W święta miałam dużo czasu i zebrało mnie na wspominki. Nie cierpię pośpiechu, ganiania z językiem na brodzie, żeby z czymś tam i gdzieś tam zdążyć, żeby zrobić, dopiąć, dopucować. Właściwie nawet zwrot "nie cierpię" jest zbyt łagodny, ja tego serdecznie nienawidzę. I nienawidzę komplikacji, tego skomplikowanego życia współczesnego, gąszczu przepisów, które regulują wszystko, regulują całe życie od narodzin aż do śmierci. Nie wierzę, że im bardziej skomplikowane i szczegółowe przepisy, akty prawne, paragrafy, tym zdrowiej i bezpieczniej się żyje. Jakoś współczesne konflikty wojenne tego nie potwierdzają.
Nostalgicznie wzięło mnie na wspominki, trochę z żalu za dzieciństwem i młodością, trochę na przekór współczesnej modzie na nowoczesność, która zabiera czas i pochłania energię niewspółmiernie więcej niż przynosi korzyści.
Była wieś. Mała, otoczona łąkami, polami i lasami. Przez środek prowadził wygon - nazwa od wyganiania tędy krów na pastwisko. Sama te krowy wyprowadzałam rano na łąkę, potem przyprowadzało się w południe i wyganiało ponownie wieczorem. Rano przed wyprowadzeniem krów doiło się mleko. Wlewało się je do metalowych baniek (kanek) i wystawiało przed płot, bo przed szóstą jechał mleczarz i je zbierał, zawoził do mleczarni. Potem puste bańki odwoził. Drugi raz doiło się wieczorem: był więc udój poranny i wieczorny. Nic nie dorówna zapachowi i smakowi świeżo dojonego mleka. I tak, trzeba było wstać wcześnie rano, ale człowiek nie miał wrażenia tego pośpiechu, jaki towarzyszy dzisiaj. Idąc z krowami na łąkę miało się czas i okazję posłuchać choćby śpiewu ptaków, zaobserwować zmiany w przyrodzie, nawet pomyśleć o czymś. Okazję do obserwowania fantastycznego porannego przyrodniczego spektaklu stwarzało też wypasanie owiec. Moim obowiązkiem było wypasanie latem, w wakacje. Całe stado wyganiałam jeszcze przed świtem, w oparach mgły. Dopiero szarzało. W tej mgle czasami owce mi się gubiły i nawet nie wiedziałam, czy są wszystkie, ale jakoś nigdy żadna nie zaginęła. W milczeniu skubały trawę, a ja wspierałam się na kiju i podziwiałam sekunda po sekundzie jak słońce wtacza się ponad horyzont i rozświetla przestrzeń. Stopniowo mgły opadały, wyłaniały się drzewa, owce materializowały się w milczeniu, w trawie połyskiwały pajęczyny strojne w diamentowe krople rosy. To było jak misterium światła i życia. Czasem padał drobny deszcz. Wtedy w kapturze na głowie oglądałam spektakl w odcieniach szarości. Krople spadające z liści drzew, drżące źdźbła trawy. Upartym ptakom niewielki deszcz nie przeszkadzał. Rozpoczynały śpiew i wkrótce ruszały na łowy.
Praca była ciężka, zwierzęta wymagają oporządzenia: wyrzucenia gnoju z obory, wyłożenia w niej świeżej słomy, napojenia, nasypania ziarna i siana w żłoby. W zimie, gdy nie pasły się na łące, więcej trzeba było zrobić w obejściu. Przed wyjazdem do szkoły, a potem do pracy krowy musiały być oporządzone, więc wstawało się o czwartej rano, żeby wszystko zdążyć zrobić. A latem dochodziła jeszcze praca w pasiece. Ponad sto uli miał mój dziadek, a drugie sto ojciec. Jako dziecko bałam się pszczół, nie zaprzeczam, ale pomagałam i nawet sama łapałam i wsadzałam roje. W sezonie wirowania miodu ręce omdlewały od noszenia ciężkich ramek. Podziwiałam dziadka i ojca, którzy nic sobie nie robili z tego brzęczenia wokół. Ojciec potrafił pójść do uli w krótkich spodenkach i przerywał robotę, gdy użądliła go co najmniej setka pszczół. Kiedyś przyszedł z pasieki z opuchniętym całkowicie jednym okiem - bo oczywiście siatki nie założył. Okazało się, że w powiekę użądliły go trzy szerszenie, no i ponieważ zapuchło tak, że na to oko nie widział, musiał przerwać robotę.
W zasadzie nie o tym chciałam pisać, lecz o prostszym życiu. O tym, że sadzenie drzew w miedzy było normą i obie strony mieszkające po obu stronach miedzy z tych drzew korzystały. Dzisiaj przepisy, odległości, jednemu czy innemu sąsiadowi przeszkadza, że liście spadają na jego podwórko... O tym, że w każdej oborze było okienko, przez które wlatywały jaskółki, które zakładały gniazda pod powałą obory. Dzisiaj nie wolno, dzisiaj jaskółki nie mogą sobie wlatywać do obór, bo znowu przepisy, zakazy, paragrafy. O tym, że przed każdą niemal posesją, przy płotach ludzie stawiali ławeczki i wieczorami zbierała się na nich wiejska starszyzna. Obradowali, wymieniali się wiadomościami, pomysłami, radami. Dzisiaj nie ma ławeczek, bo dawny wygon został ucywilizowany: jest asfalt, chodniki, ścieżka rowerowa i miejsca na ławki już zabrakło. Ludzie siedzą w domach i oglądają telewizję. O tym, że sklep we wsi służył nie tylko do zakupów, ale też jako miejsce wymiany ważnych informacji. Dzisiaj tego sklepu nie ma, nie ma w ogóle żadnego sklepu, bo w centralnym miejscu koło gminy pojawił się supermarket z wielkiej sieci. Mały wiejski sklepik nie przetrwał konkurencji. W supermarkecie się nie rozmawia, robi się szybkie zakupy i się znika. O tym, że w środku wsi była kuźnia. Pamiętam jeszcze, gdy konie stały czekając na podkucie. Pamiętam wielkie kowadło stojące na środku i kowala ubranego w skórzany fartuch. Dzisiaj dawna kuźnia została uprzątnięta i jest w niej składzik. O tym, że małe mleczarnie upadły, dzisiaj straszą po nich rozwalające się budynki. Nawet w najbliższym powiatowym mieście mleczarni nie ma. Są tylko wielkie zakłady produkcyjne, kilka, kilkanaście w kraju, które nie skupują mleka od małych gospodarstw, tylko z wielkich hodowli.
I pamiętam miejsce daleko za wsią, zwane osterią. To zniekształcone słowo od austerii, czyli karczmy. Tej karczmy to już za moich czasów nie było, istniała przed wojną. Jej ślad pozostał tylko w tej zniekształconej nazwie. Mówiło się: "Na osterii posadziłem porzeczki", albo: "Na osterii zasiałem grykę". Był to pewien obszar, gdzie na pewnym odcinku w odległości półtora kilometra za wsią gospodarze mieli pola. My mieliśmy tam wiśniowy sad. Wszystko się skurczyło, charakterystyczny zakręt zniknął, osterii nie ma. Jest obwodnica i droga ekspresowa. Wszyscy gdzieś pędzą, ile pary w silnikach. Wszyscy się spieszą. Nienawidzę tego pośpiechu.
te wszystkie obowiązki i rytuały codzienności wtedy miały sens i dawały kontakt z naturą, a nie były wyścigiem z czasem. Opis wypasu owiec w porannej mgle albo zapachu świeżo dojonego mleka aż wciąga – można prawie poczuć tę ciszę, spokój i wolność, której dzisiejszy świat nam tak brakuje.
OdpowiedzUsuńTo, co też mi uderzyło, to jak pięknie pokazujesz, że życie w zgodzie z naturą i pracą rąk własnych dawało poczucie sensu i rytmu dnia, którego dzisiejsze przepisy i pośpiech nie zastąpią. A wspomnienia o kuźni, sklepie, ławeczkach czy osterii pokazują, że wspólnota i relacje były równie ważne jak sama praca – dzisiaj to wszystko zniknęło, a ludzie gonią tylko za czasem
Dawniej na wsi - bo tam się wychowałam - wspólnota była istotna. We wsi wszyscy się znali, jak się zbierano w sklepie, to zawsze można było się czegoś istotnego lub ciekawego dowiedzieć. Mieliśmy znajomą gospodynię, której prawie co niedzielę zapraszała całą naszą rodzinę na kawę. Tak samo mieliśmy zaprzyjaźnioną rodzinę w sąsiedniej wsi i odwiedzaliśmy się nawzajem z okazji różnych świąt. To zacieśniało więzi. Na Wigilię natomiast zapraszaliśmy pewnego samotnego wdowca, który mieszkał sam kilka domów od nas. Dzisiaj zupełnie inne relacje, ludzie odsunęli się o siebie i każdy żyje swoim życiem.
UsuńGdzieś przeczytałam myśl, że im słabsze państwo, tym więcej przepisów i ustaw!
OdpowiedzUsuńBardzo lubię takie wspominki, sama jeździłam do rodziny na wakacje, trochę pomagałam w opiece nad dzieciakami, trochę korzystałam z uroków wsi.
Faktycznie, dawno wszystko przyspieszyło, może dlatego wielu ludzi wraca na wieś, by zwolnić?
Też spotkałam tę myśl i uważam, że jest słuszna.
UsuńLudzie wracają na wieś, ale często zamiast się przystosować, chcą tę wieś urabiać po swojemu, według swoich standardów.
Podobno, nie mam porównania, jedynie jakieś awanturki z mediów. Zdarzały sie incydenty na działkach pracowniczych nawet. Ludzie od lat pielęgnowali swoje poletka, odpoczywali, spotykali się na kawie, aż nastał czas gdy na ogrodach zaczęli pojawiać się imprezowicze, nie mogli hałasować w blokowisku, to przenieśli się na działki. Wóda, głośna muzyka, śmieci, regulaminy nie dla nich...
UsuńAkurat z działkami pracowniczymi nie mam doświadczenia, ale co rusz pojawiają się skargi nowych sąsiadów na rolników z powodu a to zapachu obornika, który jest wywożony na pola, a to że kogut pieje i budzi o czwartej rano - czytałam o kobiecie, która musi zaciąć koguta, bo sąsiedzi złożyli skargę, że za głośno pieje. Chodzi o takie kuriozalne zdarzenia, które często kończą się w sądzie. Media szeroko się rozpisywały na przykład o tym, że nowi mieszkańcy zaskarżyli rolnika, który po 22:00 pracował na polu kombajnem. No przepraszam, ale jak ktoś się wyprowadzi na wieś, to musi się liczyć z warunkami życia na wsi. Tu są zwierzęta, tu jest obornik, tu są kury i koguty, tu są kombajny, które w sezonie żniw pracują do późna w nocy, bo wszystko zależy od pogody. W sezonie letnim maszyny rolnicze nie pracują od do, jak w urzędzie, tylko od świtu do późna w nocy. Jak ktoś chce tu zamieszkać, musi się z tym liczyć, a nie nękać za to, że ktoś ma pole, gospodarstwo i je prowadzi ciężko pracując.
UsuńMieszkam w stolicy, ale bardzo lubię wieś i małe miasteczka. Zaczęłam jeżdzić na naszą działkę, ale nie po to żeby się zapracowywać tylko po to, żeby chłonąć widoki, słuchać śpiewu ptaków i głęboko oddychać. No i przytulać się do drzew.... bo ja straszliwa wariatka jestem...
OdpowiedzUsuńLubić wieś a znać realia życia na wsi to trochę różne kwestie, bo prawdziwa wieś to nie tylko śpiew ptaków i piękne widoki, to także to, o czym piszę w poście: ryczące krowy, obornik, kurz, różne zapachy nie zawsze przyjemne, koguty piejące od czwartej rano, kombajny pracujące do północy, kiedyś jeszcze były młockarnie w stodołach - to dopiero był hardkorowy kurz i hałas :-)
UsuńJa nie cierpię tłumów w sklepach.
