shane va

      Przez większość życia układamy się ze światem, rzeczywistością, ludźmi. Okoliczności zmuszają do kompromisów. Z różnych powodów nie mówimy tego, co myślimy. Żeby nie urazić, nie zranić, albo dla świętego spokoju, bo nie warto. Czasami powody są bardziej frustrujące: obawa utraty wizerunku, opinii, narażenie się na szykany i niemiłe konsekwencje. Nie powiesz szefowej, że w tej sukience fatalnie wygląda, bo może się to dla ciebie źle skończyć. Koleżance w pracy pewnie też tego nie powiesz, bo obraza gotowa, a przecież jeszcze przyjdzie wam nieraz razem działać przy jakimś projekcie, spotykać się i wypada jakoś zachować poprawne relacje. Nie powiesz przełożonemu, że  plecie głupoty, bo to może oznaczać koniec twojej pracy w tym miejscu. 

      Wychowanie i zasady kultury skutecznie eliminują prostotę i czystość komunikacji. I nie chodzi o to, żeby wyrąbać komuś prosto w oczy, że jest debilem. Chodzi o możliwość i umiejętność komunikowania stanów faktycznych typu: trudno mi się z tobą pracuje, bo wprowadzasz nerwową atmosferę; ten zakup jest nieudany; twoje dzieło nie jest najwyższych lotów (weźcie spróbujcie coś takiego powiedzieć znajomej piszącej wiersze, malującej jakieś obrazy, próbującej zarzucać wszystkich swoimi fotografiami niby artystycznymi czy piszącej opowiadania w przekonaniu, że jest genialna). A jeszcze bardziej chodzi o umiejętność przyjmowania, akceptowania takich zdań przez adresatów. Bo cóż w nich takiego strasznego? Nic, często szczera prawda. 

     Gdy codzienny kompromis głaskania cudzego ego doszczętnie nas wyczerpie, nieraz po wielu latach nadchodzi czas, gdy pojawia się myśl: "Przecież ja już niczego nie muszę". Nie muszę udawać, że coś mi się podoba, jeśli się nie podoba; nie muszę chwalić, gdy nie ma za co; nie muszę się uśmiechać, gdy wcale mi nie do śmiechu; nie muszę się zgadzać, gdy wcale nie mam na to ochoty. Zaobserwować można, że najczęściej ten moment nadchodzi, gdy człowiek przechodzi na emeryturę. Wtedy wiele sytuacji wymuszających kompromisy, ukrywanie prawdziwych emocji i myśli, po prostu znika wraz z odejściem z pracy. Słyszałam też od starszych osób deklaracje: "Jestem już w takim wieku, że nie muszę udawać". Czyli nadchodzi taki moment, gdy nagromadzone doświadczenie życiowe pozwala na otwartość w wyrażaniu siebie. 

     I nie, nie chodzi o krytykowanie wszystkich wokół, dostrzeganie samych wad, mankamentów, wytykanie czegoś, nie w tym rzecz. To zbytnie uproszczenie. Chodzi o prawdę. Jeśli rozmowa z kimś mnie męczy i nuży, mam prawo to powiedzieć. Jeśli czyjaś opowieść mnie nie interesuje, mam prawo to powiedzieć, a nie udawać zainteresowanie w imię... koleżeństwa? Przyjaźni? Dobrego wychowania? Jeśli czyjaś praca, dzieło mi się nie podoba, mam prawo to powiedzieć, nie obawiając się, że ten ktoś poczuje się urażony. Jeśli poczuje się urażony, trudno, to ma problem z samooceną. 

     Wiele może być sytuacji, w których unikamy jednoznacznego wyrażenia swojego prawdziwego stanowiska, opinii, emocji. Właściwie w każdej sferze życia zjawisko to występuje: w pracy, co oczywiste, ale też w relacjach z najbliższymi, w rodzinie, w gronie koleżeńskim, w kontaktach przypadkowych, bardzo widoczne w mediach społecznościowych i na blogach, wokół których tworzy się pewien krąg wielbicieli. Nazwijmy rzecz po imieniu, często bywa to zwyczajne towarzystwo wzajemnej adoracji. Chwalimy autor/autorkę licząc na wzajemność, a kto odważy się na odmienne zdanie, jest sekowany. Wielokrotnie to obserwowałam. Zjawisko zresztą wcale  nie nowe i przeniesione z relacji w świecie realnym. Ani to dyplomatyczne, ani konstruktywne. Puchnie od tego bańka fikcji, w której się funkcjonuje. A co, gdy bańka pęknie? 

