Poprzednia wycieczka nie doszła do skutku, więc wybrałam się na inną. Wsiadłam i pojechałam do dużego miasta. No nie tak od razu, najpierw zarezerwowałam nocleg. Przejrzałam listę znajomych i numery telefonów. Może zadzwonić? Umówić się na kawę? Na wspólny spacer, może na jakąś wystawę? Moja decyzja była dosyć spontaniczna, w ostatniej chwili i zrozumiałabym, gdyby komuś nie pasowało, ale... Nie dzwoniłam do nikogo. Bo czy tego chciałam? Rozmów, atrakcji, dzielenia mojego krótkiego czasu pobytu na poszczególne odcinki odmierzane zegarkiem? Wgłębiania się w temat "co robiłaś ostatnio"? Życie nieustannie płynie naprzód i nie zawsze warto tracić czas na opowiadanie, co się wydarzyło przez ostatnie miesiące, tygodnie...
Więc nie dzwoniłam do nikogo. Nastrój jak w słynnej kwestii filmowej: "Nie chce mi się z tobą gadać", a mnie nie chciało się gadać w ogóle. Postanowiłam: zero pośpiechu. Pierwszy spacer od przystanku pod górkę w stronę centrum. Powoli. Patrzę na wycieczki. Różne: dzieci, młodzież, seniorzy. Każda grupa ma swojego opiekuna. Dochodzą do mnie głosy przewodników: "Stoimy przed zabytkową kamienicą...", "Wejdziemy zaraz na wieżę widokową...", "W tym domu urodził się sławny...", "Na wystawie zobaczymy...", "Obiad przewidziany o godz..." itd.
Katedra. Zawsze wywiera na mnie wielkie wrażenie. Położona na wzgórzu, z daleka widać jej bryłę i wieżę. I chociaż to nie to samo, co Notre Dame z powieści Hugo, ma swoje tajemnice. Zawsze lubię tu wchodzić. A ponieważ to była niedziela, zostaję na mszę. Zdejmuję plecak i kładę pod ścianą w bocznej nawie. Słuchając kazania podziwiam iluzjonistyczne malarstwo: kolumny, kapitele, ślimacznice, gzymsy. Przez chwilę naprawdę się zastanawiam czy kanciaste framugi są prawdziwe, czy tylko namalowane. Nad portretem dawnego tutejszego biskupa niezwykłe, bujne esy-floresy roślinne. Z kolei w innym miejscu intrygująca rzeźba, którą oglądam z bliska po zakończeniu nabożeństwa. W jeszcze innym bocznym ołtarzu portret nieznanej mi postaci. Na szczęście są podpisy: biskup zamordowany w Ravensbrück, obok inni błogosławieni, święci... Na zakończenie organista dał krótki popis muzyczny.
Czas udać się do hotelu. Po drodze może coś przekąsić. I nagle widzę zachęcającą tabliczkę do restauracji, której wcześniej nigdy tu nie widziałam. Wchodzę, spróbuję, zobaczę, co mają. Na szczęście tłoku nie ma i wolny stolik znajduje się od razu. Nie potrafię się zorientować w charakterze tego lokalu. Zakres menu przeważnie jarski, częściowo wegetariański, ale nie tylko. Są kawy, wina i świeżo wyciskane soki. Wybieram kopytka z czymś zielonym, pomidorkami koktajlowymi, marynowaną rzodkiewką i oliwą truflową, do tego sok jabłkowo-pomarańczowo-szpinakowy. Porcja całkiem solidna. Obsługa stara się zachować powagę i - nawet bym powiedziała - pewne dostojeństwo, w zachowaniu, gdy podchodzą do klientów oczkujących przed tabliczką "Zapytaj o wolny stolik". Wywiera to jednak nieco komiczne wrażenie w zestawieniu z luźnym strojem młodzieżowych kelnerów i szeregiem zawieszonych na ścianie fowistycznie przerobionych portretów sławnych osób, wśród których rozpoznaję Jaggera, Tinę Turner, Chaplina, Monroe, Einsteina, Nicholsona, Santanę... Mam wątpliwości co do postaci z długą siwa brodą i waham się czy to Tołstoj, czy może Sołżenicyn, ale biorąc pod uwagę funkcjonowanie w popkulturze stawiam na Tołstoja.
Sok szpinakowy okazał się proroczą zapowiedzią dalszego ciągu następnego dnia, gdy wybrałam na śniadanie omlet włoski ze szpinakiem, choć w zupełnie innym lokalu. Moja pamięć pracuje teraz usilnie nad przypomnieniem sobie, gdzie jadłam jakiś czas temu pierogi ze szpinakiem. Jak już sobie przypomnę, to opracuję przewodnik: "Szpinakowym szlakiem gastronomicznym", albo "Gastronomia szpinakowa", albo "Turystyka szpinakowa". Coś w tym stylu.
A tymczasem jeszcze długi spacer po miejskim ogrodzie. Panowie zmiatali z alejek liście. W samym centrum dokładnie zgrabione wokół fontanny, aż żal było przechodzić, żeby nie zadeptać równiutko wyrysowanych szlaczków zębatych grabi. W bocznej alejce natrafiłam na instalację promującą książkę. Ciekawa i zachęcająca ekspozycja z cytatami.
Na koniec pierwszego dnia pobytu wieczorem w hotelu rozważałam jak się ma cena za pokój do warunków i wystroju. 185 zł za pokój bez śniadania to jednak drogo. W tym roku bywałam już w tańszych hotelach i z wliczonym w cenę śniadaniem. I co z tego, że w pokoju jest czajnik bezprzewodowy, gdy kranik nad umywalką jest taki niziutki, że nabrać wody si nie da. W ogóle zastanawiam się, skąd te hotele biorą te mikroskopijne umywaleczki, z których wszystko spada i nic się na nich położyć nie da. To chyba specjalna jakaś hotelowa linia produkcyjna. Nie dość, że bez śniadania, to ani kawy, ani herbaty w pokoiku nie ma. Ba, cały hotel nie ma ani barku, ani restauracji. To chyba nie jest współczesny standard. W byle hostelu zawsze jest kawa i herbata, często po kilka rodzajów, dodatki. A tutaj czas się zatrzymał, za to ceny całkiem aktualne. W łazience brak haczyków, żeby ręczniki powiesić. No cóż, mają dobrą lokalizację, ale to nie wystarczy, żebym chciała się tutaj kolejny raz zatrzymać.
Następnego dnia udałam się jeszcze do znajomej kawiarni, potem na pocztę, gdzie na kartki z pozdrowieniami pani przybiła mi okrągłą pamiątkową pieczęć. Podobno od tego roku dopiero ją wprowadzono jako pamiątkę turystyczną. Jeszcze przejście przez Stare Miasto, a tam załapałam się na darmową wystawę grafiki i ex librisów nieżyjącego już grafika. Bardzo ciekawa. Okazało się, że znalazłam ex libris osoby, którą znam osobiście. Grafiki za to w typie animalistyczno-architektonicznym. Wiele zabawnych. Dostałam katalog ze zdjęciami wybranych grafik. Też za darmo. Oglądałam i czytałam w trakcie podróży powrotnym busem. I cieszyłam się, że nikomu nie zawracałam głowy, spokojnie delektując się czasem tylko dla siebie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz