górą śmieci

     Światowy arsenał jądrowy wystarczy, aby zniszczyć życie na Ziemi. A jeśli nawet globalną katastrofę nuklearną przeżyłyby najodporniejsze i najprymitywniejsze organizmy, które mogłyby dać zaczątek przyszłej ewolucji, na pewno nie byłoby już na naszym globie człowieka i ludzkiej cywilizacji. Na przykład niesporczaki, czyli tardigrady potrafią przeżyć w temperaturze od zera absolutnego do plus 150 stopni C i znoszą tysiąc razy większe promieniowanie niż człowiek. Katastroficzne wizje atomowej zagłady ludzkości od lat stanowią pożywkę sensacyjnych artykułów, proroctw i literatury czystej science fiction. Myślę jednak, że nie ma realnych podstaw tych obaw, bowiem wcześniej zginiemy przywaleni śmieciami. Przywaleni, zatopieni, otoczeni GÓRAMI śmieci. Górami i dryfującymi po oceanach wyspami. Być może nawet wcześniej powstanie nowy ląd: Śmiećlandia. 

      Bowiem wszelkie działania są pozorne, rzekomo proekologiczne rozwiązania są śmieci warte... tfu! śmiechu warte. To, co szumnie nazywa się ekologią i ekologicznym recyklingiem to tylko działania pozorowane. Niektórzy na tym zarabiają, a inni uspokajają swoje sumienie, że coś robią. Kolejne dyrektywy, rozwiązania, jakieś butelkomaty, kaucjomaty i kolejne kolory z palety barw na oznakowanie koszy i worków przypominają zabawę dzieci w piaskownicy. Mają swoje wiaderka i łopatki a cała zabawa polega na przesypywaniu piasku z miejsca na miejsce. Przeciętny zwykły normalny człowiek nie ma ani czasu, ani możliwości dostosowywać się do pokrętnych wskazań nieraz narzucanych odgórnie. 

       Czytam nieraz "porady" jak prawidłowo segregować domowe śmieci i do jakich dopasować frakcji. Na przykład plastikowa buteleczka z pompką po kosmetyku. Czytam zalecenie, że należy oddzielić metalowe części od plastikowych. No mam w tej pompce metalową sprężynkę i co? Ręcznie się jej wydobyć nie da. Trzeba albo jakimś ostrym nożem, nożyczkami przeciąć rurkę i sprężynkę wyjąć? I mam to robić za każdym razem? I w wielu podobnych przypadkach, gdy część metalowa jest trwale przymocowana do części plastikowej? Jak ktoś ma dużo czasu, może z tej czynności sobie nawet hobby zrobić, ale wybaczcie, zwykły pracujący człowiek, mający dom, rodzinę, mnóstwo codziennych zajęć i obowiązków, nie ma czasu na takie pierdoły. Przy czym od razu zaznaczam, że nie piszę tutaj tylko o sobie. Moje obserwacje dotyczą sporej grypy zapracowanych ludzi żyjących w naprawdę intensywnej codzienności. 

       Nie wiem, czy większość ludzi w Polsce, zwłaszcza żyjących w miastach, zdaje sobie sprawę, że na przykład na wsiach, w wielu gminach wiejskich nie ma PSZOK-ów. Na pewno nie wiedzą o tym ustawodawcy, którzy wymyślili oddawanie do nich odpadów tekstylnych. Mieszkam w takiej gminie właśnie, gdzie PSZOK-u nie ma. Efekt zakazu oddawania tekstyliów do odpadów zmieszanych jest widoczny w rowach i lasach: wyrzucone stare buty, torebki z postrzępionymi paskami,  stare spodnie, pocerowane ręczniki, szmaty... A to, czego nie widać, poszło z dymem.  Nikt nie pojedzie specjalnie do miasta oddać parę dziurawych butów. Ludzie mają co innego do roboty. 

