Ludzie

        Dwa wyjazdy do miasta niemal dzień po dniu, to stanowczo za wiele jak dla mnie. Najpierw w sobotę koleżanki zabrały mnie na wieczorny spektakl komediowy. Od dawna wiedziałam, że wyjazd się szykuje, ale liczyłam po cichu, że coś się wydarzy i sprawa rozejdzie się po kościach. Ale nie, nic się nie wydarzyło i pod dom zajechała fura z miejscem dla mnie. Musiałam się nieco dopucować po całotygodniowej działalności na froncie robót polno-ogrodowych. Nawet jakiś lakier do paznokci wyciągnęłam. Chociaż nie wiem w zasadzie po co, skoro to na scenie będzie jasno, a widownia w ciemności. Ale okazało się, że trzeba było, bo choćby nie wiem jak się człowiek starał być niewidzialny, zawsze ktoś go zobaczy. No więc widownia pełna, a na widowni, a nawet jeszcze przed nią, w foyer jacyś znajomi. Koleżanka z pracy sprzed... nie pamiętam ilu lat. Z córką. Rozmawiamy, co u nas słychać. Dwaj koledzy - z późniejszej mojej pracy - z żonami. Rozmowa wspomnieniowa: jak to było, gdy razem pracowaliśmy. Było fajnie. Menedżerka z domu kultury, gdzie swego czasu bywałam. Ta z kolei z aparatem fotograficznym. Nie rozmawiamy. A na zakończenie... na zakończenie bliskie spotkanie z jedną z aktorek, którą oglądałam już kilka razy na scenie, a w ogóle to znamy się od lat, spotykałyśmy się przy różnych okazjach zupełnie pozascenicznych. Szczerze gratuluję występu. Kobieta żywioł. Zadowolona, szczęśliwa. Zdzwonimy się. 

      Występował teatr amatorski, ludzie tutejsi, z miasta, które nie ma stałego teatru, żadnej stałej teatralnej sceny. Aktorami są ludzie, którzy mają swoją pracę zawodową i mają pasję - teatralną. Reżyserowała ich zawodowa aktorka będąca już na emeryturze, ale od czasu do czasu zajmuje się takim przygotowaniem chwytliwej premiery. Widzowie walą drzwiami i oknami, cała sala zawsze wyprzedana. Prowincjonalny teatr amatorski z bardzo zmienną trupą aktorską, ponieważ niektórzy wyjeżdżają, niektórzy tracą siły, niektórzy, cóż, umierają. Tak więc w sobotę byłam w teatrze - lokalnym; na spektaklu - amatorskim; bawiłam się - doskonale. I chwała koleżance, która nas wszystkie cztery wyciągnęła z wiejskich pieleszy. 

      Po niedzielnym wyciszeniu dzisiaj znowu wyjazd. Lało od rana. Tym razem, choćbym chciała, odwoływać nie zamierzałam, bo miałam umówioną wizytę u dentysty. Myślę sobie: wpadnę tylko tam i z powrotem. Żadnych rozmów, żadnych spotkań. Akurat! Po drodze do busa wsiada starszy pan, twarz dziwnie znajoma, ale skąd?... On też widać, że skądś mnie rozpoznaje. Zaczynamy rozmawiać i sprawa się wyjaśnia: to ojciec mojego dawnego kolegi z pracy. Ależ ten świat mały. Rozmawiamy i jedziemy. Opowiada mi o swojej dawnej pracy na budowie, teraz o swoim życiu na wsi, o swoich synach - ma ich trzech, pracowałam z jednym z nich. 

       W końcu dotarłam do punktu stomatologicznego w kompleksie innych gabinetów lekarskich. Wspinam się po schodach i ... kto siedzi na korytarzu? Moja znajoma lekarka ze złamaną nogą, o kulach, czeka na rentgen. Nie wierzę, po prostu nie wierzę. Rozmawiamy krótko, obie nas goni czas. Życzenia zdrowia. 

      U dentysty piętnaście minut roboty i piętnaście minut rozmowy - razem 250 zł. Prosta kosmetyczna niemal sprawa. Następna wizyta za rok. Wracam, nigdzie nie skręcam. Nie zatrzymuję się. Na przystanku znowu spotykam ojca mojego kolegi z pracy i wracamy razem. Leci gadka o przeszłości. Tu się pracowało, tam się pracowało. To były czasy! A teraz siedzi się na wsi. W malinach. 

6 komentarzy:

  1. Jak mawiały nasze babcie - myjcie sie dziewczyny, bo nie znacie dnia ani godziny, a pech ma to do siebie, że jak nie chcesz, to zawsze kogoś spotkasz!
    Gdy wybrałam sie do dentysty, spotkałam koleżankę z pracy i pediatrę mojego syna, rozmowy tez krótkie, bo każda na umówioną godzinę.
    Pasje w życiu, to ważna sprawa, dotyczy to także lekarzy i dentystów:-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Często tak bywa, że się nieoczekiwanie kogoś spotyka, tylko nie musi to być cała seria ;-)
      Tutaj, gdzie mieszkam, wiadomo, że np. pół swojej wsi spotkasz na cotygodniowych targach w najbliższych miastach: w poniedziałki w jednym, w czwartki w dwóch, w soboty w jednym. A ja dodatkowo spotykam też dawnych znajomych z lat, gdy w mieście pracowałam.

      Usuń
  2. Świat jest mały, na każdym kroku jakiś znajomek. Przeważnie z przeszłości 😉

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A im dłużej się żyje, tym więcej tej przeszłości...

      Usuń
  3. Ten przypadkowy sąsiad w busie, który okazał się ojcem dawnego kolegi z pracy, to doskonały przykład na to, jak małe potrafi być to nasze podwórko. A spotkanie koleżanki lekarki na korytarzu przychodni z nogą w gipsie dopełnia obrazu dnia pełnego niespodziewanych zbiegów okoliczności.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zwłaszcza, ze to nie był daleki wyjazd, w zasadzie w najbliższe tereny, więc przeważnie za każdym razem spotyka się kogoś znajomego, albo z dawnych lat. No może niekoniecznie ze złamaną noga, to zupełnie niespodziewane, ale tak do wymienienia dwóch zdań jak najbardziej.
      Dziękuję za odwiedziny!

      Usuń

Ludzie

        Dwa wyjazdy do miasta niemal dzień po dniu, to stanowczo za wiele jak dla mnie. Najpierw w sobotę koleżanki zabrały mnie na wieczorn...