczeniu znają się wszyscy. Trochę to dziwi, gdy jednocześnie okazuje się, że w szkolnictwie brakuje nauczycieli i jakoś nie widać masowego pędu do pracy w oświacie.

      Sztandarowym tematem w okresie przez Bożym Narodzeniem jest przygotowywanie prezentów. Przez prawie dwa miesiące media i portale miętoloą problemy zakupowe Polaków, sposoby przygotowywania wigilijnej kolacji, emocjonalne wyczerpanie rodzinnymi spotkaniami przy tej okazji. Nagle, a właściwie nie nagle, bo jest to stały punkt sezonu, okazuje się, że większość nie lubi rodzinnych świątecznych spotkań, że spotkania te odbywają się niejako z obowiązku lub z przyzwyczajenia, że w ogóle cała świąteczna atmosfera jest na pokaz. I znowu masa negatywnych komentarzy, a "eksperci" doradzają, o czym rozmawiać, o czym nie rozmawiać przy stole, jak przetrwać ten "okropny" czas. Widocznym wątkiem są także porady jaka moda obowiązuje w danym roku w ozdabianiu choinki, no bo przecież wiadomo, że choinkę ubiera się po to, żeby potem zdjęcie wrzucić do sieci, pochwalić się, że zna się aktualne trendy, a choinka jak modelka musi wyglądać szałowo. 

      Ciekawym zjawiskiem jest szczególny temat związany z Wielkanocą, gdy nagle okazuje się, że wszyscy są znawcami świątecznych tradycji i kultu. Święcenie pokarmów w Wielką Sobotę staje się tematem zagorzałej dyskusji co trzeba włożyć do koszyczka. Tysiące "znawców" ujawnia swoje preferencje w oderwaniu do religijnej symboliki, jakby to było kupowanie warzyw na straganie. Najciekawsze jest zaś to, że na tematy religijne najwięcej mają do powiedzenia ludzie, którzy z religią mają mało do czynienia, albo zgoła nic. Przy okazji świąt wcześniej wspomnianego Bożego Narodzenia rzecz jasna tematem najgorętszym jest duszpasterska tzw. kolęda, kiedy księża odwiedzają parafian. Internet rozgrzany do czerwoności, w komentarzach burza, wręcz huragan. Dawać czy nie dawać; ile dawać w kopercie? Najpierw jeszcze: przyjmować czy nie przyjmować księdza? I znowu, jak wynika z wielu komentarzy, najwięcej do powiedzenia mają często ci, którzy do kościoła nie chodzą, więc im wsio ryba. No ale przecież są "znawcami", muszą się wypowiedzieć: na temat kolędy, na temat datków na tacę, na temat celibatu, na temat chrztu, na temat komunii, na temat... Na każdy temat, który ich nie dotyczy, ale rozgrzewa do czerwoności.

       Jest jeszcze stały temat letnio-jesienny: prace polowe. W polu pracuje coraz mniej rolników, ale coraz więcej jest "specjalistów" od prac polowych. Znają się na wszystkim. Wiedzą, że wokół chlewni czy fermy drobiu nie powinno śmierdzieć, że gnojówka pachnie różami, że kogutowi nie wolno piać o czwartej rano, że pies nie powinien szczekać w nocy na podwórku, że pszczołom nie wolno żądlić, że zboże dojrzewa tylko do zmierzchu i po zapadnięciu zmroku kombajn nie powinien w pole wyjeżdżać, że maszyny rolnicze umieją fruwać i nie powinny poruszać się po drogach publicznych. Coraz mniej mamy rolników, a coraz więcej specjalistów od rolnictwa, ot, paradoks. Wystarczy przecież kupować w supermarkecie mleko w kartonie, warzywa w folii, mięso w styropianowej tacce i pieczywo z rozmrożonego ciasta, żeby zostać znawcą produkcji żywności. 

        Przy okazji wydarzeń rzadszych niż coroczne też następuje wysyp "specjalistów". Rozgrywki sportowe, igrzyska, mundial czy inne aktywizują rzesze znawców wszelkich dyscyplin sportowych. Okazuje się, że tysiące komentujących zna się na treningach, mentalu sportowców, sposobach wygrywania, a paradoksalnie najmniej się na tym znają sami sportowcy i ich trenerzy. Ba, oni specjalizują się w jakiejś jednej dyscyplinie, a rzesze komentatorów na forach i portalach potrafią doradzać i wykazywać błędy w całej gamie dyscyplin. Słowem, wszechznawcy od wszystkiego. 

       Znam ludzi, którzy mają zdanie na każdy temat. Mało tego, muszą koniecznie to zdanie, swoją opinie wypowiedzieć czy ich kto pyta, czy nie pyta. Mam wrażenie, że większość bywalców Internetu cierpi na to samo wszechznawstwo, ale może w realnym życiu nikt już nie chce ich słuchać, więc tu znajdują pole do zaprezentowania się, do komentowania, do ferowania wyroków, do wyrażania opinii. A ponieważ nie są to spotkania twarzą w twarz, nikt im nie powie, że te ich opinie bywają zwyczajnie bez sensu. Zresztą najczęściej nikt nie oczekuje informacji zwrotnej, jakiejś interakcji. Bo przecież jego opinia jest wiążąca i ostateczna. Bezdyskusyjna. Ot, powiem, co sądzę i znikam, bo lecę dalej. Wszechznawca nie ma czasu zatrzymać się na rozmowę z jakimś ignorantem.

       

        

sieczka

       Jakieś dwie zupełnie mi nieznane influencerki ogłosiły światu, że ich zawód (?) jest porównywalny z zawodem lekarza, bo nawet nie potrafią powiedzieć "ile żyć mogły uratować" swoimi filmikami, rolkami czy jak tam nazwać te ich prezentacje. Ja juz pominę okropieństwo językowe "wiele żyć", od którego bolą zęby. Znam słowo "rzyć" - owszem, wulgarne, ale istniejące w polszczyźnie. A życie każdy ma jedno, można uratować komuś tylko jedno życie, natomiast wiele to można uratować osób lub uratować życie wielu osobom. No ale czego się spodziewać po influencerkach. Na pewno nie znajomości poprawnej polszczyzny.

      Wracając zaś do owej wypowiedzi, w szczegółach chodziło o to, że zdarzało się, że jakiś obserwujący mający gorszy stan emocjonalny, może nawet depresyjny, obejrzał sobie te influencerskie filmiki i to mu poprawiło nastrój, wydobyło go z tego dołka i uratowało mu życie. Jednym słowem: masz depresję, włącz sobie rolkę modowej influencerki a będziesz uratowany! No bo teraz, gdy wszystko musi być ekstremalne, nie mamy chandry, tylko zaraz depresję. A zabawny filmik w sieci to panaceum na wszelkie choroby. Więc gdy influencerki zarabiają  tyle, co lekarze, a nawet więcej (była tam mowa o setkach tysięcy), to jest to porównywalne. 

       Z drugiej strony pewna młoda lekarka również gdzieś w wywiadzie stwierdziła, że 1000 zł za prywatną wizytę u ginekologa to jest w porządku. To nie jest cena półgodzinnej czy godzinnej tylko wizyty, ale cena za kilkanaście lat nauki i specjalizacji, wielu przeprowadzonych zabiegów i doskonalenia się lekarza. Czyli co, każda pacjentka osobno ma mu za te lata nauki zapłacić? I tak przez całe lata mają mu płacić za te studia? 

      Policzyłam moje lata nauki: 8 lat podstawówki + 4 lata liceum + 5 lat studiów + 2 lata studia podyplomowe na innym kierunku + kilkadziesiąt szkoleń, no dobra, w sumie samych wyjazdowych szkoleń mogło się nazbierać na jakieś 2 lata = 21 lat zdobywania wiedzy, doskonalenia się, pogłębiania specjalistycznych umiejętności. Każda jedna minuta mojej uwagi jest cenna.  Muszę odebrać finansowy ekwiwalent za te lata i dobrze się wycenić. 

      Nie, poważnie, przepraszam, trzeba mieć sieczkę zamiast mózgu, żeby takie bzdury wygadywać.

     Albo nie, nie przepraszam. To naprawdę sieczka zamiast mózgu. 

Jedna moja wykładowczyni w trakcie upalnych dni podczas zajęć mówiła, że upał źle wpływa na myślenie, powodując, że powstaje "ser zamiast mózgu" Ale upały już się skończyły, więc pozostaje jednak sieczka. 