       I kolejna kwestia: częstotliwość odbierania śmieci. Moja znajoma w mieście ma odbierane na przykład bioodpady co tydzień czy co dwa tygodnie  (już dokładnie nie pamiętam), a inne śmieci dwa razy w miesiącu.  U mnie w gminie śmieciowóz przyjeżdża raz w miesiącu. Więc gdy przychodzi termin, przed posesjami można zobaczyć, zwłaszcza gdzie są liczne wielopokoleniowe rodziny, istne hałdy worków.  Czy to oznacza, że ludzie na wsi produkują więcej śmieci? Nie, tylko dłużej muszą je zbierać i przechowywać, zanim przyjedzie firma i odbierze. Zwłaszcza, że bioodpadów praktycznie nikt nie oddaje, wszyscy mają w gospodarstwach kompostowniki, a resztki jedzenia spożytkowuje się jako pożywienie dla zwierząt hodowlanych.  

      Absolutne kuriozum to odbiór elektroniki, gabarytów i opon. Odbywa się tylko RAZ w ROKU.  Ktoś wymieniał szafkę w kuchni akurat w takim momencie, e kolejny odbiór gabarytów wypadał za 10 miesięcy dopiero. Przez dziesięć miesięcy stara szafka stała i czekała na swoją kolej. Nie, nie można było jej wywieźć samemu, ponieważ do tego trzeba by było nająć kogoś z większym samochodem. Nająć, czyli poszukać jakiegoś dostawczaka, zapłacić za paliwo, za usługę. Dodatkowe koszty, mimo że przecież opłata za odbiór śmieci została już raz wpłacona. Nie każdy ma przecież odpowiednio duży samochód. Ja na przykład nie mam. 

       I te nieszczęsne opony - nie dość, że można odstawiać tylko raz w roku, to jest limit: TYLKO 4 OPONY.  Absolutne kuriozum, jeśli dotyczy gospodarstwa rolnego, w którym są maszyny rolnicze. No przepraszam, ale wozów na drewnianych kołach już nie ma. Policzmy przy minimalnej liczbie maszyn rolniczych w gospodarstwie: traktor - 4 koła, kombajn - 4 koła, rozrzutnik obornika - niech będzie najmniejszy, czyli 2 koła, przynajmniej jedna przyczepa traktorowa (chociaż z reguły mają po dwie) - 4 koła. To razem minimum 14 opon używanych jednocześnie. Możliwość oddania tylko czterech opon na rok jest po prostu śmieszna. Może w mieście, gdzie ludzie mają tylko osobowe auta, to ma sens, ale nie na wsiach, gdzie są całe gospodarstwa. I znowu skutek widzę w rowach, gdzieś pod lasem: spalone opony, że tylko druty zbrojenia zostały w pogorzelisku. Oczywiście, wkurza mnie to, ale czasami się nie dziwię. Ktoś, kto ustala normy, kompletnie nie ma pojęcia, jakie są realne potrzeby. No chyba, że komuś się przyśniło, że aby ratować świat, należy powrócić do orania z pługiem prowadzonym ręcznie przez chłopa i ciągniętym przez jego żonę oraz żniw kosami i sierpem. 

     A, nie, zaraz, przecież mamy umowę z krajami Mercosur, głód nam nie grozi, nawet gdy polskie rolnictwo zwinie manatki. Na razie. 

zależy kto liczy

      Prawdę mówiąc, jesteśmy skazani na wiadomości z drugiej, trzeciej ręki. Nawet w kwestiach tak absorbujących i globalnie ważnych, jak wojna i wszelkie konflikty. Jedno państwo napada na drugie i zaczyna się podawanie liczb: jedna strona podaje, że zginęło tylu i tylu, a druga uściśla, to znaczy albo liczbę pomniejsza, albo zwiększa. Zależy, którą wersję "opłaca się" sprzedać miliardom odbiorców w świecie. 

      Otwieram na laptopie komentarz do trwającej wojny na Bliskim Wschodzie. Pisze ktoś, że obecnie Izrael prowadzi dwie wojny. Jedną z Iranem, drugą w Libanie. I jest to prawda. Prawda z pewnego punktu widzenia. A może raczej siedzenia. Zależy, gdzie znajduje się perspektywa i jak zdefiniujemy wojnę. Bo akcja w Strefie Gazy wciąż trwa. Czy to nie jest wojna? Pierwszego marca Izrael zamknął wszystkie przejścia do Strefy Gazy dla pomocy humanitarnej. W zasadzie zwyczajnie zamknął się wokół ścisły kordon. Nikt nie wjedzie, nikt nie wyjedzie. A ludziom brakuje wody, nie ma prądu, nadal panuje głód. Więc owszem, nie spadają bomby, ale czy to nie jest wojna i w ogólnej liczbie się nie liczy? 

