Dokąd nie pojechałam

      Zaplanowałam wycieczkę. Kupiłam bilet na pociąg, zarezerwowałam hotel, opracowałam sobie harmonogram atrakcji na dwa dni i powrót nieco okrężną drogą. Plecak spakowany. Kierowca, który ma mnie podwieźć na stację, gotowy. Jadę. 

     Nie, nie jadę. Owszem na stację dotarłam, ale pociąg nie dojechał. Zostałam z niewykorzystanym biletem. Na szczęście rezerwację w hotelu dało się bezkosztowo anulować. Zamiast atrakcji powrót do domu i kawa z domowego ekspresu. No cóż, skoro to miała być podróż retro w atmosferę lat 80-tych, to należało się spodziewać, że z pociągiem będą "atrakcje" na miarę tamtych czasów: awaria, opóźnienie, dezorientacja. A ja chciałam jechać koleją retro w czasy współczesne. Co za naiwność! 

      Nigdy nie byłam fanką podróży koleją, mimo że już jako dwulatka jeździłam z rodzicami od gór do Bałtyku. Potem w latach młodości ze wschodu na zachód i ponownie z południa na północ. Czyli wzdłuż i wszerz kraju. Aczkolwiek nie całego, bo w Szczecinie nie byłam. Zdarzało się, że plecak wrzucałam oknem w życzliwe ręce, a sama wciskałam się jak śledź, aby tylko dało się za mną zamknąć drzwi. Bywało, że pomagaliśmy komuś oknem wysiadać, a za nim wyrzucaliśmy plecak. Jechałam pół doby siedząc na plecaku w przejściu, albo całą noc drzemiąc na stojąco w ścisku. Było i tak, że po całonocnej podróży - przy mniejszym obłożeniu - jakiś nadgorliwy turysta zaplanował o szóstej rano wszystkich obudzić i szedł od przedziału do przedziału, otwierał drzwi i darł ryja, że wstaje dzień. Gdy otworzył nasz przedział, wydarłam się na niego jeszcze głośniej, żeby zamknął japę i dał ludziom spać. O dziwo, pomogło, uspokoił się. 

      Bywało, że jadąc w nieznane miejsce, w ostatniej chwili, gdy pociąg miał już odjeżdżać dalej, zorientowałam się, że to moja stacja. Porwałam plecak, kurtkę i sprintem do drzwi, wyskakuję na peron w środku zimy, - 20 stopni, w samej bluzce, z kurtką w ręce, ale zdążyłam. Sama się dziwię, że nawet tych kilka przygód kolejowych mam, choć nie jeździłam dużo, bo nie lubiłam. Nie wiem, co mnie podkusiło, że gdy zobaczyłam projekt wypuszczenia w trasę taboru kolejowego z lat 80-tych jako IC Nieśpieszny na uczczenie 100-lecia polskiej kolei, postanowiłam wyruszyć na wycieczkę w przeszłość. Jest stara lokomotywa, jest jeden wagon 1 klasy i chyba dwa albo trzy 2 klasy, jest WARS. Kibelek jak w dawnych latach - z otwieraną klapką na tory, korzystać można tylko w czasie jazdy. W WARS-ie chleb ze smalcem i ogórkiem, kawa zbożowa... Obiecywali, że tabor odnowiony, nowe obicia, ale w stylu dawnych lat. 

      Organizatorzy opracowali trasy dla każdego województwa i pociąg jeździ już od kwietnia, ale się spóźniłam, przegapiłam wcześniejsze trasy i nie zostało mi za wiele do wyboru. Ostatecznie niemal  ostatniej chwili wybrałam podróż nieco sentymentalną: Rzeszów - Chełm. Ten pociąg nazwano Roztoczanin, miał jechać do Włodawy, ale wzięłam bilety na trasę skróconą, nawet nie od samego Rzeszowa, bo nie dałabym rady rano dojechać. A do Chełma dlatego, że byłam tam ostatni raz ponad 20 lat temu i chciałam zobaczyć, co się zmieniło. Zaplanowałam sobie tam na miejscu przejście podziemną trasą kopalni kredy, a nocleg zarezerwowałam też sentymentalnie - w hotelu Lwów. Kilkakrotnie dawnymi czasy właśnie z Chełma wyjeżdżałam do Lwowa. Ale gdybym widziała, że pociąg będzie miał awarię, to z pewnością do Rzeszowa bym zdążyła. A tak sterczałam na tej stacji niemal w szczerym polu poza miastem i nie wiedziałam, ile będę jeszcze czekać. Jakieś pół godziny po planowanym czasie przyjazdu padło ogłoszenie przez szczekaczkę, że pociąg ma opóźnienie, bagatela, 170 minut! Ludzi na peronie było kilkadziesiąt osób, przyjechali specjalnie, żeby zobaczyć sobie stary pociąg. Po komunikacie rozeszli się  zawiedzeni, że atrakcji nie będzie. Nikt nie będzie trzy godziny czekał. 

       Opóźnienie oznaczało, że na wejście do kopalni nie zdążę, po cóż wiec mam tu sterczeć? Poza tym była niedziela, kiedy dużo połączeń nie jest realizowanych, gdyby się okazało, że pociągu wcale nie będzie, nie mogłabym w ogóle wrócić do domu. Mój kierowca przecież nie będzie ze mną tutaj stał nie wiadomo ile. I tak oto nigdzie nie pojechałam, tylko po godzinie zastanawiania się wróciłam z powrotem. Ostatecznie okazało się później, że pociąg pojechał, ale miał prawie cztery godziny opóźnienia. Podobno zepsuła się lokomotywa i sprowadzali inną. I tak to nie udała mi się wycieczka w stylu retro. 

2 komentarze:

  1. Czytałam o tej akcji, szkoda, że taka porażka!
    Całe szczęście, że hotel udało sie anulować...
    Pociągami jeździłam sporo, zwłaszcza na studiach, a zresztą auto kupowaliśmy bardzo późno, został więc pociąg i autokary.
    W porównaniu z tamtymi podróżami, teraz jest luksusowo, ale opóźnienia nadal aktualne i to nawet w IC.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gdybym się nie zagapiła i zdecydowała wcześniej, wybrałabym zupełnie inną trasę i może wycieczka doszłaby do skutku. Na razie pech. Widziałam rozpiskę kursów do końca października chyba tylko.

      Usuń

Dokąd nie pojechałam

      Zaplanowałam wycieczkę. Kupiłam bilet na pociąg, zarezerwowałam hotel, opracowałam sobie harmonogram atrakcji na dwa dni i powrót niec...