ograniczenia

      Psycholodzy naprawdę mają co robić, analizując współczesne zjawiska społeczno-kulturowe. Ja bym nawet powiedziała, że to fenomeny zachowań irracjonalnych. Nie da się nawet pobieżnie przejrzeć portalu informacyjnego czy platformy publicystycznej, aby nie natknąć się na wstawki na temat instagramowych, tiktokowych i youtubowych kont różnej maści osób znanych, mniej znanych i całkiem nieznanych. Są wśród nich ludzie  działający w szeroko pojętej sferze kultury (aktorzy, piosenkarze), są jakieś (piszę z drugiej, trzeciej ręki, bo sama naocznie tego nie śledzę i nie oglądam) sposoby zaistnienia typu szafiarka, chiromanta, kulinaria, podróż dookoła świata, ale są też konta osób, których jedynym celem i zadaniem jest prezentowanie siebie. Wszystko pod hasłem "Patrzcie na mnie". Patrzcie jaką ma figurę i furę. Fenomen popularności kont takich osób (nie wiem, chyba nie podam nazwisk, bo to jeszcze bardziej przyczyni się do ich popularności) jest dla mnie niezrozumiały. Chodzi mi o tysiące, dziesiątki tysięcy nawet, a czytałam, ze najbardziej znani maja po kilka milionów obserwujących ich konta społecznościowe. Tak na przykład modelka (modelka z przypadku moim zdaniem), której jedynym zadaniem jest pokazywanie własnego (powiększonego operacyjnie, co oficjalnie tez ogłosiła) tyłka w kolejnych odsłonach ubrań, a czasami bardziej negliżu niż ubrania. Albo taki osobnik medialny, który publikuje po prostu jak wozi się drogimi samochodami i co rusz je rozbija. Albo tacy - nie wiem, czy jest nazwa - nazywają ich youtuberami, ale to przecież nie zawód - jeżdżą sobie po knajpach, hotelach, nagrywają jak jedzą i wrzucają z tego filmiki. Słowem: "patrzcie, jak wyglądam", "patrzcie, jak rozbijam kolejny drogi samochód", "patrzcie, jak jem". 

       Zupełnym fenomenem są zaś konta dzieci, które są popularne dlatego, że mają znanych rodziców. Takie dziecko zakłada swoje konto i nagle znajduje tysiące obserwatorów, którzy śledzą jego poczynania. Ta młoda osoba, naśladując aktywność medialną rodziców, zaczyna sama prezentować swoje życie, a to nagle odkrywa w sobie talent kulinarny, a to zamieszcza projekty modowe, a to zdjęcia z podróży, a to zaczyna tańczyć albo śpiewać. Staje się wirtualnym omnibusem, artystą obserwowanym przez tysiące rzekomych fanów. I żeby to byli obserwatorzy w ich wieku. Nie, często są to dorośli, którzy przy okazji wypowiadają się na temat wychowania tego dziecka, jego sposobu ubierania się, wypowiadania się itp. 

        Chcę tu być dobrze zrozumienia,, bo jak znam życie, to zaraz odezwie jakiś samozwańczy psycholog i powie: Zazdrości, więc krytykuje". Nie, nie zazdroszczę. Nie mam nic przeciwko temu, że ktoś sobie dokumentuje swoje życie. Intrygują mnie inne pytania. Po pierwsze: dlaczego ludzie to oglądają. Och, wiem, jest mnóstwo psychologicznych analiz, które doszukują się świadomych i podświadomych uzasadnień. Nie interesują mnie one aż tak bardzo. Podejrzewam, że wiele z nich to bajki wyssane z palca rozgłaszane też tylko po to, żeby zagmatwać sprawę. Oczekiwałabym racjonalnego logicznego uzasadnienia. 

        Tym bardziej, że często, a nawet powszechnie formułowane są słowa krytyki pod adresem tych oglądanych osób, zwłaszcza w kwestiach finansowych, albo że powinni się do jakiejś normalnej pracy wziąć. Chodzi mi o taką dziwną sprzeczność, że ktoś śledzi życie jakiegoś celebryty, a jednocześnie narzeka na to, że zarabiając na swojej popularności szastają pieniędzmi, na które zwyczajny człowiek nie może sobie pozwolić. A przecież to właśnie liczba subskrybentów, liczba zaglądających na ich konta, liczba tych obserwujących napędza im kasę. Oni  z tego żyją, że tyle osób ich ogląda. Zarabiają na tym miliony. 

       Dla mnie logiczne byłoby, że jeśli nie akceptuję tego, jak i z czego żyje taki youuber czy tiktoker, nie interesują mnie jego czy jej pokazy, kręcenie tyłkiem, rozbijanie samochodów, wędrowanie po knajpach, to nie oglądam i nie przysparzam mu swoim czasem (który jest dla mnie bardziej cenny) zainteresowania i kasy. 

