Gdziekolwiek wyjeżdżam, staram się zdobyć coś do czytania: gazetę, książkę, broszurę turystyczną, cokolwiek, czego nie mam u siebie. Zaglądam, czytam, czasami się dziwię, a czasami zdobywam nową informację. Pamiętam, że dawniej, gdy czytanie prasy było czynnością powszechną i codzienną, czytałam od deski do deski. No, może rezygnowałam ze stron o sporcie. Teraz nie mam tyle cierpliwości, a może zwyczajnie w natłoku bodźców człowiek już nie jest w stanie więcej przyswoić, nawet tylko zarejestrować. Dlatego to, co niegdyś było tygodnikiem, leży u mnie na ławie przez miesiąc i tak sobie podczytuję w krótkich chwilach wzmożonej ciekawości. Czasami tęsknię za tymi latami, gdy prasa, dwa programy telewizyjne i radio nastawiane na zagraniczne stacje (Radio Wolna Europa) były nieodzownym elementem codzienności. Tęsknię nie dlatego, że chcę, aby tamte czasy wróciły. Raczej za pewnym rytuałem, który pomagał porządkować rzeczywistość. Paradoksalnie dzisiaj, gdy mamy o wiele większy, szerszy i szybszy dostęp do informacji z różnych źródeł, potęguje się wrażenie chaosu, a świat zdaje się pędzić bez celu. A nawet gorzej. Przypomina mi się tutaj słynne zdanie Gomułki: "Staliśmy nad przepaścią, ale zrobiliśmy krok do przodu". No i jesteśmy w tej przepaści, spadamy w zawrotnym tempie.
Już osiem amerykańskich stanów złożyło pozew przeciwko firmie OpenAI za to, że jej ChatGTP nakłaniał dzieci poniżej 13. roku życia do popełnienia samobójstwa lub wyrządzenia krzywdy innym. Wiele podmiotów, instytucji wystosowało już pozwy przeciwko firmie za nakłanianie do przemocy. Wiadomo, że OpenAI to wielomiliardowe zyski, więc bronić się będą zaciekle. Najsmutniejsze jest zaś to, że gdy będą toczyć się rozprawy, adwokaci będą przerzucać się błyskotliwymi ripostami, setki tysięcy, miliony dzieci nadal będą narażone na treści bombardujące przemocą.
Dosłownie parsknęłam śmiechem, gdy przeczytałam, że wiele gmin w Polsce nie wykorzystało jeszcze środków z Programu Ochrony Ludności i Obrony Cywilnej. Do wydatkowania pozostało 790 mln zł, które - teoretycznie - powinny zostać przeznaczone na modernizację i budowę obiektów ochrony ludności, czyli między innymi schronów. W związku z tym MSWiA proponuje, aby niewykorzystane środki wykorzystać także na inne cele, jak utrzymanie podmiotów ochrony ludności i organizacji pozarządowych, na łączność i systemy alarmowania. Tłumacząc ten zawiły język na tekst zrozumiały chodzi o to, że te pieniądze będzie można przeznaczyć np. na zakup sikawek lub syren alarmowych dla OSP. No nie wiem, czy akurat głośność strażackiej syreny kogokolwiek ochroni i przed czym. Doczytałam się wreszcie (bo tekstu nigdy nie otrzymałam, tylko musiałam wyszukiwać samodzielnie w zakopanych archiwach internetowych stron urzędowych), że w mojej gminie obiektem schronienia na wypadek zagrożenia jest po prostu budynek szkoły. Zapomnijcie o schronach. Szkoła znajduje się jakieś 8 km od mojego miejsca zamieszkania i teoretycznie została wskazana jako miejsce schronienia także dla mojej wioski. Oczywisty nonsens, bo w tamtej wsi, która jest największa w gminie, mieszka tylu ludzi, że się nie zmieszczą. Jak więc jeszcze upchnąć w niej dodatkowy tysiąc osób z wiosek okolicznych? Ale znając obrotność miejscowego wójta przypuszczam, że w ramach wykorzystania tych środków z Programu Ochrony Ludności w szkole zostanie położona nowa posadzka lub zostaną wymienione drzwi niby to jako wzmocnienie obronności budynku.