      Według Clausewitza wojna to kontynuacja polityki prowadzona innymi środkami. I owszem, najczęściej przybiera formę gwałtownej akcji zbrojnej, ale wszelkie działania mające za cel przymus wobec wroga i zmuszenie go do określonego działania jest aktem wojennym. To może być także odcięcie dopływu prądu, żywności, skazanie na głód, uniemożliwienie działania lekarzom, szpitalom; wszystko, co przyspieszy pogrążenie się w chaosie, niemocy i powolnym wymieraniu. 

      A dzisiaj szczególnej roli nabiera umiejętność szerzenia dezinformacji. Chcielibyśmy mieć dostęp do informacji rzetelnych, ale - nie łudźmy się! - takich informacji po prostu nie ma. Wszyscy mają swój punkt widzenia. Nawet matematyka, ta królowa nauk, nie pomoże. Save the Children informowała w październiku ubiegłego roku, że w ciągu dwóch lat wojny w Strefie Gazy zginęło 20 tysięcy dzieci.  Oczywiście władze Izraela nigdy tego nie potwierdziły, a retoryka wojenna służy uzasadnieniu wojny z Hamasem. Z kolei lekarze, świadkowie niosący pomoc humanitarną mówią o niedoszacowaniu tej liczby.  Prawdy raczej się nie dowiemy. 

       Teraz zaś trwa liczenie bomb: ile spadło na Teheran, ile na Bejrut, ile w Dubaju, ile w Katarze, a ile na amerykańskie bazy wojskowe. Ci, którzy zrzucają, chwalą się, ile zrzucili; ci, którzy się bronią, podają liczby, ile rakiet zneutralizowali, ile przechwycono dronów. Pojawiają się nagrania, na żywo obserwujemy działania.  Ogrom informacji i świadectw filmowych stwarza złudzenie, że prawie tam jesteśmy i mamy pojęcie o skali wydarzeń. Nie mamy jednak żadnego. Każde nagranie ukazuje tylko jedno zdarzenie, jedno na setki, tysiące. Nadal nie da nam to wglądu w całość sytuacji. Ani w jej wymiar liczbowy. Jeśli ktoś chciałby tym karmić swój racjonalizm - polegnie od nadmiaru szczegółów, których nie da się ogarnąć, przetrawić, zsumować. 

      Jesteśmy skazani na wiadomości z drugiej, trzeciej ręki. To jak w tych relacjach z Dubaju polskich celebrytów i innych jakichś ludzi, którzy akurat w dzień ataku na Iran postanowili się tam udać na wycieczkę. Jedni relacjonują strach i przerażenie, inni uspokajają, że wszystko jest ok, bezpiecznie i normalnie się żyje. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Jedni czekają na rządowy samolot, który ich zabierze do Polski, inni wsiadają w samochód i jadą do Rijadu (swoją eskapadę opisała Anita Włodarczyk), aby stamtąd szukać dalej drogi ewakuacji. Ale to już temat na inną dyskusję. 

      

      

Kalkulacje wojenne

       Jakie to osiem wojen Trump zakończył, czym się nieustannie chwali, gdy właśnie rozpętał kolejną?  Czy sam? Wątpię. Sojusz USA i Izraela nie jest tu przypadkowy. Czy przypadkiem wojna w Iranie nie ma większego znaczenia właśnie dla Izraela? USA są daleko i mają swoją ropę. A Izrael właśnie wysłał wojska lądowe do Libanu, rzekomo przeciwko Hezbollahowi. Wszystkie uzasadnienia są rzekome i zapętlone we własne absurdy: "Zaatakowaliśmy, bo wiedzieliśmy, że Iran na to odpowie". Co to za tłumaczenie? Gdzie konkrety? Gdzie fakty? Faktycznie Iran odpowiedział: uderzył w państwa Bliskiego Wschodu: bomby i drony spadają w ZEA, w Arabii Saudyjskiej, Katarze, Kuwejcie, Omanie a nawet na Cyprze. "Cudowna" eskalacja się robi. Irańskie kobiety mogą liczyć na europejskie wyzwolenie z pęt islamskiego reżimu. Czy równie wdzięczne będą dziewczynki, które już zostały "wyzwolone" z wszelkich więzów i zginęły w ataku na szkołę podstawową w Minabie? Ponad 80 dziewcząt zginęło, ok 70. jest rannych. Mierzi mnie ta wybiórczość i hipokryzja, bo może te ofiary się nie liczą w ogólnej kalkulacji jedynie słusznej walki o "wyzwolenie". Czy idziemy za doktryną, że wojna pociąga ofiary i to akceptujemy? Mówi się, że każda rewolucja pożera własne dzieci. I to nawet byłoby sprawiedliwe, gdyby dotyczyło tylko własnych twórców. Niestety, wojna jest ślepa. Każda wojna pożera całkiem niewinne ofiary. Nawet więcej tych niewinnych niż faktycznie odpowiedzialnych za całą sytuację. 