      Druga kwestia, która wydaje mi się interesująca, to pytanie, dlaczego ci ludzie, ci na tych kontach społecznościowych, uważają, że ich życie jest tak ciekawe, że na pewno zainteresuje tysiące obserwujących. Co sprawia, że taka osoba uzna, że to, jak je śniadanie w hotelu, jak jedzie przez miasto, jak dobiera kolor sukienki do koloru ścian w kuchni, jak baluje na imprezie, jak parkuje w miejscu niedozwolonym, jak robi zakupy, jak leci samolotem, jak przylepia karteczki z sentencjami na lodówce... co sprawia, że im się wydaje, że to jest tak ciekawe, że warte upublicznienia. Oczywiście, gdy nagle okazuje się, że coraz więcej osób to ogląda, to nie ma znaczenia, czy to jest ciekawe, tylko ile na tym da się zarobić. Jest popyt - jest podaż

      Niemniej zjawisko przekracza zdolności mojego rozumienia. Bo skąd ten popyt? Wiem, rzecz jasna, jakie są i mogą być emocjonalne, psychologiczne motywacje, ale nadal nie rozumiem, ponieważ to takie absurdalne. Zupełnie nielogiczne. Często można natrafić na różne przykłady i analizy, jaki to świat jest absurdalny.  Ale świat nie jest absurdalny sam z siebie. Absurdalny jest człowiek i jego zachowanie. Co jest sensownego w tym, że ktoś obserwuje celebrytę, a potem ma do niego pretensje, że na tym zarabia. To czemu go obserwuje i pozwala mu na tym zarabiać??? Przyznaję się do swoich ograniczeń. Przyznaję, że nie rozumiem. 

        Mając świadomość swojego cennego czasu, nie marnuję go na obserwowanie bzdurnych autoprezentacji. Mając też negatywne zdanie np. o nadmiernie rozbuchanych i wywindowanych zarobkach sportowców, zwłaszcza w piłce nożnej, dziennikarzy prowadzących swoje programy autorskie oraz niektórych artystów, którzy dla mnie aż tacy dobrzy nie są - nie oglądam ich, nie kupuję biletów na koncerty, na mecze, nie oglądam ich programów.  

       Być może wydaje się to zbyt abstrakcyjne, ale jak wspomniałam na początku, świadomie nie podaję tutaj nazwisk przykładowych osób ze świata internetowych kont, żeby właśnie nie napędzać im obserwatorów i popularności, bo byłby to z mojej strony brak konsekwencji. Jestem w stanie zrezygnować z korzystania pewnych usług, programów czy rozrywek, jeśli ich autorzy nie prezentują wartości, które cenię. Na przykład konsekwentnie nie korzystam z pewnej sieci kawiarni, bo swego czasu jej właściciele wykazali się nieakceptowalną dla mnie postawą. Postanowiłam więc, że nie będę przysparzać im dochodów. Oczywiście w skali globalnej to nie ma dla nich znaczenia, nie przyczynię się do ich upadku i plajty, ale ja jestem w zgodzie ze swoim sumieniem.  

zmienność

      Zawsze podziwiałam ludzi, którzy żyli długo i byli świadkami przemian na przestrzeni dziesięcioleci, a czasem nawet stulecia. Jak bardzo zmienił się świat od czasów ich dzieciństwa, młodości. Co czują patrząc na współczesność i porównując ją ze swoimi wspomnieniami?  

     W dawniejszych epokach zmiany cywilizacyjne nie zachodziły tak szybko i w zasadzie warunki i tryb życia nawet po dziesięcioleciach były podobne. Czy ktoś urodził się na początku XVI wieku, czy w jego połowie, czy pod koniec, w domach nadal nie było elektryczności, telefonów, telewizji, radia. Dopiero wiek XIX tak naprawdę przyspieszył i wynalazki typu kolej parowa, fotografia, pierwsze filmy, pierwsze telefony diametralnie zmieniły rzeczywistość, w której dorastali długowieczni ludzie, którzy rodzili się, gdy tych wynalazków nie było, a umierali, gdy stawały się powszechne. Mickiewicz jechał do Paryża dyliżansem, a już Sienkiewicz podróżował po Europie i Stanach Zjednoczonych koleją. Gwałtowny skok nastąpił w II połowie XIX wieku i na początku wieku XX. Nowożytna epoka pisma drukowanego  od wynalezienia druku przez Guteneberga w XV wieku rozwijała się przez 500 lat, natomiast w 1983 roku powstał Internet jako miejsce, które stopniowo stało się największą platformą publikacji cyfrowych. Era druku została wyparta przez teksty umieszczane w wirtualnej sieci. 

       Nie trzeba być stuletnim świadkiem epoki, aby móc powiedzieć: pamiętam czasy sprzed Internetu. Wystarczyło kilkadziesiąt lat, aby z mieszkania bez telefonu i bez telewizora znaleźć się w otoczeniu telefonów kieszonkowych, laptopów, tabletów, Internetu bezprzewodowego, samojezdnych robotów sprzątających, automatycznych pralek z wieloma programami, wyspecjalizowanymi lodówkami, a wychodząc z domu zakłada się na rękę smartwatch, który łączy nas ze światem i monitoruje nasze funkcje życiowe. 

       Moja babcia i mama prały jeszcze na tarze w balii zanim udało się kupić pierwszą pralkę wirnikową. Jedyny telefon we wsi był u sołtysa, u którego umawiało się wizytę w razie konieczności zadzwonienia dokądś. Mój ojciec urodził się w drewnianej wiejskiej chacie z klepiskiem, a pod koniec życia, w wieku lat osiemdziesięciu nauczył się obsługiwać komputer i telefon komórkowy. Ja sama w pierwszej klasie szkoły podstawowej uczyłam się alfabetu pisząc piórem z wymienną stalówką zanurzanym w kałamarzu umieszczonym w specjalnym otworze szkolnej ławki. Przeszłam później przez pisanie długopisem, piórem kulkowym, na ręcznie przesuwanej maszynie do pisania, elektrycznej maszynie do pisania i wreszcie pisania w komputerowym edytorze tekstu i na laptopie. Mój brat przebył drogę od dziecinnych szachów z drewnianymi pionkami do pisania programów komputerowych do gry w szachy. 

       W dzieciństwie jeździłam do sianokosów. Przy pomocy grabi ręcznie przewracaliśmy siano na prawie hektarowej łące, potem składaliśmy je w kopy. A trzeba było złożyć tak, żeby długie źdźbła gładko zwisające od szczytu kopy chroniły siano w czasie deszczu i pozwalały spływać kroplom na zewnątrz bez wsiąkania do środka. Tę umiejętność zdobywało się przez lata praktyki. W kolejne dni przy dobrej pogodzie siano się zwoziło furmankami, potem traktorem z przyczepą i składało do stodoły widłami. Po całym dniu człowiek był umordowany i umorusany, zakurzony od stóp po czubek głowy i włosy. 

      Co robi dzisiejszy rolnik? Obrazek sprzed tygodnia: łąki po horyzont. Nie ma wytyczonych granic między działkami poszczególnych właścicieli, a jedne właśnie się wybrał kosić. Oczywiście pełna mechanizacja, ale gdzie jest miedza, trzeba wiedzieć. Nie widać jej. Co więc robi? Wyciąga z kieszeni telefon i łapie granicę działki przez satelitę. Jedzie kosiarka równo wzdłuż miedzy. A zbelowane siano nakłada się i zwozi już nie ręcznie, lecz przystosowanymi narzędziami ciągnika.  

       Gdy wspominam, jak rowerem jechałam przez wieś do sklepu, bo właśnie przywieźli chleb lub masło, i nie było pewności, że dla mnie wystarczy, mam świadomość ogromu zmian, które nastąpiły od tamtego czasu. Dwa sklepy pod nosem, w odległości kilku kroków, co rano świeża dostawa, zatrzęsienie produktów dawniej niedostępnych, możliwość wyboru produktów do własnych kulinarnych eksperymentów i gotowych, gdy ogarnia lenistwo. 

      Pisząc tutaj mam kontakt z osobami będącymi daleko, w innej części kraju, a czasem nawet gdzieś w świecie. Toczą się ciekawe rozmowy nie tylko z ludźmi zza płotu. To są wszystko fantastyczne zmiany, które całkowicie odmieniły warunki życia. Wiele ułatwiły, ograniczając codzienny ludzki wysiłek. Jestem pełna podziwu i wdzięczności za to wszystko, co stało się podczas mojego życia. Za możliwość kupienia biletów on-line na wydarzenia kulturalne, do teatru lub na autobus czy pociąg. Za transmisje na żywo w Internecie, za streamingi koncertów, na które nigdy bym nie pojechała. Za dostęp do cyfrowych zasobów bibliotek. Za pralkę, która pierze, gdy śpię lub czytam książkę. Za pizzę na telefon, którą ostatnio jadłam u koleżanki.

      Doceniam i podziwiam ludzką inwencję i wynalazczość za wszystkie te zmiany, których nie doceniają ci, którzy urodzili się zbyt późno. Życie bywa piękne, gdy żyje się odpowiednio długo, aby to zobaczyć. 

       

prasówka

     Przed laty, programów radiowych, czekałam na poranną prasówkę, w której krótko streszczano i prezentowano ciekawe artykuły z prasy codz...