z pogranicza województw

        Nadarzyła mi się okazjonalna szybka i krótka wyprawa pograniczem województwa podkarpackiego i lubelskiego. Nie pamiętam, kiedy tam byłam, chyba dawno, lata temu. Czas na odświeżenie wspomnień lub uzupełnienie zapamiętanych obrazów. Największym miastem wycieczki była Stalowa Wola, jak doczytałam, miasto niespełna stuletnie zaledwie. Idea miasta narodziła się w ramach planu powstania Centralnego Okręgu Przemysłowego w 1928 roku, a tak naprawdę istotne inwestycje i pierwsze osiedla robotnicze wzniesiono tuż przed wojną w 1938 roku. W Stalowej Woli powstały zakłady metalurgiczne, energetyczne i zbrojeniowe. Stąd też miałam wyobrażenie szarych betonowych bloków i przemysłowych dzielnic bez uroku. A tu niespodzianka. Byłam co prawda tylko w małej przestrzeni, w centrum, gdzie znajduje się Urząd Miasta, niedaleko szpital, dworzec autobusowy, jakieś nieduże bloki. Całą ta przestrzeń jest przepięknie zielona. Ogromnie dużo drzew, a tuż za Urzędem Miasta Park Miejski z alejkami, placami zabaw dla dzieci. Naprawdę niesamowite jak zadrzewione jest to miasto, przynajmniej w tej części. Szłam uliczką i po obu stronach drzewa, trawniki, ławeczki wypoczynkowe przed blokami w cieniu. Coś niesamowitego. 

       U wejścia do parku budka z lodami z dowcipnym hasłem: "To nie kolejka, to grupa ludzi, którzy podjęli dobrą decyzję". Bardzo zaangażowany pan lodziarz proponował lody w dwóch wielkościach, przy czym ten duży "jest naprawdę spory", ostrzegał. Wzięłam mały i też był ogromny, jak na moje potrzeby i oczekiwania. Park od strony mojego spaceru z boku miał szkołę muzyczną i pomnik organizatora ruchu oporu w czasie II wojny światowej o pseudonimie "Zaremba".  Drzewa gęste, wchodząc z jednej strony, nie widzi się, gdzie park się kończy. Alejka wije się delikatnie i kończy restauracją i widokiem na skrzyżowanie a w niedużej odległości dworzec. Dopiero teraz widzą, jak bardzo można skrócić sobie drogę, wybierając przejście tędy, zamiast głównymi arteriami. 

        Jeden mankament: w pobliżu brak kawiarni. Wokół Urzędu Miasta jest wspomniana szkołą muzyczna, jest fryzjer, jakaś klinika (nie sprawdzałam jaka), pięć minut drogi i duży szpital. Gdzie ci wszyscy urzędnicy wychodzą na lunch i na kawę? Znalazłam Żabkę, no ale to nie kawiarnia. 

        Ze Stalowej Woli busik jechał i jechał ulicą, ciągle domy, sklepy, miejska komunikacja z przystankami i nagle okazało się, że jesteśmy w Nisku. Między miastami nie ma żadnej przerwy, żadnej pustej przestrzeni. Po prostu jeden dom jest ostatnim budynkiem Stalowej Woli, a tuż obok pierwszy budynek Niska, o czym informuje tablica. Czyli niemal aglomeracja. W Nisku dworzec busów i dworzec PKP znajdują się równolegle obok siebie. To bardzo wygodne, gdy trzeba się przesiadać. Przez pewien czas jechaliśmy równolegle z jakimś osobowym pociągiem Intercity. Wzdłuż torów kolejowych z jednej strony hałdy żwirku w różnych kolorach: czerwony, szary, niebieskawy. Budynek dworca kolejowego nie wygląda na użytkowany, raczej rozsypujący się. Może gdzieś z drugiej strony jest nowszy, nie wiem. Nie miałam czasu się rozglądać i szukać. 

      Gdzieś w środku miasta duży szyld na ślepej ścianie budynku: Pierogi z ciasta. Przyznaję, że nie rozumiem. Czy mogą być pierogi bez ciasta? To z czego innego? W każdym razie te były z ciasta i numer telefonu, pod którym można zamawiać. 