Wybory

        Wybory osobiste determinują nasze życie. Czasami bulwersują opinie publiczną, zwłaszcza gdy rzecz jest tak medialna, jak komentowane właśnie emerytury w służbach mundurowych. Emerytury wojskowe... Zaglądanie do cudzych portfeli z reguły kończy się frustracją. Może dla spokoju ducha lepiej nie zaglądać?

        Mój siostrzeniec po gimnazjum wybył domu i samodzielnie podjął decyzję, że pójdzie do szkoły lotniczej w Dęblinie. Został pilotem samolotów pasażerskich. Kiedy stał przed wyborem czy zostać pilotem wojskowym, czy cywilnym, rodzice namawiali go, żeby wstąpił do wojska, bo będzie miał większe pieniądze. Postanowił inaczej. Mówił im: "Do wojska nie idzie się, żeby mieć pieniądze". Potem zaczęła się wojna w Ukrainie i codzienne (i nocne też) loty wojskowych samolotów nad moim domem. Czasami huk budził mnie w środku nocy lub przed świtem. Lepsze niż budzik: nie groziło mi zaspanie do pracy. 

       Czasami trzeba podejmować decyzje dosyć wcześnie. Artykuł na Onecie o młodym szachiście, który w lutym tego roku został wicemistrzu świata w swojej kategorii wiekowej. Artykuł TUTAJ   Czy sukces bierze się sam z siebie? Szachy tak samo jak każda dyscyplina wymaga trenowania. A to z kolei wymaga pieniędzy. Nie raz w roku, lecz stale przez wiele lat. Treningi, zgrupowania, uczestnictwo w turniejach... Rok w rok na coraz wyższym poziomie, żeby zostać arcymistrzem światowej klasy. Tak jest w każdej dyscyplinie. Czy dotacje sportowe są przydzielane adekwatnie do sukcesów? No tu mam ogromne wątpliwości, gdy patrzę na przykład na "sukcesy" polskiego futbolu. 

       W pewnym momencie każdy musi zdecydować, co będzie robił w przyszłości. Czy będzie pilotem wojskowego myśliwca, czy mistrzem szachów. Można też przejąć rodzinny biznes i prowadzić sklepik osiedlowy lub warsztat samochodowy. Albo zrobić odpowiednie prawo jazdy i jeździć busem w firmie transportowej obsługującej sieć lokalnych dróg w powiecie. Jej właściciel, rozwijający firmę od dwóch dekad, ma trzy córki i dwóch synów. Wszyscy jeżdżą w firmie ojca. Mało tego, jeżdżą też synowe i zięciowie. Obecnie firma obsługuje nawet wycieczki zagraniczne. 

         Różne decyzje stają przed człowiekiem w ciągu życia. Można zostać nauczycielem i wysłuchiwać epitetów w stylu "nieroby", "nieudacznicy", "nieuki; można być pielęgniarką i czytać, że "zamykają się w dyżurce i kawę piją"; można zostać lekarzem ze specjalizacją "konował" przypisaną przez  niezadowolonych pacjentów. Można też nie skończyć żadnej szkoły, nie iść do żadnej pracy, tylko przez całe życie korzystać z zasiłków, ponieważ "w tym kraju nie ma pacy dla ludzi z moim wykształceniem". 

         Ja jednak wiem, że wolę mieć mniejsze pieniądze niż latać myśliwcem, bo od przeciążeń ciśnienia rzędu 10 g boli mnie głowa. 