Można powątpiewać w rzetelność czy pełną wiarygodność artykułów czy relacji informacyjnych tworzonych przez polskich dziennikarzy, ale gdy już sami Francuzi w kontekście ostatnich protestów piszą, że "Francja pędzi prosto na ścianę", to już jest mocno niepokojące, a nawet przerażające. Dosłownie wczoraj wpadł mi w oczy jakiś materiał, w którym pisano, że w Danii pojawiły się głosy o "odejściu od zasady nietykalności ucznia" - chodzi oczywiście o kontekst związany z przeciwdziałaniem przemocy np. rówieśniczej czy zagrożeniami, jakie ostatnio i u nas w kraju w szkołach miały miejsce. Z kolei w Peru pani prezydent Kaiko Fujimori zapowiedziała zaostrzenie dyscypliny w szkołach publicznych włącznie z możliwością wydalenia ucznia ze szkoły. Niejednokrotni czytałam o aktach przemocy rówieśniczej w polskich podstawówkach, gdzie jeden agresywny uczeń potrafi dezorganizować pracę całej klasy. Interwencje kończą się na rozmowach, skierowaniu ucznia do psychologa, na co zresztą zgodę muszą wyrazić rodzice, a to wygląda różnie, bo rodzice często nie widzą takiej potrzeby, zrzucają winę na okoliczności, na inne dzieci, na nauczycieli, na szkołę... Praktycznie rzecz biorąc w polskim prawie oświatowym nie ma możliwości wydalenia takiego ucznia nawet gdy bije inne dzieci, kaleczy cyrklem, kopie, gryzie nauczycieli. Wiem, bo moja znajoma pracowała kiedyś z takim uczniem. Rodzice byli tak roszczeniowi, tak nastawieni bojowo, tak walczący ze szkołą, że w swoim dziecku absolutnie nie widzieli problemu. Może stąd pomysł, o którym niedawno czytałam, że funkcjonariusze służby więziennej mają szkolić nauczycieli ze sztuki samoobrony.
Rodzice nie widzą też problemu w takich okolicznościach, jak ostatnio nagłośnione dewastacji drzwi, elewacji obrzuconych jajkami, zapchanych ziemią i gliną zamków w domach, gdzie nie poczęstowano cukierkami dzieci bawiących się w Halloween. Czy to jest jeszcze w ogóle zabawa czy raczej okazja do wandalizmu? W Internecie są nagrania z przydomowych kamer, na których widać jak "rozbawiona" grupa w przebraniach niszczy ozdoby przed jakimś domem, jak rzucają jajkami w drzwi. Czy w przyszłości trzeba będzie jak przed nadchodzącym tsunami zabijać deskami okna, żeby chronić swoje domostwo? Czy montowanie kamer będzie standardowym wyposażeniem każdej posesji? I tak, wolałam, gdy w zanikającym już zwyczaju po Bożym Narodzeniu chodziły grupy kolędnicze, bo przynajmniej śpiewali kolędy i nikt nie groził psikusem, po którym trzeba sprzątać lub coś naprawiać. Chodziły przebrane dzieci, były częstowane ciastami, słodyczami. Chodzili nawet strażacy w mundurach z lokalnej OSP. Też śpiewali, a jakże!
Może ja już od dawna nie nadążam za tymi "nowoczesnymi" zabawami, ale jeszcze niedawno spokojnie mogłam wyjść, wyjechać bez zamykania drzwi na klucz. Ba, kiedyś zdarzyło mi się wyjechać na tydzień, a po powrocie odkryłam, że drzwi do garażu miałam niezamknięte, a przez garaż jest wejście do całego domu. U mnie na wsi furtka na podwórze nie jest zamykana na klucz, w ogóle nawet klucza nie mam, bo nie ma zamka. Jest tylko zwykła klamka. Gdy inkasent ma chodzić spisywać licznik (nie mam licznika odczytywanego zdalnie), a nie ma mnie w domu, wywieszam kartkę ze stanem licznika na drzwiach, a on spokojnie wchodzi na podwórze i sobie spisuje. Wszystkie narzędzia ogrodowe, różne rzeczy, taczka, młotki, śruby, no wszystko, co potrzebne w takim gospodarstwie jest w szopie na podwórzu, w której nie ma nawet zamykanych drzwiczek, tylko taka wiata. Jest też niewielka szafka - zamykana na zagięty gwóźdź. Leżą tam nawet szlifierka, spalinowa piła łańcuchowa, wiertarka, różne narzędzia. Nie mam ochoty tego zamienić na współczesne eksperymenty wychowawcze, w wyniku których zanika zaufanie do ludzi i trzeba cały czas myśleć, jak ochronić siebie i swoje mienie.
Z prasą i radiem miałam podobnie, na święta kupowało się całe stosy czasopism, czekało na teatr TV. Teraz wszędzie to samo, z przewagą reklam i doniesień na poziomie Pudelka...a spektakle coraz dziwniejsze.
OdpowiedzUsuńCzytam czasami o nowych pomysłach wychowawczych i jestem zaniepokojona, bo to wszystko idzie w złym kierunku, a od zawsze niedobrym zjawiskom była winna szkoła, a nie rodzice czy media.
Oboje z mężem pracowaliśmy w szkole ok.40 lat i obserwowaliśmy te zmiany, podejście psychologów, nowinki zza oceanu, lekceważenie szkoły i nauczycieli. Nie chcę powiedzieć, że wykrakaliśmy, bo żadni z nas prorocy...
Dla każdego rozsądnego człowieka obserwującego te zmiany było do przewidzenia, że nie jest to dobry kierunek. Tylko sami autorzy tych pomysłów tego nie widzieli.
UsuńJa bym chyba optowała za tym, żeby autorzy poronionych pomysłów ponosili odpowiedzialność za te swoje nieudane eksperymenty. Tylko jak to rozliczyć?
Otóż to, ale jednego z nich osądzono finalnie za pedofilię, a tylu psychologów go broniło...
UsuńPoruszył mnie ten obraz furtki bez zamka i kartki ze stanem licznika na drzwiach. Jest w nim tyle zwyczajnego zaufania, którego szkoda byłoby stracić. Rozumiem też tęsknotę za spokojniejszym rytuałem czytania, kiedy wiadomości nie docierały z każdej strony naraz. Dziękuję za ten skłaniający do refleksji tekst.
OdpowiedzUsuńChciałabym, aby jak najdłużej te otwarte furtki były możliwe...
UsuńTragedią jest, że dzisiaj dzieciom wolno bardzo wiele, a nauczycielom - znacznie mniej. Nie opowiadam się za przemocą wobec najmłodszych, tylko za dyscypliną i konsekwencjami. Dzisiaj nie wolno dziecka mocniej dotknąć, niedługo nie będzie można nawet krzyknąć, bo to "przemoc psychiczna", a za jakiś czas jakiekolwiek kary uznane zostaną za barbarzyństwo.
OdpowiedzUsuńKrzyknąć już nie można, ile to skarg od rodziców poszło do kuratoriów, z nauczyciel krzyknął na ich dziecko... To już się dzieje. Przecież nawet zwykłe odpytywanie z przerobionego materiału jest komentowane i interpretowane przez niektórych jako przemoc psychiczna. Wczoraj czy przedwczoraj było w Internecie gdzieś oburzenie, że nauczycielka matematyki przed wejściem do klasy odpytywała z tabliczki mnożenia i prostych wiadomości, jak np. ile wynosi suma kątów w trójkącie czy coś w tym stylu.
UsuńRośnie nam rozwydrzone pokolenie Alpha...
Usuń