;-)

        Tego, co piszą, nie da się już traktować serio. W każdym nagłówku zamieniłam jedno słowo. Nie sądzę, że wyszło  gorzej niż było, a przynajmniej jest nieco weselej. 

"Pokaz mocy frytek"

"Wreszcie cisza w ogonie"

"Wydajemy na Krecie... " a może na krecika? Cholera wie. 

"Nie miał nawet animacji"

"Dilernie trudny quiz"

"Pieszczą katastroficzny scenariusz"

"Dlaczego pecetom jest tak ciężko?"

"W sklepie obijamy łukiem"

"Podkreśliła balię"

"Dodaj szyszkę do duszonego mięsa"

no i pieprznęło

 co prędzej czy później było do przewidzenia

znikamy?...

chwilowo się poprawiło, ale nie ufam za bardzo;-)

zalogować mnie nie chce do komentowania

To jest wielka awaria, wielka naprawa czy wielki szajs?... 

za długo

      Lato trwa zdecydowanie za długo. Zwłaszcza z upalnymi dniami, kiedy na nic nie ma się ochoty i organizm marzy tylko o minimalizowaniu wydatkowanej na życie energii. Nie znoszę upałów i jest mi wtedy bardzo źle. Wczorajszy pobyt w mieście, gdzie dawniej pracowałam, też mnie zmęczył. Te ulice pełne samochodów, ludzie wszędzie dokądś spieszący, nagrzane słońcem chodniki, od których bije gorąco, kurz i pył wokół terenu z budową, nawet kawiarnia niemal pełna. Nie wchodziłam do żadnych sklepów, bo na samą myśl o tłumie robiło mi się słabo. Każdy oddech w takiej atmosferze wymaga zwiększonego wysiłku. Każde sięgnięcie do torebki po portfel czy cokolwiek przypomina podnoszenie ciężarów. Nawet wejście po stopniach busa sprawiło mi większą trudność niż zwykle. 

      Spotkałam kilka osób z dawnej pracy. Kilka zdań rozmowy, co słychać, co nowego, co starego. Ktoś coś opowiedział nowego, ktoś inny wspomniał coś z lat wcześniejszych, gdy tam też pracowałam. Padło jakieś zaproszenie, żebym wpadała częściej. Nie wiem, czy już mi tak wszystko jedno, ale żadnych emocji, żadnego poruszenia myśli one nie wywołały. Ot, takie sobie historyjki. Jak tysiące podobnych w tysiącach innych miejsc pracy. Za długo już mnie tam nie ma, części nowych ludzi nie znam, więc i opowieści o tym, co się dzieje, są dla mnie mało czytelne. Stopniowo zacierają się kontury zdarzeń i osób a przeszłość traci na wyrazistości. Z trzema, czterema osobami zdarzają się jakieś SMS-y, e-maile, krótkie rozmowy, ale tak naprawdę tylko z jedną osobą nadal utrzymuję stały kontakt, taki niewymuszony. Dzwonimy do siebie, opowiadamy, co nowego, dzielimy się przeżyciami, wspieramy w trudnych chwilach. Czas zweryfikował, z kim rzeczywiście nawiązałam bliższą i trwalszą relację. Od lat uważam, że w pracy nie ma przyjaźni. Przyjaźnie nawiązuje się w innych sytuacjach, niż tylko to samo miejsce pracy. Można z kimś być w pracy jak najbardziej w życzliwych stosunkach, wspomagać się wzajemnie, współpracować, wspierać, ale to nie to samo, co przyjaźń wynikająca z głębszych życiowych okoliczności. Nie mieszam tego. Pracowałam w czterech różnych miejscowościach i instytucjach, więc poznałam sporo ludzi. Koleżeństwo w pracy kończy się jako relacja, gdy z tej pracy się odchodzi. Nawet jeśli jeszcze przez jakiś czas będzie się w kontakcie takim czy innym, jeśli duża odległość, to najczęściej pozostaje kontakt telefoniczny czy mailowy. Nieważne, z czasem przemija i to. Wspomnienia nie są już takie żywe i intensywne, przechodzimy do nowego etapu.

      Spotykam tych ludzi z dawnej pracy i na ich pytanie, co u mnie słychać czasami naprawdę nie mam pojęcia, co odpowiedzieć. Oczywiście "Dziękuje, w porządku" zawsze można powiedzieć, tylko czy to jest rozmowa? Czy nie lepiej po prostu powiedzieć "Cześć!" i rozejść się bez udawania, że jest się czymkolwiek zainteresowanym. Tym bardziej, że wcale nie chcę i nie potrzebuję opowiadać o swoim życiu obecnym komuś, z kim zetknęła mnie praca zawodowa tylko na parę lat, a potem nasze drogi się rozeszły. 

      No więc te spotkania z osobami z dawnej pracy mnie zmęczyły na równi z ciężką pogodą. Za długo trwa upalne lato, za długo mnie już w tamtym mieście nie było, za długo z niektórymi się nie widziałam, żeby mieć coś do powiedzenia. 

rzeka i mapy

       Rzeka płynie. Rzeka na mapie. Rzeka Heraklita. Nie możesz wejść dwa razy do tej samej rzeki. Wchodzi się raz i już zostaje na całe życie. Rzeka to życie. Płynność, zmiany, los. Rzeka to śmierć. Rzeki na mapie jak cienkie linie. Wyrysowany bieg, podpisane nazwy. Czy na zawsze te same?

         Satelitarne zdjęcia ukazują ogrom katastrofy w Nepalu. Z góry nitki rzeki stały się szerokimi wstęgami szarości. Wody rzeki zamienione w muliste fale błota pełne kamieni, wyrwanych drzew, porwanych domów. Z bliska, z nagrań świadków widać więcej szczegółów: mosty złamane jak zapałki, autobusy i samochody kotłujące się w kipieli jak pozrywane z płaszcza guziki, domy płynące z nurtem jak bezludne wyspy. Wzbierające piętra fal zawładnęły szerokim korytem. Uciekający ludzie. Słychać tupot, krzyki, płacz. 

       Czy katastrofa wzdłuż rzeki Bhote Koshi zmieni krajobraz? Zmieni na tyle, że z wartkiego strumienia górskiej rzeki, na której organizowano spływy kajakowe, powstanie szerokie cuchnące rozlewisko z zatopionymi miejscowościami? Pojawią się nowe mapy bez ich nazw? Albo powstaną nazwy nowe na oznaczenie powstałych jezior? Na granicy nepalsko-chińskiej w pobliżu przejścia granicznego Gyirong powstało jezioro. Mieści już 2 miliony metrów sześciennych wody i jest pełne. W najbliższym czasie dopłyną do niego kolejne 3 miliony metrów sześciennych wody, która wystąpi z jego brzegów i spłynie niżej zatapiając wszystko po drodze, co jeszcze zostało. Nowe jezioro, nowe mapy.

       Stare jezioro. Nowe mapy. Donald Trump właśnie jednym podpisem zmienił nazwę jeziora Ontario na Jezioro Amerykańskie, czy może raczej jezioro Ameryka. Wszystkie mapy, atlasy wyrzucić. Drukujemy nowe z Zatoką Amerykańską zamiast Meksykańską, Jeziorem Amerykańskim i górskim szczytem Mount McKinley. Mam stary atlas z lat szkolnych i tam jest Mount McKinley. Całkiem niedawno, w 2015 roku góra oficjalnie została przemianowana na Denali, ale od zeszłego roku znowu jest McKinley. Obawiam się, że mapy nie zdążyły się zmienić. I mój stary atlas w tym akurat zakresie nadal jest aktualny. Z Ontario będzie trochę więcej zachodu. I więcej farby drukarskiej na to pójdzie. 


Fragment mapy Ameryki Północnej sprzed 1928 roku, Józef Michał Bazewicz (wydawca), litografia barwna Władysława Główczewskiego; zdjęcie z domeny publicznej

Najnowsze doniesienia: pękła tama w Tybecie, wycofano ekipy ratownicze. Masy wody wylewają się z powstałego po osuwisku jeziora. Potwierdzono śmierć w wyniku powodzi ponad 470 osób, prawie półtora tysiąca jest zaginionych. 

chwile

        Pamięć nie rejestruje całego życia. Przechowuje tylko chwile. Z jakiegoś powodu niektóre z nich utrwalają się na dłużej. Więc chociaż życie toczy się nieustannie, w pamięci zostaje zapisane bardziej jak album ze zdjęciami lub zestaw stop-klatek. Czasami człowiek ma ochotę zapamiętać coś, ale i tak bywa z tym różnie, bowiem okazuje się, że pamięć niekoniecznie posłucha decyzji woli. Zapamięta to, czego nie chcemy, odrzuci to, co chcielibyśmy zatrzymać we wspomnieniach. Może dlatego ludzie zaczęli pisać dzienniki i pamiętniki? Bo zauważyli, że ich własna pamięć bywa zawodna? A dzisiaj w utrwalaniu chwil pomagają zdjęcia, filmy, pisanie bloga. 

       Chciałabym wierzyć, że zapamiętam te chwile, ale jestem realistką: wiem, że nie. Będę pamiętać przez tydzień, dwa, a potem pojawią się nowe warte zapamiętania i wyprą poprzednie z pamięci. Chwile zatrzymania, zdumienia, zachwytu...  Chwile zmęczenia i oddechu, smaku, gwaru i ciszy... Chwile piękne, smutne, przykre i radosne... Chwile oczekiwane i niespodziewane... Chwile pełne życia.

       W dawno nieodwiedzanej kawiarni z książkami najpierw zamówiłam kawę, a później zanurzyłam w półki, szukając czegoś do krótkiego przeglądu przy kawie. Odczytuję tytuły - znane i nieznane. Nazwiska - znane i nieznane. W końcu biorę dwie pozycje. Mam zamiar przejrzeć je przy stoliku i zdecydować, którą ewentualnie kupić. Otwieram jedną, zaczyna się obiecująco: "Są miasta, których nienawidzisz od pierwszego wejrzenia..." O, coś jak przewodnik à rebours. Może być ciekawe. Czytam dalej: "Zwykle nie dlatego, że brakuje im atrakcyjności. Wcale nie... Wielu turystów zakochuje się w nich na śmierć. Szkicuje w notesie zabytkowe świątynie i perspektywę wąskich średniowiecznych uliczek." Całkiem podchwytliwie się zaczyna, tym bardziej, że w tytule rozdziału jest Wenecja, a cała książka nosi tytuł "Ekspres do Galicji", autor mi nieznany - Bohdan Kołomijczuk. Jeszcze data pod tą Wenecją: 2 kwietnia 1906. Moje skojarzenia są takie, że będzie to jakby przekorny przewodnik po Wenecji, a w dalszych rozdziałach także kolejnych miast mijanych przez ten kolejowy ekspres jadący do Lwowa na początku XX wieku. Tym bardziej się w tym upewniłam, gdy w spisie treści zobaczyłam, że Lwów występuje tam pod nazwą z czasów Cesarstwa Austro-Węgierskiego jako Lemberg. Uwielbiam takie starocie! Biorę. Mam już kilka książek o dawnej Galicji, więc będzie i ta do kolekcji. 

       W domu niespodzianka! Książka to szpiegowski kryminał w stylu retro. Rzecz dzieje się w kwietniu 1909 roku z główną akcją osadzoną we Lwowie, ale zasięg szpiegowskiej intrygi zahacza o Wiedeń, Berno, Moskwę i inne miasta. Pojawia się w tle nawet Breslau, czyli Wrocław. Głównym bohaterem jest lwowski komisarz policji Adam Wistowicz i cała plejada osób z podwójną tożsamością, szpiegów, detektywów i rosyjskich arystokratów. W przebiegu akcji nakładają się trzy serie wydarzeń: jedna typowo kryminalna seryjnego mordercy, druga historia zemsty porzuconej kobiety i trzecia szpiegowsko-wywiadowcza o zasięgu międzynarodowym. Historie te krzyżują się w tych samych miejscach, ich kulminacja następuje we Lwowie, gdzie ostatecznie znajdują one finisz. Może niezupełnie finisz, bo historia rywalizacji wywiadu austro-węgierskiego i rosyjskiej Ochrany pozostaje sprawą otwartą. W końcowej scenie pojawia się tajemnicza para małżeńska o nazwisku Weber. Opis postaci niedwuznacznie sugeruje, że są to Lenin i Nadieżda Krupska, a jeden z bohaterów mówi: "ci ludzie pewnego dnia zniszczą dynastię Romanowów". 

        Czyta się świetnie. Jestem pod wrażeniem tłumacza, który oddał specyficzną stylizację językową z ukrytym ironicznym humorem i sarkazmem dialogów. Atmosfera austriacko-węgierskiego Lwowa oddana znakomicie. W przypisach uwzględnione zostały zmiany nazw ulic, dzięki którym można - o ile ktoś mniej więcej orientuje się w topografii miasta - śledzić przemieszczanie się bohaterów. Więc chociaż rzecz nie okazała się zgodna z pierwszym wrażeniem, lektura dostarczyła mi wiele przyjemności. 

       Nie odmówiłam sobie uzupełnienia wrażeń z przestrzeni powieściowej o kolejną przyjemność kilka dni później, gdy w kawiarni ujrzałam ciastko z Paryżem w nazwie. W pamięci pozostał mi smak orzechowego Paryża. I tak światowo delektując się chwilami nad książką, kawą i ciastkiem, opracowuję plan ekstremalnego wyjazdu na wiosnę przyszłego roku. Au revoir!

nie ma dokąd uciec

       Partia brydża nie skończyła się dla mnie pomyślnie, bo nie ugrałam robra, choć szanse były, ale gdy się najpierw marnuje kartę, licytuje i idzie trzy piki, a potem zdobywa jeszcze dwie dodatkowe lewe nadróbki, to tylko sama sobie jestem winna. Wszystkie piki z góry, tak samo wszystkie z góry kara wzięte, do tego trzymanie w treflach, a w kierach as. Na koniec więcej biorących kart niż lewych do wzięcia. Aż serce boli, gdy się dublują i nakładają na siebie. No i na tym się dobra passa skończyła. Jak mawiał stary brydżysta: "Karta nie świnia i jak marnujesz, to się pchać nie będzie". Żadne to pocieszenie, że druga para też zmarnowała, bo miała w kartach szlemika, a grała tylko cztery. W sumie jednak im poszło i tak lepiej.  

