kobiety pszeniczne

       Niektóre tak pomarszczone, że trudno odgadnąć, ile mają lat. Na pewno są w wieku słusznym. Czasem pokrzywione, wychylone w bok lub w przód, z rękami spracowanym przez wiele lat w gospodarstwie, w polu, w ogrodzie, w domu. Na ich twarzach jest zapisany trud, zmęczenie, godziny spędzone w upalnym słońcu, przy kuchni, przy dzieciach. Twarze suche jak skórka wypieczonego chleba i okrągłe jak bochenki. Dlatego tak je nazwałam: kobiety pszeniczne. Patrzę na ich posiwiałe głowy jak na dojrzałe kłosy. Siedzą przed mną w ławkach w kościele. Najwięcej widuję ich właśnie w niedzielę. W świecących aureolach siwych włosów. 

       Rzadko już można spotkać kobiety jak dawniej chodzące w chustkach, nawet starsze panie ich nie zakładają. Jeszcze z dzieciństwa pamiętam, że większość kobiet na wsi nosiła kolorowe chusty, a latem do kościoła zakładały cieńsze, lekkie, białe z jasnymi wzorami. Teraz tylko niektóre jeszcze pojawiają się w chustach. Większość prezentuje swoje siwe głowy. Najczęściej mają piękne bujne włosy. Szczególnie to widać, gdy obok siedzą przedstawicielki młodszych pokoleń. Włosy mają różne, ale o wiele częściej zniszczone, rzadkie, cienkie, choć oczywiście zadbane. Natomiast te starsze kobiety, niektóre być może jeszcze z wojennymi metrykami, mają wspaniałe włosy. Ich siwizna jest biała niemal jak śnieg. Żadnych przerzedzeń, żadnej tzw. świńskiej żółci. Jeśli przycięte, to swobodnie ułożone, jeśli dłuższe, to w grubym koku lub nawet warkoczu owiniętym wokół głowy. Jeśli zbyt puszyste, to wpięta jedna wsuwka, żeby przytrzymać niesforny kosmyk. Kobiety z głowami jak pszeniczne dojrzałe kłosy nie muszą martwić się o dobór odpowiedniego odcienia farbki u fryzjera. 

      A przecież nie można powiedzieć, że według dzisiejszych standardów ich życie było zdrowsze. Do lekarza chodziły rzadko i naprawdę wtedy, gdy rzeczywiście było trzeba. Tu przywołam prawdziwą anegdotę. W pewnej wiejskiej przychodni zdrowia został zatrudniony lekarz z miasta. Pochodził z miasta i od początku pracował tylko w mieście, ale zaproponowano mu współudział w prywatnej wiejskiej przychodni, więc się zgodził. I pierwsze jego wrażenie po kilku dniach dyżuru w gabinecie: "Tutaj ludzie przychodzą do lekarza, gdy naprawdę są chorzy!" No więc te kobiety tak samo chodziły do lekarza zapewne wtedy, gdy poważnie zaniemogły, gdy ból stawał się nie do zniesienia. Życie ich nie rozpieszczało. Nie, nie chodzi o to, żeby narzekały czy coś takiego. Rozmawiam z nimi, z niektórymi z nich i nie słyszę narzekania. Raczej dumę, zadowolenie, satysfakcję, że podołały trudom, które pojawiały się w życiu. A na pewno było ono ciężkie, pełne wyrzeczeń, stresu, cierpienia. I poświęcenia. Do dzisiaj wiele z nich się nie oszczędza, o ile siły pozwalają. Widuję je w ogrodach, z wnukami, zaprzątnięte pracami w obejściu. W ich oczach ukrywa się cały trud życia. A w niedzielę widzę te ich przepiękne siwe korony włosów jak dojrzałe kłosy pochylone wiatrem, twarze pomarszczone wiekiem i słońcem. Naturalne, bez makijażu, bez botoksu, bez liftingu. Są piękne. 

8 komentarzy:

  1. Czytałam Twój wpis i miałam przed oczami moją babcię ze strony taty. Całe życie pracowała w gospodarstwie, na roli i przy zwierzętach. Przez całe życie nie była u lekarza ani u dentysty, była sprawna i czytała bez okularów, aż do czasu gdy zachorowała na Alzheimera. Jej siła i piękno trwają w naszej pamięci. Twój wpis to wspaniały hołd dla wszystkich 'pszenicznych kobiet':-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, miałyśmy takie babcie. Ja jednej swojej babci nie znałam, bo zmarła w dość młodym wieku wiele lat przed moimi narodzinami, ale drugą pamiętam z takich cudownych codziennych sytuacji w jej domu na wsi. W dzieciństwie nauczyłam się u niej ubijać masło :-)

      Usuń
  2. Piękny opis, kreślony z podziwem i szacunkiem:-)
    Jedna z moich babć urodziła się na wsi, ale większość życia przeżyła jednak w mieście. Często bywaliśmy u rodzin na wsi , najczęściej latem, bo ojciec w polu lub obejściu pomagał.
    teraz praca jest o niebo lżejsza, niż wtedy, pamiętam, jak wujek zasypiał przy kolacji, taki był zmęczony, a ciotki od świtu do zmierzchu jak nie w gospodarstwie, to w domu.
    Twarze zniszczone, ręce spracowane, ale serca złote.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zapomniałam dodać, że określenie "kobiety pszeniczne" bardzo mi się podoba!

      Usuń
    2. Wiele lat temu patrząc na twarz takiej nieznanej mi zresztą kobiety pomyślałam, że jej twarz wygląda jak kłos dojrzałego zboża i wtedy wymyśliłam to określenie: kobieta pszeniczna.
      O tak, wiele zmieniło się w pracy na wsi. Niemniej nadal obserwuję, że jest to praca ciężka, mimo maszyn i udogodnień, bo sezon wegetacyjny nie poczeka aż człowiek odpocznie po jednej pracy, żeby zabrać się do drugiej, tylko trzeba kilka rzeczy naraz zmieścić. Poza tym jest zasadnicza różnica między wielkimi kilkusethektarowymi zmechanizowanymi gospodarstwami, a rodzinnymi gospodarstwami po kilkanaście hektarów, gdzie nie najmuje się robotników, tylko cała rodzina pracuje od rana do nocy na swoim. Na moim terenie są te drugie, więc nie ma tak naprawdę różnicy między stopniem pracy i zmęczenia między dawniej a dziś. Są traktory, maszyny rolnicze, ale są też ręcznie zrywane plantacje truskawek, malin, tytoniu. To nie są stuhektarowe obszary, do których opłaca się kupić kombajny do zbierania, to są plantacje przydomowe, ileś tam arów, samodzielnie przez rodziny obrabiane, a ponieważ rodziny są coraz mniejsze, bo dzieci mniej, to i dorosłych pracujących potem na polu mniej. Zresztą, dzieci wywędrowały często gdzieś w świat.

      Usuń
    3. Mąż uczył dzieci z małych gospodarstw i tych dużych, zmechanizowanych. Ci pierwsi wybierali zawody miejskie, nie chcieli pracować tak ciężko jak rodzice. Ci drudzy kształcili się pod kątem przyszłej pracy w gospodarstwie, inaczej już patrzyli na swoje życie. Dumni byli z mechanizacji i nowoczesności w gospodarstwach rodziców.
      jadąc przez wsie , widzimy różnicę między małymi rodzinnymi gospodarstwami, a wielkimi ze sprzętem i mnóstwem zabudowań.

      Usuń
    4. Takie to zmiany zachodzą w populacji. Chyba nieunikniony proces. Małe gospodarstwa będą zanikać i tej dawnej wsi już nie będzie. Wiadomo, że proces mechanizacji jest potrzebny, bo ułatwia i przyspiesza prace polowe, gospodarskie, ale i te małe gospodarstwa też są potrzebne, tak uważam. I żałuję, że znikają, a wieś się wyludnia.

      Usuń
  3. Życie w zgodzie z naturą na pewno było lepsze :)

    OdpowiedzUsuń

kobiety pszeniczne

       Niektóre tak pomarszczone, że trudno odgadnąć, ile mają lat. Na pewno są w wieku słusznym. Czasem pokrzywione, wychylone w bok lub w ...