     Może zebrać się na odwagę podjąć decyzję? Naprawdę nic nie muszę. Nie muszę się nikomu podlizywać, nie muszę zabiegać o popularność, o uwagę. Nie muszę żebrać o komplementy ani też obdzielać wszystkich wokół udawanymi uśmiechami i akceptacją. Nie muszę dusić w sobie zniesmaczenia, zażenowania, dezaprobaty. Nie muszę przytakiwać, że jest coś jest wspaniałe, gdy nie jest, ani odwrotnie; że coś jest fatalne, skoro tak nie uważam. Nie muszę iść ze wszystkimi. Mogę osobno. 

    W kawiarni siedzą trzy panie: jedna po sześćdziesiątce, druga po siedemdziesiątce i trzecia w wieku lat dziewięćdziesiąt. Kawiarnia dosyć droga, ale wybrały ją z powodu kilku zalet. Dogodna lokalizacja, bezpieczne wejście bez schodków, a to w pewnym wieku bywa ważne. Słyszały też dobre opinie, że  przyjemna obsługa, bogate menu, niedroga. A to już są dosyć subiektywne odczucia. Panie zamówiły kawę i deser. Dwie zajęły się tym deserem, a trzecia popatrzyła na maleńką miseczkę z kupką czegoś na środku i wypaliła: "Wiecie co, jak na cenę to jest to takie małe gówienko".  Faktycznie, kształt i kolor podobne. I nich sobie by nazwano to "momentem ekstazy" czy "fontanną przyjemności", fakt pozostaje faktem. I nawet gwiazdki Michelina nie pomogą. 

16 komentarzy:


  1. Masz rację, w pewnym wieku zmienia się perspektywa patrzenia na wiele spraw. Co innego jednak są słowne deklaracje, a co innego rzeczywista postawa. Obserwuję to w swoim realnym środowisku. Ludzie jedno mówią, a ich zachowanie temu przeczy. I sama łapię się na tym, że to i mnie dotyczy, bo- często tak jak piszesz- wszystko zależy od układu , kontekstu i ludzi.
    Często słucham internetowych mądrości wypowiadanych w rolkach i podcastach i zastanawiam się, kto jest w stanie "doskoczyć" do poprzeczki, która- jak na mój gust- jest zawieszona bardzo wysoko.
    "Nie ganiaj za ludźmi, nie muszą cię lubić" i takie tam...
    Moje ulubione powiedzonko- Rzeczywistość nie jest ani lepsza , ani gorsza od marzeń, jest inna.
    Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ach, rolki! Kolejny pożeracz czasu i odmóżdżacz. Autorzy rolek silą się na życiowe mądrości, a najczęściej to zapożyczone słowa i cytaty. Niby oryginalne, a to tylko powielanie cudzych sentencji, wyczytanych tu czy tam, na portalach i poradnikach typu "Jak żyć świadomie", albo coś w tym rodzaju. To są schematy aforyzmów z pretensją do głębi, a w rzeczywistości powierzchowne i dosyć banalne. Nie brałabym tego na poważnie.

      Usuń
    2. Ok. zostawmy rolki.
      Po przejściu na emeryturę zawiązała się grupa 5 rówieśniczek, chodziłyśmy razem do szkoły, przyjaźniłyśmy się, a potem - nasze drogi się rozeszły. Na etapie obecnego " docierania" pewne rzeczy mi się nie podobały i powiedziałam to- szczerze i otwarcie. Nikt się nie pogniewał, a wręcz zostało to przyjęte ze zrozumieniem.

      Usuń
    3. Super! Czyli da się. Bo w pewnym wieku wszyscy już wiedzą, że inni mogą mieć odmienne odczucia i zdanie. Życzę przyjemnych kolejnych spotkań!

      Usuń
  2. A ja się nauczyłam udawać całkiem niedawno. Udawać miły uśmiech, mini zainteresowanie - zamiast wdawać się w szczere dyskusje, co naprawdę myślę. Bo doszłam do tego, że nikogo nie obchodzi co Sivka myśli na dany temat, tak jak mnie nie obchodzi zdanie innych na różnego typu zagadnienia. A ludzie lubią się wymądrzać, dawać rady. Pod szyldem "szczerości". Co innego, jeśli ktoś pyta - można radzić. Ale tak ogólnie - za dużo słów na tym świecie, a za mało treści. A szczerość nie jest najwyższą wartością.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozumiem, po prostu czasami nie ma sensu wchodzić w dyskusję, zgadzam się. Szczerość rozumiem jako szczerość wobec samej siebie, uczciwość wobec siebie i swojego prawdziwego ja. Nie można być szczerym wobec innych, nie będąc szczerą wobec siebie. Taka "szczerość", o której wspominasz (dawanie nieproszonych rad) to według mnie zwyczajne chamstwo. Takie zachowania ucinam od razu. Nie wchodząc w dyskusję, bo nie zawsze jest sens dyskusję prowadzić.

      Usuń
    2. Podpisuję się pod Sivką. Między szczerością i nieszczerością musi być zdrowy balans. Lubię szczerze rozmawiać (w ferworze ciekawych dyskusji pisuję kilometrowe komentarze), ale gdy widzę że ktoś nie jest zainteresowany, nie rzucam się na człowieka ze szczerością. Bo taka jest prawda: nie interesuje mnie mnóstwo rzeczy, które innych interesują, więc inni zapewne mają podobnie ze mną. Naprawdę nie potrzeba nikomu mówić, że rozmowa z nim nas nuży, wystarczy przestać potakiwać i sobie gdzieś pójść (tłumaczenie dlaczego nie rozmawiamy, nie komentujemy, nie piszemy i tak dalej to kolejne natręctwo dobrze wytresowanych kobiet — przecież jeśli zamilkniemy, albo pójdziemy gdzie indziej, to jest jasne, że interesuje nas tamto a nie to, po co przykrywać to kolejnymi słowami?)

      "Nie można być szczerym wobec innych, nie będąc szczerą wobec siebie" - otóż ... można. Multum ludzi potrafi stawiać bardzo celne diagnozy innym a okłamywać samych siebie.

      O ostatniej opisanej przez Ciebie scence pomyślałam sobie, że nie ma w nim kontekstu. Może ta pani od gówienka ma tak zawsze, gdziekolwiek nie pójdzie, jest na "nie". Gdy znam taki kontekst, nie mówię nic. Pozwalam komentarzowi wyblaknąć, nie karmię potwora.

      Usuń
    3. Mój wpis nie jest o natręctwie krytykowania wszystkiego i wszystkich wokół. Ostatnia scenka jest kontekstem do wpisu, a nie odwrotnie. Wydawało mi się, że dwa ostatnie zdania, które kończą opis wyjaśniają wszystko.
      Upieram się, że szczerości wobec innych nie da się pogodzić z okłamywaniem siebie, choćby z tego powodu, że skoro okłamujemy siebie, to tak naprawdę nie wiemy o sobie nic, ni wiemy, co tak naprawdę czujemy i dlaczego, czego od innych oczekujemy, na czym nam zależy. Nie możemy więc tego szczerze wyartykułować. Stawianie celnej diagnozy innym to chyba sformułowanie ironiczne i chyba nie nie jest to ta szczerość, o której piszę w poście.
      Z tym znużeniem to jednak zawężasz trochę, bo są sytuacje, gdy ktoś narzuca innym swoją obecność, nachodzi nawet w domu, zadręcza godzinnym gadaniem. Chcę być gościnna, wiec wpuszczam do domu, ale muszę w końcu powiedzieć, że to mnie nuży lub męczy, bo ja raczej wyjść z własnego domu nie mogę ;-) I naprawdę są osoby, które tak są zasłuchane we własny głos, że brak przytakiwania na nich nie robi wrażenia. Jeśli nie spotkałaś takich osób, to jesteś szczęściarą :-)

