tąpnięcie

        Na wsi takiej jak moja, a nawet w całej gminie nie ma supermarketów znanych sieci. Wszelkie punkty handlowe i usługowe to biznesy rodzinne. Niektóre prowadzone przez kilka pokoleń, inne mają krótki żywot. Dwa największe kompleksy handlowe: jeden z materiałami budowlanymi i wszystkim, co potrzebne w rolniczym gospodarstwie, od taczki i śrubek, po betoniarki, pompy wodne, nawozy, cement i wapno, oraz drugi z materiałami typowo rolniczymi do siewu i zbiorów, a nawet z ubraniem roboczym są wielopokoleniowym biznesem rodzinnym. W jednym przypadku nawet usytuowanie dużej hali z produktami znajduje się na posesji przy domu mieszkalnym. Tym bardziej wszystkie zwykłe nieduże sklepy spożywczo-przemysłowe z reguły są wydzieloną częścią jednorodzinnych domów, w których najczęściej parter lub jego część bywa przeznaczona na działalność gospodarczą. 

      Jakie to ma znaczenie? Dla funkcjonowania tych obiektów i klientów takie, że w każdej chwili taki biznes może zniknąć. Następuje jakieś tąpnięcie, rodzinny kryzys, choroba i lokal znika. Wyczerpują się ludzkie zasoby. Na przykład był kiedyś szewc, który miał nieduży usługowy lokal w wysokim podpiwniczeniu domu rodzinnego. Nie trzeba było jechać do miasta z nagłą awarią. Ale nikt z jego dzieci nie kontynuował działalności, żadne nie nauczyło się od ojca zawodu. Toteż po latach, gdy stary szewc już nie miał siły pracować, a potem zmarł, punkt szewski zniknął z gminnej mapy usług i nie ma go do dzisiaj. 

      Z dawniejszych lat pamiętam też sklep żelazny. Również znajdujący się w domu rodzinnym właściciela. Wiele razy robiłam tam zakupy. Dopóki był w stanie go prowadzić, sklep bardzo dobrze prosperował. Miał dużo klientów. Ale i w tym przypadku nie było komu kontynuować i rozwijać rodzinny biznes. Dzieci założyły rodziny i się porozjeżdżały po świecie. Został olbrzymi dom z parą starszych ludzi. Młodzi nie chcą poświęcać czas i energię na ciężką działalność we własnym biznesie, gdzie o większość spraw trzeba samemu zadbać. 

      Kilkanaście dni temu z dnia a dzień został zamknięty kolejny sklep spożywczo-przemysłowy, jakie najczęściej znajdują się na wsiach. Było w nim dosłownie wszystko i zaopatrywali się w nim mieszkańcy z bliższej i dalszej części wsi, a nawet z sąsiednich miejscowości. Kupowało się produkty żywnościowe dla siebie, ale też karmę dla psów czy kotów. W zimie były osoby, które stale kupowały słoninę dla sikorek i ziarno dla dokarmiania innych ptaków w ogrodach. Sama się dziwiłam, że nawet sporo takich osób jest. Taki sklep prowadzi nie tylko czysto handlową działalność, ale i służy za miejsce wymiany informacji, utrwala kontakty towarzyskie, jest punktem oficjalnych ogłoszeń instytucji gminnych, bo ważne informacje wywieszane są na sklepowych drzwiach. Takie informacje dotyczą na przykład sołeckiego zebrania w sprawie wodociągu, ostatnio było ogłoszenie o zebraniu mieszkańców w sprawie pomiarów geodezyjnych. Oczywiście są one umieszczane na stronie internetowej gminy, ale nie oszukujmy się, wiele osób starszego pokolenia nie korzysta z Internetu. Ogłoszenie na sklepie jest dla nich pewnym i najszybszym źródłem informacji. 

      No i właśnie nastąpiło tąpnięcie. Z dnia a dzień, w zasadzie w środku tygodnia sklep został zamknięty. Pracująca w nim ekspedientka wiedziała wcześniej, ale nie mogła przecież ujawniać zamiarów właścicieli, skoro sobie tego nie życzyli. Oczywiście główną siłą roboczą w sklepie była rodzina: ktoś wstawał o piątej rano, odbierał i rozkładał towar przywożony najwcześniej, czyli pieczywo. Ktoś jeździł na giełdę po warzywa, owoce. W godzinach największego ruchu za ladą uwijały się dwie ekspedientki. Sklep był otwarty od szóstej rano do dwudziestej wieczorem przy tylko dwóch zmieniających się paniach, przy czym jedna z nich to właścicielka, która kręciła się tam, jak wspomniałam, od piątej rano. I tak codziennie, z wyjątkiem niedziel, przez wiele lat. Bez żadnego urlopu. Naprawdę można być zmęczonym. Dzieci - dorosłe już - pozakładały rodziny i wyjechały do miasta. Dziadkowie, którzy jeszcze na początku dużo pomagali, teraz sami niedołężni wymagają opieki. Środkowe pokolenie, to, które prowadziło biznes przez lata, wyczerpało swoje siły. Sklep usytuowany jest w domu rodzinnym, więc to nie jest kwestia, że ot, sprzedam swój biznes i ktoś inny go poprowadzi. Można sprzedać towar i część wyposażenia, ale nawet ono było dostosowywane do układu lokalowego i robione pod ciasną przestrzeń domowej przestrzeni. No i sklepu już nie ma. 

       Można powiedzieć, że młodzi mają prawo układać sobie życie po swojemu. Niby tak, ale też trzeba pamiętać, że to dzięki biznesom ich rodziców te dzieci zostały wykształcone, miały zapewnione wszelkie możliwości rozwoju, niejednokrotnie dostały u progu dorosłości gotowe mieszkania, wybudowane domy. I wiem, że mimo odseparowania się od życia na wsi, nadal ci młodzi chcieliby korzystać z dorobku i zysków rodzinnej firmy, tylko że pracować w niej nie mają zamiaru. Żeby być szczerą, dodam, że z tego, co wiem i widzę, bo znam tych ludzi, tylko jedną firmę rodzinną przejęły dzieci i kontynuują działalność po rodzicach. Natomiast w kilku pozostałych, o których tu piszę, jest tak, że młodzi chcieliby nadal bez ograniczeń korzystać z zysków wypracowanych przez rodziców, wpadać co jaki czas tylko w odwiedziny, ale bez angażowania się w pracę. A jeśli rodzice już nie dają rady? No cóż, wtedy biznes się zamyka. 

      Na marginesie tych obserwacji pojawia się jeszcze coś innego. Młodzi żyją czym innym i inne mają priorytety, inne wartości są dla nich najważniejsze. W sąsiedniej wsi, gdzie również działał rodzinny sklep spożywczy, na jego miejscu powstał zakład kosmetyczny. Nie wiem, jaki mają w nim asortyment usług, w każdym razie paznokcie można zrobić. Rozmawiałam z ludźmi starszego pokolenia, którzy tam mieszkają. Wzruszają ramionami: ""Chleba nie ma teraz gdzie kupić, ale paznokcie muszą być zrobione". Albo mówią: "Córka paznokcie ma zrobione na miejscu, ale po mleko dla dziecka jedzie do miasta". 

      Tak to się porobiło... 

6 komentarzy:

  1. Nie tylko na wsi, także w małych miastach czy na osiedlach podobnie.
    Obserwuję znikanie małych sklepików i usług, a na ich miejsce powstają gabinety paznokciowe lub rzęsowe. Dosłownie wysyp!
    U nas był sklepik pod balkonem, zniknął z dnia na dzień, od właścicielki wiem, że miała ciągłe problemy z zatrudnieniem sprzedawczyń. Za sklepem akurat nie tęsknie, bo dla mieszkańców uciążliwe bywały dostawy, zwłaszcza z piekarni o 4 rano.
    Ciągle widuję ogłoszenia o pracy( sklep, piekarnia, fryzjer) , ale młodzi szukają lekkiej i dobrze płatnej. Zakład szewski znam tylko jeden, krawcowe do przeróbek gdzieś po piwnicach...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, to prawda, wszędzie wysyp gabinetów kosmetycznych, a w dwóch najbliższych miasteczkach na jednej ulicy po cztery apteki.
      Ogłoszenie o pracy w piekarni widziałam niedawno, syn znajomej szukał pracy, dałam cynk. Nie, on nie będzie harował nocami przy wypiekaniu chleba. No i szuka pracy dalej, choć czy ja wiem, czy można to nazwać szukaniem?

      Usuń
  2. Myślę, że jest to problem nie tylko wsi, ale i innych miejscowości, a nawet miast. W mojej rodzinnej gminie zakład mechaniczny upadł, bo synowie pokończyli studia i żaden nie chciał się brudzić smarem, ale do brania kasy od ojca byli pierwsi. Upadła rodzinna piekarnia, bo młodzi stwierdzili, że nie będą wstawać o 2 rano do pieca. Teraz cała wieś je gumowe buły z marketu dowożone ciężarówkami, a młodzi mają czas na scrollowanie telefonu. Była szklarnia, z której właściciel utrzymywał całą rodzinę. Jak tylko zdrowie mu siadło, dzieciaki sprzedały ziemię deweloperowi pod szeregówki. Kasa rozeszła się na nowe auta i wakacje, a lokalny rynek stracił dostawcę świeżych rzeczy, itd... Przykłady można mnożyć w nieskończoność. Liczy się tylko szybki i łatwy pieniądz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadza się, upadają piekarnie rodzinne, zakłady mechaniczne, sklepy, tartaki... Znam małżeństwo, które od lat prowadziło co roku sprzedaż własnych rozsad, cebul kwiatowych, zajmowali się doradztwem ogrodowym, naprawdę się a tym znali. Kilka lat temu zwinęli interes, bo sami już starsi i schorowani, a młodzi nie chcieli się tym zająć. A cóż, za kilka lat będziemy jeść pasty z tubki i sprowadzać każdą śrubkę z Chin.

      Usuń
  3. Najbardziej przemawia do mnie to, że czasem jedno pozornie niewielkie wydarzenie potrafi nagle zmienić sposób, w jaki patrzymy na całą sytuację. Człowiek długo może funkcjonować według starego schematu, aż przychodzi taki moment, kiedy coś po prostu „przestawia się” w głowie. I często dopiero z perspektywy czasu widać, że to było potrzebne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z pierwszym zdaniem Twojego komentarza się zgadzam.
      Mam problem z dalszą częścią, bo nie wiem, co nazywasz schematem, a co przestawieniem w głowie. Nie wiem, o co dokładnie Ci chodziło.

      Usuń

??!

 Kto to powiedział i kiedy? Wydawałoby się, że takie słowa mogły paść gdzieś w latach 30-tych XX wieku oraz w czasie II wojny światowej. Nic...