Atrofia

      Wychodząc poza sferę medyczną, w której termin ma określone znaczenie, atrofią nazwałabym zanik pewnych umiejętności wydawałoby się - jeszcze kilka lat temu - oczywistych. Na przykład zawiązywanie sznurowadeł.  Coraz więcej dzieci w wieku przedszkolnym nie umie zawiązać sznurówek u swoich butów.  Później ten brak umiejętności przenoszą do szkoły podstawowej i gdy w palcówce obowiązuje zmiana obuwia, robi się problem. Bo kto ma te zawiązywać? Nauczyciel? Dlatego rodzice w celu uniknięcia problemów - i - nie oszukujmy się - dla ułatwienia SOBIE życia - kupują dzieciom buty na rzepy. Bo wygoda, bo szybciej, bo łatwiej. Tylko że jak alarmują specjaliści od psychologii rozwojowej dzieci, jeśli w wieku kilku lat przegapi się ten moment, gdy dziecko z łatwością nauczyłoby się te sznurówki zawiązywać, z czasem będzie tylko trudniej. Ale jak to zwykle bywa,  naukowcy sobie, badania sobie, a rodzic sobie. Bo... łatwiej, szybciej, wygodniej. Tymczasem manualną sprawność człowiek nabywa w określonym momencie, we wczesnym dzieciństwie. Właśnie wtedy, gdy rodzicom się spieszy i nie myślą o ułatwieniu życia swojemu dziecku w przyszłości, tylko o ułatwieniu sobie dnia teraźniejszego. 

       Nie chcę drążyć tego tematu, jak ktoś nie widzi problemu, to ... jego problem. Ale ciekawa rzecz, po kilkunastu latach taki dzieciak z czym będzie miał problem? Obserwacja naoczna: kurs programowania. O, tu zapewne ci młodzi dadzą sobie świetnie radę, nieprawdaż? Jasne, z zawiłościami programów tak, ale organizator postanowił sprawdzić efekty kursu i trzeba zrobić zaliczenie, coś jak taki mały egzamin. Każdy dostaje zadanie, ma na to określony czas i do dzieła. Koniec najciekawszy, żeby sprawdzić, egzaminator rozdaje wszystkim zapakowane osobno w plastikowe płaskie etui płyty CD-ROM i każe efekty pracy nagrać. Oczywiście wszystko też odpowiednio zakodowane, żeby zapewnić bezstronność i anonimowość. Zostanie wysłane gdzieś tam do centrali. Nie wnikam, czy akurat ten sposób jest najbardziej efektywny, nie w tym rzecz. 

          Pojawia się zagadka: z czym kursanci mieli problem???? Zwłaszcza ci młodsi, tacy do lat 20. 

Z  otworzeniem plastikowego etui z płytą.  Naprawdę. Byłam, wdziałam. Nie umieli otworzyć. Palce bezradne, w oczach panika. Jestem do dziś w szoku. 

Echa

       Internet sprawia, że echa wydarzeń są głośniejsze, rozchodzą się szerzej i docierają dalej. Jak daleko, zależy od rodzaju echa i odbiorców, którzy czytają. Podobno w Zjednoczonych Emiratach Arabskich niezbyt interesują się aferą z dokumentami w sprawie Epsteina, dlatego tam może "schować się" Sarah Ferguson po ujawnieniu jej mailowej korespondencji i ostatnich poczynaniach brytyjskiej policji, która aresztowała byłego księcia Andrzeja. Na razie to tylko spekulacje pewnej "ekspertki", ale na razie nie wiadomo, gdzie się Ferguson podziała. Zniknęła. 

      Nie milkną echa korupcji na najwyższych szczeblach władzy w Ukrainie. Spore i ścisłe otoczenie Zełenskiego zamieszane w afery przetargowe, na których zarabiali miliony. Leciały głowy, niektóre głowy uciekły, jak Mindicz, najbliższy współpracownik Zełenskiego, NABU rozpoczęło aresztowania, więc Zełenski uderzył w NABU. Zaczęto prześladować samych śledczych antykorupcyjnych. Spirala podejrzeń się rozkręca na dobre. 

        Pamiętam, jak w początkowej fazie wojny u mnie w pracy wszyscy byli zachwyceni postawą Zełenskiego. Mówiono: "Ukraińcy mają wspaniałego prezydenta".  Niektórzy nawet takiego prezydenta im zazdrościli.  Po miesiącach, gdy przybysze z Ukrainy zatrzymali się na dłużej w mieście, w opinii publicznej zaczęły się pojawiać inne głosy. Sami Ukraińcy ujawniali, na postawie doniesień od swoich bliskich walczących na froncie, jak wielka jest skala korupcji w armii. Nasze zbiórki pieniędzy, organizowana pomoc materialna niekoniecznie trafiała na front. Kupowaliśmy wyposażeni dla żołnierzy, wpłacaliśmy na oficjalne konta na wojsko. Pieniądze i pomoc nie docierały tam, gdzie trzeba. Na wojnie zawsze ktoś może zarobić. To nie jest kwestia polityczna, kwestia tzw. przestrzeni życiowej, historycznego prawa do samostanowienia, idei wolnościowych i tym podobnych. Wojna to zwykły biznes. Może raczej niezwykły ze względu na skalę zysków. Po prostu nie opłaca się konfliktu zakończyć. Zełenski traci na popularności i jeszcze dopóki jeździ po świecie, negocjuje, jakoś się trzyma, ale dni jego prezydentury są policzone. 

      Dla większości społeczeństwa - przynajmniej w moim otoczeniu - najciekawsze  echa to obecnie Igrzyska Olimpijskie. Tradycyjne polskie krytykanctwo wobec sportowców i euforia po tych kilku - czterech - zdobytych medalach. Nasza słowiańska niestabilność emocjonalna. Zamiast się zwyczajnie cieszyć, że impreza się odbywa, zamiast delektować się śledzeniem ulubionych dyscyplin, z każdego występu polskiego sportowca robi się sprawę narodową. I albo euforia medalowa, albo rozpatrywanie w kategoriach porażki, klęski. No bo jak "murowany" kandydat do medalu dociera na czwartej pozycji to jest "trauma", "tragedia" i oczywiście "okradziono nas".  

      Kiedyś, przed laty, oglądałam w zimowych zmaganiach zawody w curlingu. Dlaczego? Bo nie startowali w nich Polacy. Rozkoszowałam się samym oglądaniem rywalizacji. I było mi wszystko jedno, kto wygra.  Najciekawsze było samo widowisko. Czajniki na lodzie -  ciekawe jak daleko posunąłby się mój kuchenny czajnik na lodowisku na podwórzu? 

     

Dlaczego ludziom brakuje pomysłów?

      Od razu odpowiadam: nie wiem. Pytanie jest retoryczne i znaczy po prostu: dziwię się, że ludziom brakuje pomysłów.  Przeglądarka internetowa wyświetliła mi mnóstwo (nie liczyłam, ile) poradników, blogów, stron z poradami typu: "skąd brać tematy do pisana na blogu", "101 pomysłów na wpisy blogowe" i podobnych. Doprawdy, nie rozumiem. Jeśli ktoś chce założyć blog, to znaczy, że wie, co chciałby na nim pisać, o czym pisać, jaką tematykę prezentować. Naprawdę są ludzie, którzy chcieliby prowadzić blog, ale nie wiedzą o czym? To jakieś absurdalne. Tak, jakby ktoś planował napisać  powieść, ale nie miał pomysłu o czym, jakich bohaterów zamieścić, co miałoby być w fabule. Ale może nie znam świata i ludzi, może czegoś nie rozumiem ... Na przykład postawy: chcę to robić, ale nie wiem, jak. Biorę skrzypce do ręki chcę grać, ale nie mam pojęcia jak chwytać smyczek, jak wydobyć ton, jak w ogóle te skrzypce trzymać, ale... JA CHCĘ GRAĆ?  Czy to naiwność, czy przesadne mniemanie o swoich możliwościach? Zdolnościach? 

       Logicznie byłoby najpierw się dowiedzieć, na czym dana rzecz polega, a potem ewentualnie zdecydować, czy w to wchodzę.  Ale może dzisiaj wypada odwrotnie? Taka moda?  Chociaż w zasadzie w Internecie powszechne są opinie typu: "nie znam się, ale się wypowiem", więc  w zasadzie... normalka. 


kobiety pszeniczne

       Niektóre tak pomarszczone, że trudno odgadnąć, ile mają lat. Na pewno są w wieku słusznym. Czasem pokrzywione, wychylone w bok lub w ...