      Usuń
  3. Podobno do mówienia tego, co się myśli trzeba mieć odwagę.
    Z drugiej strony, nasza opinia nie musi być jedynie prawdziwa, a wszystko można powiedzieć na wiele sposobów.
    Gdy np. prezentuję swoje prace na blogu, nie wymagam peanów zachwytu, bo każdemu co innego się podoba, ale z kolei napisać, że cos jest beznadziejne i po co w ogóle? oczywiście tylko anonimowo...brak odwagi by się podpisać?
    Nie musze mówić koleżance, że źle wygląda, ale mogę powiedzieć: wiesz, w tamtej fryzurze było ci lepiej lub tamten kolor bardziej pasował do twoich oczu.
    Ważne jest wszystko : komu mówimy, w jakiej sytuacji, w jaki sposób itd.
    Kiedyś nasza dyrektorka wróciła od fryzjera i zadowolona z nowej fryzury, a dziewczynka na cały głos: pani dyrektor się nie uczesała...dzieci są szczere:-)
    Nie zawsze chodzi o podlizywanie się, chodzi raczej o to, by dla własnej satysfakcji nie robi komuś przykrości...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tylko dziecko w baśni Andersena miało odwagę powiedzieć, że król jest nagi. A nawet nie, to nie była odwaga, bo dziecko nie rozumuje w tych kategoriach, to była po prostu czysta obserwacja: nie widzę ubrania, więc król jest nagi. I o taką postawę mi chodzi. Wierność wobec tego, co widzę, tego, co czuję, tego, co wiem i rozumiem. Dworzanie udawali, nie chcąc się narażać, więc to było fałszywe. I tchórzliwe, tak, bycie prawdziwym wymaga odwagi. Oczywiście król czuł się wspaniale połechtany. Jak bardzo współczesność bywa pokrętna, zmuszając do udawania.

      Usuń
  4. Jest w tym sporo prawdy — szczególnie to, że większość życia funkcjonujemy w trybie „kontrolowanej szczerości”, bo inaczej zwyczajnie trudno byłoby utrzymać relacje i codzienny porządek.

    Tyle że mam wrażenie, że pełna „bezpośredniość” też nie zawsze działa tak czysto, jak by się chciało. Czasem to, co nazywamy szczerością, bywa po prostu brakiem filtra, który w praktyce potrafi więcej popsuć niż naprawić — nawet jeśli intencja jest uczciwa.

    Chyba największy problem nie leży w tym, że mówimy nie wprost, tylko w tym, czy umiemy jednocześnie zachować trochę uważności na drugiego człowieka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Postawiłabym nacisk na słowa "nie muszę udawać". Nie muszę udawać zainteresowania, skoro mnie nie interesuje, nie muszę chwalić, skoro uważam, że nie ma za co, nie muszę się cieszyć z tego, co inni, nie muszę narzekać na to, co inni, jeśli uważam inaczej. I nie muszę obdarzać wszystkich jednakową uważnością (brrr! co za okropne słowo). Mogę wybierać.
      Nie muszę się zmuszać - to jest sedno. Jeśli muszę się zmusić np. do uśmiechu czy do słuchania kogoś, to zaczyna się dwulicowość.

      Usuń
  5. Witam, ciekawy tekst, jaki to luksus - gdy człowiek nie musi nic, nie musi być miły dla szefa mimo, że chce mu powiedzieć naprawdę co o nim myśli, nie robić to co inni, mimo że ten sposób narażamy się na krytykę i niezrozumienie. Jednak bycie w zgodzie z samym sobą jest ważne bo można być wtedy z siebie zadowolonym i zdrowym bo jak dowodzą badania jak robimy coś wbrew sobie mają wpływ na choroby o podłożu psychosomatycznym pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Słuszna uwaga, dla wielu to luksus, na który nie zawsze można sobie pozwolić. A jeśli już, to właśnie po wielu latach.
      Pozdrawiam również!

      Usuń
  6. Też jestem już na etapie 'nic nie muszę, wszystko mogę'. Nie miałabym oporu, żeby nazwać ten deser 'małym gówienkiem':-) Jeśli jednak chodzi o mówienie prawdy komuś, to daję sobie na wstrzymanie. Czasem;-) Bo prawda prawdą, ale sposób jej podania też jest częścią prawdy. I nie chcę by moja szczerość została odebrana jako elegancko zapakowana brutalność, która może kogoś dotknąć w miejscu, które jeszcze nie zdążyło się zagoić. Staram się więc wybierać świadomie. Kiedy mówić, jak mówić i czy na pewno wszystko trzeba mówić. Bo prawda jest jak kawa i nie każdą trzeba podawać bez cukru;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pełna zgoda, nie jestem zwolenniczką mówienia zawsze i każdemu, co myślimy, raczej chodzi o te sytuacje, w których sprawa jakoś negatywnie na nas wpływa i powoduje trudny do zniesienia dyskomfort, zmuszając do udawanego zadowolenia. Oczywiście, że potrzebna jest tutaj pełna świadomość, co rzeczywiście chcemy powiedzieć i dlaczego.

      Usuń

To był maj...

 ... pachniała Saska Kępa...       I właśnie maj się kończy. Czy Saska Kępa pachniała, nie wiem, nie było mnie tam. U mnie pachniały konwali...