       Ta partyjka była oddechem po wyczerpującym tygodniu. Nieważne, kto wygrał, kto przegrał. Gramy dla przyjemności. Kto się wykładał, robił kawę. Dawno już nie było takiego wieczoru zapomnienia o codziennym kieracie, niecodziennych wydarzeniach, tragicznych doniesieniach ze świata, o chronicznym zmęczeniu, choć gra się długo i do późna. Ale to zupełnie inne zmęczenie i inne emocje. Siedzimy razem przy jednym stole, licytujemy w parach, liczymy na dogadanie się z partnerem, a jak karta już leży na stole, ćwiczymy umysł opracowując strategię wyjść, przejść i liczymy lewe. Pośmiejemy się z siebie nawzajem, pożartujemy z nieudanych licytacji, albo pogratulujemy sobie dobrej karty i dobrego zagrania.

      Było mi to potrzebne. Spotkanie starszego pokolenia z młodymi. Trochę rywalizacji, trochę współpracy, gdy w parze jest jedna osoba z młodzieży i jedna ze starszego pokolenia. A przy okazji inne tematy, jak nowinki techniczne w postaci routera, który skanuje całe otoczenie i śledzi ruchy mieszkańców, a dane wysyła do swojego właściciela, czyli chyba dostawcy Internetu. Albo kwestia wszystkich danych osobowych, które znajdują się w globalnej sieci, a tak naprawdę zgromadzone są w dwóch olbrzymich komputerach znajdujących się w USA. Tu trochę mam wątpliwości, czy chińskie dane też tam są, ale tak czy inaczej to całe RODO psu na budę się zdaje. Mydlenie oczu i pozorowanie ochrony. Cokolwiek wysyłasz do Internetu, zostaje tam na wieki wieków amen. Ty już dawno zapomnisz, co gdzie poszło, ale Internet nie zapomina. Czasami myślę, że ten, kto wymyślił Internet, zazdrościł Bogu wieczności. 

       Chwile offline będą z czasem nabierały coraz większego znaczenia. Staną się cenną potrzebą, na którą będzie stać tylko najbogatszych. Za czystą nieskanowaną przestrzeń, nieoplątaną krzyżującymi się liniami mappingu, trzeba będzie słono zapłacić. Już teraz gdziekolwiek człowiek się znajdzie, czujne oko kamery go rejestruje: na ulicach, w urzędach, instytucjach, w sklepach, siedzącego w domu przed laptopem czy patrzącego w ekran smartfona. Nawet w lesie są monitoringi. Całą kulę ziemską oplątały satelity i zbierają dane, skanują, robią zdjęcia. Udogodnienia w codziennym życiu kosztują już zbyt wiele: utraciliśmy większość dawnego zakresu wolności. Powszechna inwigilacja jest faktem. Człowiek się wysikać w lesie nie może, bo go namierzą i zrobią zdjęcie. Z drona policzą ile masz kur na podwórku. 

     Wszędzie czujne oko sprawdza czy jesteś w porządku. Wobec kogo? Czego? Kiedyś określenie "w porządku" oznaczało kogoś godnego zaufania, na kim można polegać, z kim można się porozumieć. Dzisiaj "być w porządku" znaczy spełniać kryteria społecznej inżynierii. Nie ma dokąd uciec. 

       

??!

 Kto to powiedział i kiedy? Wydawałoby się, że takie słowa mogły paść gdzieś w latach 30-tych XX wieku oraz w czasie II wojny światowej. Nic z tych rzeczy: słowa padły trzy dni temu - 15 sierpnia 2026 roku, a mają usprawiedliwić przeprowadzenie zabójstw całkiem przypadkowych ludzi. 

Gdzie? Kto?

Można sobie wygooglować.  Włos się jeży na głowie. 

"...tam są ludzie, którzy nie są godni życia. Nie powinni żyć. To nawet nie są ludzie"

ojciec Czas, matka Rzeka

        Podziwiam ludzi, którzy potrafią zrobić bilans miesiąca wyszczególniając, co zrobili, co się wydarzyło, co kupili, gdzie byli. Nie w...