        Tuz za Niskiem znajoma nazwa: Racławice. Ale to nie te Racławice, tylko inne. Całkiem inna miejscowość. A jadąc dalej i dalej w stronę Janowa Lubelskiego kolejna znajoma nazwa: Jarocin. Ale to nie ten Jarocin, tylko zupełnie inny. Spokojniejszy. Na razie jestem jeszcze za rogatkami Niska. Tereny wokół przepiękne, dużo zieleni, lasy, zagajniki, zarośla, rzeczki, strumyki. I jest wielka, majestatyczna, leniwie tutaj się rozlewająca, z piaszczystymi łachami po bokach rzeka: San. Szeroki, dostojny, płynący z wielką powagą. A wokół tereny lekko faliste, jakieś pagórki, wzniesienia, dużo łukowatych łagodnych zakrętów, kilka podjazdów pod górkę i potem w dół. Lasy w głębi sosnowe, ale wzdłuż drogi dużo liściastych drzew, urocze białe brzozowe szpalery, zagajniki. W mijanych wioskach bocianie gniazda, w których młodzież ćwiczy rozkładanie skrzydeł. Dorosłe już się nie mieszczą w gnieździe z potomstwem i stacjonują na pobliskich słupach. 

       Przy granicy województwa podkarpackiego Domostawa. To tutaj dwa lata temu, w 2024 roku postawiono pomnik Rzeź Wołyńska autorstwa Andrzeja Pityńskiego, polskiego rzeźbiarza emigracyjnego ze Stanów Zjednoczonych. Pomnik został zaprojektowany i odlany kilka lat wcześniej. Wzbudzał kontrowersje drastycznym wyrazem. W środku sylwetki orła wznoszącego się z płomieni na wysokich widłach widnieje bezwładne ciało dziecka jako symbol tysięcy niewinnych ofiar rzezi. Pomnik wraz z cokołem ma 20 metrów wysokości. U podstawy umieszczona została rodzina z dziećmi. 


Pomnik Rzezi Wołyńskiej w Domostawie, Domena publiczna

         Przewodniczącym Komitetu Honorowego wzniesienia pomnika był ks. Tadeusz Isakowicz - Zaleski, z pochodzenia Ormianin, kapelan środowisk kresowych. Niestety, nie doczekał odsłonięcia pomnika. Zmarł w styczniu 2024 roku. 11 lipca tego roku, a więc kilka dni temu, odsłonięto Ścianę Pamięci z wypisanymi nazwami sześciu tysięcy miejscowości, w których OUN-UPA dokonało mordu na Polakach. I - no właśnie - jadąc w odwrotną stronę, czyli do Niska, widziałam jak w Domostawie wsiadły dwie kobiety z plecakami z patriotycznymi akcentami. Starsza mogła być w wieku ok. 60. lat, młodsza może ze 20. Było dwa dni po uroczystościach, wracały stamtąd. Wysiadły kilka przystanków dalej. 
        Po przekroczeniu granicy województw podkarpackiego i lubelskiego mijamy wieś Pikule, mającą dramatyczna historię wojenną. W 1942 roku Niemcy rozstrzelali tutaj 51. mieszkańców i spalono zabudowania, a była to mała wieś.  Właściwie obecne Pikule znajdują się obok dawnego miejsca położenia, na którym wzniesiono pomnik pamięci pomordowanych. 

        Stąd już ostatnie kilometry prowadzą do Janowa Lubelskiego, dawniej zwanego Ordynackim, bo został wzniesiony w obrębie Ordynacji Zamojskiej. Tutaj chwila oddechu w kawiarni, gdzie zadaszony letni ogródek ma w wystroju ogromne fotograficzne banery czy tablice do złudzenia przypominające miasteczka Toskanii. Staję na tle jednego z nich i wysyłam zdjęcia znajomym z podpisem "Pozdrowienia z Toskanii". Ale się zdziwili.
         Na Rynku cztery rzeźby przedstawiające cztery bogactwa miasteczka: garncarstwo, tradycje browarnicze, rolnictwo i zdroje źródlanej wody. A obok kolorowe plakaty z zapowiedzią atrakcji na drugi weekend sierpnia: Gryczaki 2026. Odbędą się miedzy innymi międzynarodowe zawody w jedzeniu pierogów z kaszą. No proszę, konkurencja znacznie bliższa i łatwiejsza do zorganizowania niż mundial. I bez biletów wstępu. Ale czy ja za miesiąc tutaj znowu przyjadę? 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

z pogranicza województw

        Nadarzyła mi się okazjonalna szybka i krótka wyprawa pograniczem województwa podkarpackiego i lubelskiego. Nie pamiętam, kiedy tam b...