Jeden cmentarz ogarnęłam już jakiś czas temu, bo daleko, teraz dwa bliższe. Trochę mycia, trochę grabienia, trochę sprzątania starych zniczy. Tym razem nie kupuję nowych, tylko umyłam te, które są ładniejsze i dokupiłam tylko wkłady. Przecież one jeszcze długi czas mogą być używane, po co to kupować nowe, nie wiem. A potem całe hałdy leżą gdzieś obok kontenerów, bo się nie mieszczą. Tu przyznam, że bardzo podoba mi się pomysł ustawienia przy bramie wejściowej na cmentarz regału z półkami, na których można zostawić zbędny znicz, gdy ktoś chce wymienić, a kto potrzebuje, może sobie wybrać i wziąć zamiast kupować. Stoją takie dwa przy dwóch najbardziej obleganych bramach. Widzę, że regały mają wzięcie i cały czas trwa tam ruch. Jedni zostawiają dobre, ładne jeszcze znicze, a inni wybierają coś dla siebie, gdy im się spodoba. Widziałam takie rozwiązanie dopiero na jednym cmentarzu, ale może pomysł zyska popularność także w innych miejscowościach.
W tym roku postąpiłam podobnie, tylko ze swoimi własnymi zniczami. Które są całe, nie rozbił je wiatr czy inne okoliczności, wzięłam do domu, umyłam, dokupiłam wkłady i postawiłam ponownie. A część mam jeszcze na wymianę w najbliższym czasie. Kwiaty kupuję co roku nowe, bo nie umiem wyhodować sama chryzantem ze szczepków. Jakoś nigdy się tego nie nauczyłam i mi nie wychodzą. Sztucznych nie kupuję. Mało to plastiku wszędzie?
No i tak sobie wczoraj zawiozłam część zniczy i kwiatów. Dzisiaj kolejną część, już ostanie zakupione chryzantemy. Pogoda zapowiada się bez przymrozków, to trochę postoją. Odwracam się do powrotu i... jak nie pierdyknę na nowy chodnik w alejce cmentarnej! Aż mi buty spadły. Leżę jak długa. czuję tylko, że się nie połamałam, ale wstać się bałam w pierwszej chwili. Chodnik położyli niedawno, ma co najmniej 15 cm wysokości, wszystkie groby wzdłuż alejki są na dużo niższym poziomie. No i zaczepiłam z impetem. Mimo spodni, na jednej nodze pod kolanem zdrapane w dwóch miejscach do krwi, na drugiej rozbite kolano. Obok siniaki. Ratując się podparłam się rękami, całe szczęście w rękawiczkach, które się rozdarły, ale dzięki nim nie pozdzierałam na dłoniach skóry. Tylko łokieć lewej ręki też zasiniaczony, bo na niego upadłam. Kurtka i sweter pod nią ochroniły rękę przed bardziej krwawymi skutkami. A cała poleciałam tak gwałtownie, że głowa mnie boli do tej pory od samego wstrząsu w powietrzu, chociaż nią na szczęście nie uderzyłam.
No i tak to chyba skończyły się moje tegoroczne peregrynacje po cmentarzach. Przypuszczam, że dopiero jutro naprawdę zacznie mnie boleć. Rodzina mnie zwiozła do domu i na razie leżę, odkażam rany, smaruję siniaki maścią. Rozbite kolano nieco sztywnieje, ale nie wygląda groźnie. Trzeba będzie się trochę pooszczędzać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz