Pamięć nie rejestruje całego życia. Przechowuje tylko chwile. Z jakiegoś powodu niektóre z nich utrwalają się na dłużej. Więc chociaż życie toczy się nieustannie, w pamięci zostaje zapisane bardziej jak album ze zdjęciami lub zestaw stop-klatek. Czasami człowiek ma ochotę zapamiętać coś, ale i tak bywa z tym różnie, bowiem okazuje się, że pamięć niekoniecznie posłucha decyzji woli. Zapamięta to, czego nie chcemy, odrzuci to, co chcielibyśmy zatrzymać we wspomnieniach. Może dlatego ludzie zaczęli pisać dzienniki i pamiętniki? Bo zauważyli, że ich własna pamięć bywa zawodna? A dzisiaj w utrwalaniu chwil pomagają zdjęcia, filmy, pisanie bloga.
Chciałabym wierzyć, że zapamiętam te chwile, ale jestem realistką: wiem, że nie. Będę pamiętać przez tydzień, dwa, a potem pojawią się nowe warte zapamiętania i wyprą poprzednie z pamięci. Chwile zatrzymania, zdumienia, zachwytu... Chwile zmęczenia i oddechu, smaku, gwaru i ciszy... Chwile piękne, smutne, przykre i radosne... Chwile oczekiwane i niespodziewane... Chwile pełne życia.
W dawno nieodwiedzanej kawiarni z książkami najpierw zamówiłam kawę, a później zanurzyłam w półki, szukając czegoś do krótkiego przeglądu przy kawie. Odczytuję tytuły - znane i nieznane. Nazwiska - znane i nieznane. W końcu biorę dwie pozycje. Mam zamiar przejrzeć je przy stoliku i zdecydować, którą ewentualnie kupić. Otwieram jedną, zaczyna się obiecująco: "Są miasta, których nienawidzisz od pierwszego wejrzenia..." O, coś jak przewodnik à rebours. Może być ciekawe. Czytam dalej: "Zwykle nie dlatego, że brakuje im atrakcyjności. Wcale nie... Wielu turystów zakochuje się w nich na śmierć. Szkicuje w notesie zabytkowe świątynie i perspektywę wąskich średniowiecznych uliczek." Całkiem podchwytliwie się zaczyna, tym bardziej, że w tytule rozdziału jest Wenecja, a cała książka nosi tytuł "Ekspres do Galicji", autor mi nieznany - Bohdan Kołomijczuk. Jeszcze data pod tą Wenecją: 2 kwietnia 1906. Moje skojarzenia są takie, że będzie to jakby przekorny przewodnik po Wenecji, a w dalszych rozdziałach także kolejnych miast mijanych przez ten kolejowy ekspres jadący do Lwowa na początku XX wieku. Tym bardziej się w tym upewniłam, gdy w spisie treści zobaczyłam, że Lwów występuje tam pod nazwą z czasów Cesarstwa Austro-Węgierskiego jako Lemberg. Uwielbiam takie starocie! Biorę. Mam już kilka książek o dawnej Galicji, więc będzie i ta do kolekcji.
W domu niespodzianka! Książka to szpiegowski kryminał w stylu retro. Rzecz dzieje się w kwietniu 1909 roku z główną akcją osadzoną we Lwowie, ale zasięg szpiegowskiej intrygi zahacza o Wiedeń, Berno, Moskwę i inne miasta. Pojawia się w tle nawet Breslau, czyli Wrocław. Głównym bohaterem jest lwowski komisarz policji Adam Wistowicz i cała plejada osób z podwójną tożsamością, szpiegów, detektywów i rosyjskich arystokratów. W przebiegu akcji nakładają się trzy serie wydarzeń: jedna typowo kryminalna seryjnego mordercy, druga historia zemsty porzuconej kobiety i trzecia szpiegowsko-wywiadowcza o zasięgu międzynarodowym. Historie te krzyżują się w tych samych miejscach, ich kulminacja następuje we Lwowie, gdzie ostatecznie znajdują one finisz. Może niezupełnie finisz, bo historia rywalizacji wywiadu austro-węgierskiego i rosyjskiej Ochrany pozostaje sprawą otwartą. W końcowej scenie pojawia się tajemnicza para małżeńska o nazwisku Weber. Opis postaci niedwuznacznie sugeruje, że są to Lenin i Nadieżda Krupska, a jeden z bohaterów mówi: "ci ludzie pewnego dnia zniszczą dynastię Romanowów".
Czyta się świetnie. Jestem pod wrażeniem tłumacza, który oddał specyficzną stylizację językową z ukrytym ironicznym humorem i sarkazmem dialogów. Atmosfera austriacko-węgierskiego Lwowa oddana znakomicie. W przypisach uwzględnione zostały zmiany nazw ulic, dzięki którym można - o ile ktoś mniej więcej orientuje się w topografii miasta - śledzić przemieszczanie się bohaterów. Więc chociaż rzecz nie okazała się zgodna z pierwszym wrażeniem, lektura dostarczyła mi wiele przyjemności.
Nie odmówiłam sobie uzupełnienia wrażeń z przestrzeni powieściowej o kolejną przyjemność kilka dni później, gdy w kawiarni ujrzałam ciastko z Paryżem w nazwie. W pamięci pozostał mi smak orzechowego Paryża. I tak światowo delektując się chwilami nad książką, kawą i ciastkiem, opracowuję plan ekstremalnego wyjazdu na wiosnę przyszłego roku. Au revoir!
Najbardziej trafia do mnie myśl, że czasem dopiero po czasie zauważamy, jak ważne były pozornie zwyczajne chwile. Na co dzień łatwo je przeoczyć, bo człowiek ciągle gdzieś się spieszy i myśli o tym, co jeszcze przed nim. A później właśnie takie drobne momenty potrafią wracać w pamięci zaskakująco wyraźnie. Czasem warto więc trochę zwolnić i naprawdę być w tym, co akurat się dzieje.
OdpowiedzUsuńŻycie chwilą tu i teraz to częste motto, ale niewiele osób potrafi je realizować. Lubię takie chwile, kiedy nie myśląc o jutrze, chłonę to, co wokół akurat się znajduje, co widzę, co mnie otacza.
UsuńPamięć to w ogóle robi nam niespodzianki, a pamiętamy te same zdarzenia inaczej, niż np. ktoś bliski.
OdpowiedzUsuńPróbowałam pisać dziennik, ale zarzuciłam, może zbyt wiele zaczęłam, art żurnal, kartki, blogi...
Wprowadzenie do opisu książki świetne, treść i mnie by się spodobała, bo lubię książki nie tylko z sensacją, ale i konkretną wiedzą. Jak dobrze odwiedzać kawiarenki z literaturą na podorędziu!
Ależ mnie zaciekawiłaś tą podróżą!
Uwielbiam księgarnio-kawiarnie. I chociaż nie powinnam, bo książek mam za dużo i miejsca na nowe brak, nie potrafię sobie odmówić kupienia czegoś nowego, gdy mnie coś zauroczy. Na szczęście mam w rodzinie pasjonatów tego typu książek, jak ta i już poszła dalej.
UsuńPodróż jak podróż, planuję, ale jeszcze daleko. Nie będzie to zdobycie Mount Everestu, ale z pewnych względów trochę skomplikowane.
Kiedyś prowadziłam pamiętniki, ale później bez zastanowienia wszystkie zniszczyłam. Żałowałam poniewczasie. Pamięć z każdym rokiem staje się zawodna więc założyłam bloga. Domyślam się, że jadłaś przepyszne (dosyć drogie) ciastko Paris-Brest. W lipcu będąc w Poznaniu bardzo dużo chodziłam i pozwoliłam sobie aby go zjeść.
OdpowiedzUsuńOj, mnie też się marzy Paryż.
Serdecznie pozdrawiam:)
Nazwa ciastka myląca, nie wybieram się do Paryża. Tak tylko sobie pomarzyłam.
UsuńO patrz, to było to ciastko :-) Po raz pierwszy pojawiło się w kawiarni, do której zaglądam będąc w mieście. Nie wiedziałam, że to taka określona i stała nazwa, sądziłam, że tak sobie tylko w kawiarni nazwali.
Bardzo urocza opowieść. O czasie, utrwalaniu zdarzeń, o książce, ciastku i podróży.
OdpowiedzUsuńKsiążka ciekawa. A jeszcze ciekawsza Twoja historia związana z tą książka. Ależ stworzyłaś piękny klimat!
Pozdrawiam
Książka pojawiła się w moich rękach w taki nieoczekiwany sposób i widać musiałam ją przeczytać ;-)
UsuńWiele lat prowadziłam pamiętniki, dzienniki. Muszę je w końcu zniszczyć 🤓 Chętnie przeczytałabym tę pierwszą książkę. Zwłaszcza, że byłam i w Wenecji i we Lwowie. Niestety, nie jednym pociągiem, w ogóle nie pociągiem. Szkoda, że nie wkleiłaś okładki.
OdpowiedzUsuńTu możesz zobaczyć okładkę:
Usuńhttps://lubimyczytac.pl/ksiazka/5003574/ekspres-do-galicji
Jeszcze nie robię zdjęć, może kupię sobie aparat, to niedługo będę mogła robić.
Tez miałam pamiętniki i część zniszczyłam, a potem zrobiło mi się szkoda.
❤️ Pięknie piszesz o tym, jak pamięć wybiera sobie chwile, których nie zawsze sami zdecydowalibyśmy się zatrzymać. A ta historia z „Ekspresem do Galicji” jest chyba najlepszym dowodem, że czasem warto zaufać przypadkowi i sięgnąć po książkę tylko dlatego, że zaciekawił nas pierwszy akapit.
OdpowiedzUsuńLubię takie niezaplanowane odkrycia. Dodają uroku codzienności. Tak samo i pamięć potrafi nieraz zaskoczyć nieoczekiwanym wspomnieniem.
UsuńJa i tak najbardziej pamietam głupoty. Irytująca sprawa.
OdpowiedzUsuńBo pamięć bywa przekorna. Czasem to wkurzające jest.
Usuń