nie ma dokąd uciec

       Partia brydża nie skończyła się dla mnie dobrze, bo nie zrobiłam robra, choć szanse były, ale gdy się najpierw marnuje kartę, licytuje i idzie trzy piki, a potem zdobywa jeszcze dwie dodatkowe lewe nadróbki, to tylko sama sobie jestem winna. Wszystkie piki z góry, tak samo wszystkie z góry kara wzięte, do tego trzymanie w treflach, a w kierach as. Na koniec więcej biorących kart niż lewych do wzięcia. Aż serce boli, gdy się dublują i nakładają na siebie. No i na tym się dobra passa skończyła. Jak mawiał stary brydżysta: "Karta nie świnia i jak marnujesz, to się pchać nie będzie". Kiepskie pocieszenie, że druga para też zmarnowała, bo miała szlemika w kartach, a grali tylko cztery. W sumie jednak im poszło i tak lepiej.  

       Ta partyjka była oddechem po wyczerpującym tygodniu. Nieważne, kto wygrał, kto przegrał. Gramy dla przyjemności. Kto się wykładał, robił kawę. Dawno już nie było takiego wieczoru zapomnienia o codziennym kieracie, niecodziennych wydarzeniach, tragicznych doniesieniach ze świata, o chronicznym zmęczeniu, choć gra się długo i do późna. Ale to zupełnie inne zmęczenie i inne emocje. Siedzimy razem przy jednym stole, licytujemy w parach, liczymy na dogadanie się z partnerem, a jak karta już leży na stole, ćwiczymy umysł opracowując strategię wyjść, przejść i liczymy lewe. Pośmiejemy się z siebie nawzajem, pożartujemy z nieudanych licytacji, albo pogratulujemy sobie dobrej karty. 

      Było mi to potrzebne. Spotkanie starszego pokolenia z młodymi. Trochę rywalizacji, trochę współpracy, gdy w parze jest jedna osoba z młodzieży i jedna ze starszego pokolenia. A przy okazji inne tematy, jak nowinki techniczne w postaci routera, który skanuje całe otoczenie i śledzi ruchy mieszkańców, a dane wysyła do swojego właściciela, czyli chyba dostawcy Internetu. Albo kwestia wszystkich danych osobowych, które znajdują się w globalnej sieci, a tak naprawdę zgromadzone są w dwóch olbrzymich komputerach znajdujących się w USA. Tu trochę mam wątpliwości, czy chińskie dane też tam są, ale tak czy inaczej to całe RODO psu na budę się zdaje. Mydlenie oczu i pozorowanie ochrony. Cokolwiek wysyłasz do Internetu, zostaje tam na wieki wieków amen. Ty już dawno zapomnisz, co gdzie poszło, ale Internet nie zapomina. Czasami myślę, że ten, kto wymyślił Internet, zazdrościł Bogu wieczności. 

       Chwile offline będą z czasem nabierały coraz większego znaczenia. Staną się cenną możliwością, na którą będzie stać tylko najbogatszych. Za czystą nieskanowaną przestrzeń, nieoplątaną krzyżującymi się liniami mappingu, trzeba będzie słono zapłacić. Już teraz gdziekolwiek człowiek się znajdzie, czujne oko kamery go rejestruje: na ulicach, w urzędach, instytucjach, w sklepach, w domu siedząc przed laptopem czy patrząc w ekran smartfona. Nawet w lesie są monitoringi. Całą kulę ziemską oplątały satelity i zbierają dane, skanują, robią zdjęcia. Udogodnienia w codziennym życiu kosztują już zbyt wiele: utraciliśmy większość dawnego zakresu wolności. Powszechna inwigilacja jest faktem. Człowiek się wysikać w lesie nie może, bo go namierzą i zrobią zdjęcie. Z drona policzą ile masz kur na podwórku. 

     Wszędzie czujne oko sprawdza czy jesteś w porządku. Wobec kogo? Czego? Kiedyś określenie "w porządku" oznaczało kogoś godnego zaufania, na kim można polegać, z kim można się porozumieć. Dzisiaj "być w porządku" znaczy spełniać kryteria społecznej inżynierii. Nie ma dokąd uciec. 

       

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

nie ma dokąd uciec

       Partia brydża nie skończyła się dla mnie dobrze, bo nie zrobiłam robra, choć szanse były, ale gdy się najpierw marnuje kartę, licytuj...