OdpowiedzUsuńTeż nie znoszę i dlatego, gdy tylko mogę i mam możliwość, zakupy robię w małych sklepikach, mam na wsi jeszcze takie dwa, a w mieście chodzę do sklepiku osiedlowego.
UsuńPrzypomniałam sobie swoje poranki na wsi u dziadków:-) Zapach świeżo dojonego mleka, mgłę nad polami, śpiew ptaków, rytm dnia wyznaczany przez słońce i zwierzęta. Był spokój i bliskość natury. Dzisiaj tak trudno znaleźć choćby namiastkę tamtej prostoty, a wieś już nie jest taka, jak kiedyś.
OdpowiedzUsuńTo prawda, wieś także się zmieniła i to bardzo, ale czasami, gdy rano lub wieczorem kręcę się po podwórku, mam wrażenie, że czas stanął w miejscu, to bardzo przyjemne chwile
UsuńMam nieco podobne wspomnienia do Twoich. Wychowałam się w mieście, ale każdą wolną chwilę spędzałam na wsi, najpierw u sióstr mamy, potem u wuja, gdzie było mi lepiej niż w mieście.
OdpowiedzUsuńGospodarstwo nie było duże. Ot, kilka hektarów ziemi, jedna krowa , koń Motylek starszy już "gość" , który panicznie bał się samochodów( w tamtym odległym czasie, a co powiedziałby dziś) jakaś świnka w chlewiku, dużo kur, kaczek , gęsi i zawsze co najmniej dwa psy. Rano wyprowadzałyśmy krowę na pastwisko, potem ze dwa razy chodziło się ją " pobić" czyli przesunąć w inne miejsce, gdzie będzie miała więcej trawy. Mleko w bańce stawiało się przy drodze, jeśli nie zdążyło się na czas, trzeba było samemu zawieść bańkę do mleczarni. Ojciec, który wcześnie przeszedł na emeryturę i nie miał co robić w mieście, szybko przeniósł się do brata- kawalera, a mama najpierw wpadała do nich na krótko, a potem już właściwie na stałe, ja uczyłam się w mieście, a każdą wolną chwilę spędzałam na wsi... To był fantastyczny czas.
Jak fajnie dzisiaj to wspominać! Nawet gdy wówczas trzeszczał mi kręgosłup podczas wrzucania siana, wyrywania lnu i innych gospodarskich zajęciach. Ale jakoś był też czas na zabawy z rówieśnikami, potem w dorosłym życiu na rozmowy sąsiedzkie, na życie towarzyskie, te niedzielne spotkania przy kawie... Co się stało po drodze z nami wszystkimi? Dzisiaj, gdy przyjdzie niedziela, jestem tak zmęczona, że cały dzień bym przeleżała, na żadne spotkania nie mam już siły.
UsuńNie da się ukryć, że coś się z nami porobiło. Albo po prostu pozwoliliśmy na to, dla wygody, dla otaczania się mnóstwem przedmiotów. Gdzieś w tym wszystkim pogubiliśmy ludzi. A przecież to relacje były i są najważniejsze.
UsuńRzeczywistość działa jak naczynia połączone, wprowadza chaos do życia. Świat zewnętrzny krzyczy, ale nie jest to dobry krzyk, bo bardzo usilnie stara się uciszyć nasz wewnętrzny głos. To co było, już do nas nie wróci w takiej samej formie, do której byłyśmy przyzwyczajone i trzeba się chyba z tym pogodzić. I ciągle każdego dnia znajdować choć maleńki sposób, by nie dać się temu obezwładniającemu chaosowi.
Tak, wiem, nikt rzeki kijem nie zawróci, ale skoro wszystko wokół ta pędzi, trudno się odseparować. I tak robię, co mogę, nie dając się w ciągać w to szaleństwo.
UsuńNiestety, mam tak samo.
UsuńJest nas może jeszcze więcej... to pocieszające
Usuń