A gdyby zapytać...

       ... jaką dostaniemy odpowiedź? Może nie będzie żadnej. Wtedy sprawa jasna. Na pewno każdy bloger spotkał się z sytuacją, że nowy komentujący odwiedza blog i zostawia komentarz. Z jednej strony to cieszy, bo lubimy, gdy nasze pisanie wzbudza zainteresowanie. Ale ja wtedy zawsze w duchu się zastanawiam, skąd ta osoba się pojawiła i jak mój blog znalazła. Jest jednak jeszcze inne istotniejsze pytanie: czy ta osoba wpisała swój komentarz, bo zainteresował ją rzeczywiście mój wpis, czy zostawia komentarz a przy okazji ścieżkę do odnalezienia jej blogu czy innej obecności w sieci, oczekując rewanżu i mojego zainteresowania. Mam prosty test na sprawdzenie, czy dana osoba rzeczywiście z czystego zainteresowania na mój blog wpadła i chce brać udział w komentowaniu, w rozmowie, w dialogu. 

       Obecny blog nie jest moim pierwszym, więc wiele takich sytuacji już przerabiałam. Mam prosty test na sprawdzenie czy ta osoba rzeczywiście jest zainteresowana moim blogiem, moimi wpisami, czy chce nawiązać dialog, czy też zostawia ślad, aby zareklamować siebie, bo gdy rewanżuję się odwiedzinami u niej, okazuje się, że prowadzi blog promujący jej usługi w jakiejś branży. Sprawdzam poprzez zadanie pytania w odpowiedzi na jej komentarz u mnie. Pytania rzecz jasna związanego z tematem mojego wpisu lub wpisanego u mnie komentarza. I co się okazuje? Pewna część takich "latających" po sieci blogerów wrzuca swoje komentarze na różnych blogach i nigdy potem do nich nie wraca. Traktują to jak zarzucanie wędki na zbieranie nowych czytelników. Widać to wyraźnie, gdy okazuje się, że na moje pytanie nie ma reakcji, czyli komentujący nawet nie jest zainteresowany, jaki odzew wywołał swoim komentarzem, nie jest zainteresowany odpowiedzią i prowadzeniem rozmowy. Liczy się tylko własne pozostawione zdanie. 

       Zdarza się też, że pojawia się ktoś nowy i wrzuca komentarz kompletnie od czapy. Jakieś niezobowiązujące zdanie, które można napisać/powielić/wkleić wszędzie: "Super wpis", "Ciekawy tekst" itp. Trochę mnie to śmieszy, bo przecież to takie grubymi nićmi szyte marketingowe zagranie. Może tego gdzieś uczą na forach dla blogerów? Dla autorów promujących swoją markę? Nie wiem. Bieganie po autorach takich komentarzy uważam za marnowanie czasu. Nie szukam blogów reklamowych sprzedających jakiś towar. Dalszym ciągiem braku dialogu jest zjawisko, że na blogach tych znikąd pojawiających się komentatorów nikt nie odpowiada. Gdy zajrzę kierowana linkiem od profilu autora, widzę, że np. mają tam pod jakimś wpisem kilka, kilkanaście komentarzy, a na żaden nie ma odpowiedzi. Nie ma reakcji, nie ma odzewu, że w ogóle ktoś - oczekując zainteresowania ze strony innych - jest zainteresowany tym, co ci inni chcą mu powiedzieć. To już nie jest chwyt marketingowy, tylko brak kultury i buractwo.  

poniekąd

         Wakacje to doskonała okazja, by więcej uwagi poświęcić tym, którzy są blisko nas, a w codzienności relacje z nimi mogą stać się szablonowe. Można okazać więcej zainteresowania ich życiem, spokojniej porozmawiać, umówić się na kawę bez załatwiania jednocześnie tysiąca innych spraw. Odwiedź znajomych, poświęć im czas. Odpocznij, aby przewietrzyć głowę. Może to doskonała okazja, aby przemyśleć pewne kwestie, poukładać na nowo. Potrzebujemy cierpliwości wobec samych siebie, wobec własnych wątpliwości, rozterek i błędów. Zatrzymanie się umożliwia zmianę myślenia, widzenia, wartościowania. Zerwanie ze schematami dokonuje się powoli i w ciszy. Kurczowe trzymanie się znanych nawyków, przyzwyczajeń, daje poczucie bezpieczeństwa, ale tylko zerwanie z nimi wniesie do naszego życia powiew świeżości. Nie zmienisz świata, ale możesz zmienić swoje nastawienie, swoje patrzenie.

          Powyższe rozważania nie są moje, pożyczyłam je, ale odrobinę zmieniłam. Poniekąd się z nimi zgadzam, tylko dlaczego czekać z tym do wakacji? Każdy czas jest dobry na zmiany, każda chwila może być tą przełomową. Każdego dnia możemy zadzwonić do bliskiej lub w jakiś sposób ważnej osoby, każdego dnia możemy wykroić ten kwadrans na wspólną kawę. Każdego dnia możemy zatrzymać swój bieg zdarzeń nawet gdy świat będzie obok pędził w szaleńczym wyścigu. Czekanie na dobry moment, żeby coś zacząć, nie ma żadnego sensu. Czy to, co chcemy zrobić, zostanie zrobione lepiej, jeśli zaczniemy w poniedziałek czy w sobotę zamiast w środku tygodnia? (u mnie na wsi jeszcze są gospodarze, którzy stosują dawną zasadę, że sianokosy lub żniwa zaczyna się w sobotę) Wtorek czy środa są tak samo dobrym początkiem, jak każdy inny dzień. Czy wakacyjne lato bardziej sprzyja przemianie własnego życia? Czy lipiec to najlepszy miesiąc na poszukiwanie życiowej harmonii? Kto wierzy w magiczną moc określonej daty, żeby zacząć się zmieniać, kto czeka aż nastąpi ten najlepszy czas na podjęcie decyzji, na zerwanie z rutyną, na gest, słowo czy przemyślenia, ten tak naprawdę wcale do tego nie dąży, nie chce, tylko szuka wymówek. 

        Jest taka stara piosenka śpiewana przez Andrzeja Rybińskiego, w której padają słowa: "Od jutra już świat będzie mój..." 


     Przewrotnie zapytam: dlaczego nie od dziś? 

niedzielny przegląd prasy

       Mam przed sobą dziesięć prasowych tytułów. Gazety codzienne oraz tygodniki, miesięczniki, kwartalnik oraz prasa lokalna. Nie, nie będę wybierać i streszczać artykułów. Przyjrzę się, jakie tematy dominują w zależności od częstotliwości i zasięgu danego organu prasowego. Na dokładniejsze czytanie, zwłaszcza miesięczników i kwartalnika, liczącego 100 stron, potrzebuję więcej czasu. 

        Przede wszystkim ostatnio coraz częściej jestem zdegustowana tym, co pojawia się w Internecie. Klikbajtowe tytuły i zajawki typu "odpalił się", "Internet zapłonął", "ledwo wytrzymała", "zero litości", "powiedział wprost", "przegięcie", Internet wrze", "co on knuje"... Mogę się spodziewać takiego języka na blogach, bo każdy pisze po swojemu i ma do tego prawo. Tak samo w prywatnych mediach społecznościowych. Ale to są częste, właściwie codzienne przykłady z poważnych portali informacyjnych, a nie jakichś indywidualnych kont społecznościowych. Czy to jeszcze dziennikarstwo czy już rynsztok? 

        Widząc taki tytuł, automatycznie omijam z daleka. Nie nabijam klikalności. Przechodzę do ogólnopolskiej prasy drukowanej. I tu zdarzają się w tytułach sformułowania z mowy podwórkowej: ".... odesłani z kwitkiem", "... z internetowej łapanki", .... poszli w odstawkę". Czasami naprawdę czuję zażenowanie poziomem języka. Nie wiem, czy chcę coś takiego czytać. Zniechęcające. A teksty być może nawet dotyczą ważnych spraw społecznych czy politycznych, ale naprawdę, jak to napisane takim stylem, to unikam. Pozostają mi artykuły z dziedziny ekonomii i prawa, czasami o sztuce, artykuły naukowe, gdzie raczej nikt nie ćwiczy językowej kreatywności. 

      O ileż przyjemniej poczytać o Australopithecus afarensis jako praprzodku współczesnego człowieka oraz relacji między materią i antymaterią. Równie ciekawie czyta się obszerną analizę tradycji wystawienniczej "Pierścienia Nibelungów" Wagnera w Bayreuth, ale zapowiedź tegorocznej realizacji "zleconej" SI jest mocno niepokojąca. Nikt jeszcze nie wie, jak to będzie wyglądało. Wszystko trzymane jest w tajemnicy. Nie bardzo sobie wyobrażam, jak na scenie będzie wyglądało połączenie obecności śpiewaków operowych z reżyserko-scenograficznymi rozwiązaniami SI. Podobno śpiewacy mają zostać umieszczeni w holograficznej rzeczywistości. 

       Na tle wirtualnej rzeczywistości wkraczającej do sztuki realniej wypada reportaż z wędrówki karawany przez Saharę nawet z doświadczeniem miraży po drodze. Tygodniowa wyprawa okazuje się sprawdzianem ludzkich możliwości, wytrzymałości, a zarazem uświadamia, że w konfrontacji z siłami natury człowiek niewiele zdziała, jeśli jest zbyt pyszny i zadufany we własne możliwości. Współdziałanie z naturą może okazać się zbawienne, jak choćby w przypadku usuwania z organizmu aluminium, na które współcześnie jesteśmy non stop narażeni: napoje w aluminiowych puszkach, aluminiowe folie, aluminiowe tacki, aluminiowe wieczka jogurtów, śmietany, aluminium znajduje się też w niektórych lekach. Świetnymi odtruwaczami aluminium z organizmu są skrzyp i pokrzywa. Zamiast tępić jako chwast lub bezmyślnie deptać podczas wędrówek, wystarczy zerwać i pić z nich herbatkę. W przyrodzie nie ma roślin niepotrzebnych ani chwastów. 

       Nie znaczy to oczywiście, że szpitale są niepotrzebne, jak wynikałoby to z dramatycznych kilku artykułów poświęconych problemom opieki zdrowotnej. Pacjenci właśnie odczuwają okrojone dofinansowania na zabiegi, likwidowane są oddziały szpitalne, bo "nierentowne".  Ponad rok temu w najbliższym powiatowym szpitalu na dwa miesiące został zamknięty jeden z oddziałów. Teraz w lokalnej powiatowej prasie czytam kilkustronicowe omówienie poczynionych działań dyrekcji szpitala i władz samorządowych, podjętych decyzji, protestów i niewesołych perspektyw. Przyzwyczailiśmy się czytać o aferach szpitalnych w kontekście zarobków lekarzy, ich żądań podwyżek, tymczasem tutaj doszło do protestu salowych i sprzątaczek. Dyrekcja szpitala chce bowiem "oddać" pion sprzątający firmie zewnętrznej, która obsługiwałaby szpitalne sprzątanie. Nawet zgłosiły się już firmy zainteresowane takim rozwiązaniem. Szpital upatruje w tym możliwość oszczędności, ale salowe i sprzątaczki boją się o swoją przyszłość, warunki pracy i płacy. Pytają, dlaczego oszczędności szuka się ich kosztem, a nie kosztem lekarzy, którzy zarabiają najwięcej.

        Jak się okazuje, szybkie rozwiązania z wykorzystaniem możliwości SI też nie zawsze przynoszą efekty. Mimo promocji w sieciach handlowych i internetowych sklepach "6 na 10 internautów zrezygnowało z zakupu online, bo chatbot sklepu nie potrafił rozwiązać ich problemu". Ponad 50 % klientów woli wykorzystywać soje własne narzędzia, a nie polegać na sklepowych aplikacjach, które ich drażnią ograniczeniem pozycjonowania produktów tylko do oferty danego sklepu. Wciąż duża część klientów woli kontakt  z żywym człowiekiem lub rezygnuje z wykorzystywania botów w trosce o ochronę swojej prywatności i bezpieczeństwo danych osobowych.

       Globalny kontekst współczesnych zakupów online zderzył się z ekonomią rynku w decyzji Unii Europejskiej z 1 lipca 2026 r. nakładającej nowe cło na przesyłki spoza Unii. Od każdego rodzaju przedmiotu w paczce cło wyniesie 3 euro. Jak wyjaśnia Kamil Wojdas, agent celny, gdy w paczce będą trzy jednakowe koszulki, będzie jedna opłata 3 euro, a gdy w paczce będzie koszulka, czapka i i spodnie - za każdą z tych rzeczy trzeba będzie zapłacić osobną opłatę celną jako za odrębne kategorie towaru. Tak czy inaczej klient zapłaci więcej, a w którym momencie opłata zostanie naliczona, zależeć będzie od importera. 

       Tyle czytania na dziś. Jeszcze na kilka dni mi zostało z zakupionych ostatnio wydawnictw.

dalej na wschód

       Po ostatnim wyjeździe do Stalowej Woli i okolic zaciągnęło mnie na krótki wypad dalej na wschód, do Krasnobrodu. Z mapki, którą otwieram w darmowym czasopiśmie turystycznym wynika, że leży on w samym środku Roztocza Środkowego. W tutejszym punkcie informacji turystycznej można dostać darmowy magazyn roczny pod tytułem "Magiczne Roztocze". Były jeszcze archiwalne egzemplarze numeru "Roztocze 2025", ale rzecz jasna wzięłam aktualne "Roztocze 2026". I jaka niespodzianka! Zaraz na odwrocie okładki, jako pierwszy tekst znajduje się krótka prezentacja Janowa Lubelskiego, który odwiedziłam zaledwie kilka dni temu. Teraz mogę uzupełnić wiadomości. Poza tym magazyn zawiera informacje o różnych miejscowościach Roztocza Środkowego, od Tomaszowa Lubelskiego, przez Zwierzyniec, Susiec, Lubyczę Królewską, Cieszanów, Józefów, po Krasnobród, a nawet Zamość. Są różne ciekawostki, adresy hoteli, gospodarstw agroturystycznych, noclegów w pokojach sezonowych, kwaterach, wypożyczalni kajaków, informacje o lokalach gastronomicznych z regionalnymi specjałami, festiwalach i wydarzeniach cyklicznych. Na dwóch stronach zebrane zostały adresy i dane kontaktowe do muzeów, izb regionalnych i galerii artystycznych, a jeszcze osobna lista zawiera informacje o cyklicznych regionalnych wydarzeniach kulturalnych w każdym miesiącu całego roku. I tak, jako ciekawostkę podam, że w dniach 2 - 8 sierpnia będzie się odbywał w Szczebrzeszynie Festiwal "Stolica Języka Polskiego", a w dniach 8 - 9 sierpnia Festiwal Kaszy i Żurawiny "Gryczaki" w Janowie Lubelskim, o którym wspominałam poprzednio, gdy widziałam plakat. W Lubyczy Królewskiej natomiast na 15 sierpnia zaplanowane jest Święto miodu i ziół, a 23 sierpnia w Horyńcu-Zdroju będzie Święto Pieroga - nie napisano, jakiego. Także wrzesień będzie bogaty w wydarzenia, chociaż większość z nich będzie miała charakter historyczny. W każdym razie, gdy ktoś wybiera się w te strony, warto zerknąć na ten spis, organizując swój pobyt. 

       Niestety, mój pobyt był okazjonalny i nieplanowany. Krasnobród leży w odległości 24 km od Zamościa i faktycznie po drodze widać, że to pagórkowate Roztocze. Wkoło zalesione wzgórza tworzą malownicze krajobrazy tym bardziej interesujące, że raz po raz wije się tędy Wieprz, rzeka raz wąska i znikająca, raz szeroka i powolna. Od lat organizowane są kajakowe spływy Wieprzem, co widać po licznych ogłoszeniach wypożyczalni kajaków. Jechałam od strony Zwierzyńca trasą, która wiedzie często wzdłuż rzeki, a kolorowe kajaki ułożone piętrowo kuszą amatorów wodnego relaksu. Mijam też dość liczne szyldy pokoi gościnnych, noclegów, agroturystyki w kolejnych miejscowościach między Zwierzyńcem a Krasnobrodem: Obrocz, Guciów, Bondyrz, Kaczórki, Hutki. Część trasy prowadzi przez Roztoczański Park Narodowy, zwracałam więc uwagę na las w naturalnej odsłonie z powalonymi i porosłymi mchem starymi pniami. Gdzieniegdzie sterczały wyrwanymi z ziemi korzeniami potężne wykroty. 

      Sam Krasnobród jako miasto widnieje w historii od 1576 roku i kolejno należał do rodów: Leszczyńskich, Lipskich, Zamoyskich, Tarnowskich, Mycewskich, Fudakowskich. Część miasta zwana Podklasztorem nawiązuje do osadzenia tutaj w drugiej połowie XVII wieku OO. Dominikanów. W II poł. XVII wieku staraniem i z fundacji Marysieńki Sobieskiej został wzniesiony w stylu barokowym obecny kościół pw. Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny, będący głównym sanktuarium diecezji zamojsko-lubaczowskiej. O przyczynie ufundowania kościoła jako wotum wdzięczności przez żonę Jana III Sobieskiego głosi łaciński napis na frontonie kościoła, który w tłumaczeniu brzmi: "Panu Najlepszemu i Największemu, kosztem i nakładem Najjaśniejszej Marii Kazimiery, królowej Polski, towarzyszki życia świętej pamięci Najjaśniejszego i Najpotężniejszego w świecie Jana II, Króla Polski, jako wypełnienie ślubów  za odzyskanie w tym miejscu przed cudownym obrazem, a już bezpowrotnie utracone zdrowie, ten święty przybytek został wzniesiony ku czci Najświętszej Dziewicy Maryi i poświęcony w roku 1699".

       W ołtarzu głównym umieszczona została powiększona kopia obrazka przedstawiającego Matkę Boską adorującą Dzieciątko Jezus na tle różanego ogrodu. Oryginalny obrazek ma wymiary 9 na 14 cm, dlatego gdy kult został oficjalnie uznany przez władze kościelne, wykonano do ołtarza jego powiększoną kopię. Historia cudownego obrazka sięga czasów powstania Chmielnickiego w 1648 roku i wiosny 1649. Oddziały Chmielnickiego zdewastowały między innymi małą kapliczkę z obrazkiem, a wiosną następnego roku miejscowa ludność znalazła w pośniegowym błocie obrazek nietknięty, niezniszczony. Uznano to za znak Bożej Opatrzności i został umieszczony w drewnianej kapliczce, a wokół niego coraz szerzej rozwijał się kult. Z kościołem zaś związana jest jeszcze inna legenda, której bohaterką jest Marysieńka Sobieska. Głosi ona, że kiedy Sobieski z Marysieńką jechał ze swojego majątku w Żółkwi do Warszawy przez Krasnobród, w drodze w karczmie w pobliżu klasztoru Marysieńka urodziła syna Władysława Konstantego. 

      Obok kościoła prowadzi droga na cmentarz - duży, z wieloma alejkami, ze starymi i nowymi pomnikami oraz cmentarzami wojennymi. Starania o założenie cmentarza podjęto w 1843 roku, ale władze carskie dopiero po kilkunastu latach zatwierdziły plany i wykonano ogrodzenie terenu przeznaczonego na cmentarz. Do dziś znajdują się na nim zabytkowe pomniki, znajduję kilka z początku XX wieku. Wzrusza mnie skromny nagrobek ze stalowym krzyżem, na którym wisi imienna tabliczka z wypisanym ręcznie imieniem i nazwiskiem. Imię: Zofia i dalej nazwisko. Poniżej były jeszcze daty, ale są nieczytelne, upływ czasu zatarł cyfry, zostały nikłe ślady niedające się odczytać. Nie jestem w stanie obejść całości. Obiecuję sobie, że kiedyś tu wrócę i poświęcę więcej czasu na stare nagrobki.

      W krużgankach dawnego klasztoru oglądam stacje Drogi Krzyżowej i ciekawe konfesjonały klasztorne umieszczone we wnękach ściennych. W przedsionku zabytkowy piękny dzwon z 1754 roku, pęknięty, więc nie zadzwoni, ustawiony tylko na posadzce na pamiątkę. Żal, że nikt już nigdy nie usłyszy jego głosu. Odwiedzam punkt informacji turystycznej i poza wspomnianym na początku roztoczańskim  magazynem kupuję kilka pamiątkowych kartek i dwa magnesy. Jeden z Kaplicą Św. Rocha znajdującą się w pobliżu sanktuarium oraz drugi z dalszej okolicy - ze świerszczem ze Szczebrzeszyna. Kartki pocztowe z odbitkami obrazów przedstawiających kolorowe kamienice ormiańskie w Zamościu, fasadę kościoła i klasztoru w Krasnobrodzie oraz fasadę kościółka na wodzie w Zwierzyńcu. 

       Wjeżdżając do Krasnobrodu od strony Zwierzyńca mija się park i zabudowania sanatoryjne, bowiem od 2002 roku miasto ma status uzdrowiska. Pierwotnie było to sanatorium dla dzieci: Sanatorium Rehabilitacyjne im. Janusza Korczaka. Obecnie na leczenie sanatoryjne są tu kierowani także dorośli. O tym, że było to sanatorium dziecięce wiem stąd, że wiele lat temu moja koleżanka przyjeżdżała tutaj z córką na leczenie chorób układu oddechowego. Natomiast o tym, że nastąpiło poszerzenie świadczeń zdrowotnych także dla dorosłych dowiedziałam się kilka lat temu, ponieważ znam osoby, które do Krasnobrodu otrzymały skierowania na sanatoryjne leczenie i rehabilitację schorzeń układu ruchu i kręgosłupa.  

      W drodze powrotnej jeszcze raz spoglądam na Wieprz wijący się w zaroślach i wzdłuż drogi. Najbardziej przyjemna trasa to te fragmenty, gdy jedziemy przez Roztoczański Park Narodowy. Spokój i cisza, nie ma zbyt wiele samochodów. Nie widać wzmożonego ruchu turystycznego. Dopiero w Zwierzyńcu ulice, chodniki gęstnieją, parkingi się zapełniają. Na jednym z nich pod drzewem znajduję stary zapomniany dziecięcy smoczek. Zgubił go jakiś mały turysta. Ostatnie lody z budki i żegnamy Środkowe Roztocze. Jeszcze tylko po drodze rzut oka na pasące się w oddali lamy czy alpaki w zagrodzie zwanej Gajówka tuż przed Panasówką. Z wzniesienia zjeżdżamy w dół, w Równinę Biłgorajską, ale to już inna mapa, inna trasa, inna przygoda i inne historie. 

sezon ogórkowy

       Codzienny przegląd warzywnego ogrodu przynosi plony. Zrywam, co urosło i potem kombinuję, co z tego zrobić: ogórki, czerwona fasola szparagowa, koper. Jaja od swoich kur. Śmietana i ser także z domowego udoju mleka, które kupuję od gospodyni hodującej krowy.  

             pasta z ogórków i czerwonej fasolki

Dwa duże gruntowe ogórki posiekać na drobno z ćwiartką dużej cebuli, posolić do smaku.

Dwa duże jajka ugotować na twardo, posiekać, dodać do ogórków i cebuli. 

Ok. 15 dag fasoli szparagowej czerwonej ugotować na miękko w lekko osolonej wodzie, odcedzić, przestudzić.

Schłodzoną fasolkę tak samo posiekać na drobno, wymieszać z ogórkami i cebulą. 

Dodać trzy duże łyżki twarogu, wymieszać doprawiając do smaku solą, pieprzem, czym kto lubi.  

Dodać trzy łyżki śmietany gęstej, kwaśnej. 

Dobrze wymieszać. Posypać dwiema szczyptami posiekanego koperku. Pasta nadaje się do chleba, a ja to nawet lubię samą bez niczego. 


       chłodzący napój na upały

czarne jagody - ile się chce

maliny - ile się chce

zsiadłe mleko (lub kefir) - ile się chce

wszystko zblendować, pić po schłodzeniu w  lodówce

dosłodzić wedle uznania, gdy owoce są słodkie same w sobie, można wcale nie dodawać nic więcej

       to samo z twarogiem

dodać miękkiego twarogu tyle, żeby było gęste i też razem zblendować aż powstanie taki serek jak homogenizowany - pyszny deser na lato 

          A poza tym na miedzach i ugorach kwitnie wrotycz. Ścinam , kroję wraz z łodygami na 10-centymetrowe części i suszę. Wywar z wrotyczu można wykorzystywać do zwalczania wszelkiego robactwa w grządkach, w tym turkuciów, które nie znoszą jego zapachu. Suszone kwiaty wrotyczu dodaję do podkurzacza, gdy okurzam pszczoły. Wrotycz wspiera system odpornościowy zarówno roślin, jak i pszczół, gdy korzystają z okresu kwitnienia. 

       W ogrodzie ślady bytności innych gości. Pióro bażanta. Dorosła para dochowała się potomstwa i robią szum, jakby to był ich teren. Cala rodzinka robi wrzask i zrywa się z furkotem ponad zboża odlatując nieco dalej. Naliczyłam chyba z pięć młodych. Innym razem ślady kopytek. Nakryłam kilka razy sarnę na żerowaniu w kapuście. Pobiegła w podskokach w stronę lasu. 

z pogranicza województw

        Nadarzyła mi się okazjonalna szybka i krótka wyprawa pograniczem województwa podkarpackiego i lubelskiego. Nie pamiętam, kiedy tam byłam, chyba dawno, lata temu. Czas na odświeżenie wspomnień lub uzupełnienie zapamiętanych obrazów. Największym miastem wycieczki była Stalowa Wola. Jak doczytałam, miasto niespełna stuletnie zaledwie. Idea miasta narodziła się w ramach planu Centralnego Okręgu Przemysłowego w 1928 roku, a tak naprawdę istotne inwestycje i pierwsze osiedla robotnicze wzniesiono tuż przed wojną w 1938 roku. Powstały tutaj zakłady metalurgiczne, energetyczne i zbrojeniowe. Stąd też miałam wyobrażenie szarych betonowych bloków i przemysłowych dzielnic bez uroku. A tu niespodzianka. Byłam co prawda tylko w małej przestrzeni, w centrum, gdzie znajduje się Urząd Miasta, niedaleko szpital, dworzec autobusowy, jakieś nieduże dwu- i trzypiętrowe bloki. Cała ta przestrzeń jest przepięknie zielona. Ogromnie dużo drzew, a tuż za Urzędem Miasta Park Miejski z alejkami, placami zabaw dla dzieci. Naprawdę niesamowite jak zadrzewione jest to miasto, przynajmniej w tej części. Szłam uliczką i po obu stronach drzewa, trawniki, ławeczki wypoczynkowe przed blokami w cieniu. Coś niezwykłego i urokliwego. 

       U wejścia do parku budka z lodami z dowcipnym hasłem: "To nie kolejka, to grupa ludzi, którzy podjęli dobrą decyzję". Bardzo zaangażowany pan lodziarz proponował lody w dwóch wielkościach, przy czym ten duży "jest naprawdę spory", ostrzegał. Wzięłam mały i też był ogromny, jak na moje potrzeby i oczekiwania. Park od strony mojego spaceru z boku miał szkołę muzyczną i pomnik organizatora ruchu oporu w czasie II wojny światowej o pseudonimie "Zaremba".  Drzewa gęste. Wchodząc z jednej strony, nie widzi się, gdzie park się kończy. Alejka wije się delikatnie i kończy restauracją i widokiem na skrzyżowanie a w niedużej odległości dworzec. Dopiero teraz widzę, jak bardzo można skrócić sobie drogę, wybierając przejście tędy, zamiast głównymi arteriami. 

        Jeden mankament: w pobliżu brak kawiarni. Niedaleko Urzędu Miasta jest wspomniana szkoła muzyczna, jest fryzjer, jakaś klinika (nie sprawdzałam jaka), pięć minut drogi i duży szpital. Gdzie ci wszyscy urzędnicy wychodzą na lunch i na kawę? Znalazłam Żabkę, no ale to nie kawiarnia. 

        Ze Stalowej Woli busik jechał i jechał ulicą, ciągle domy, sklepy, miejska komunikacja z przystankami i nagle okazało się, że jesteśmy w Nisku. Między miastami nie ma żadnej przerwy, żadnej pustej przestrzeni. Po prostu jeden dom jest ostatnim budynkiem Stalowej Woli, a zaraz następny już pierwszy budynek Niska, o czym informuje tablica. Czyli niemal aglomeracja. W Nisku dworzec busów i dworzec PKP znajdują się równolegle obok siebie. To bardzo wygodne, gdy trzeba się przesiadać. Przez pewien czas jechaliśmy równolegle z jakimś osobowym pociągiem Intercity. Wzdłuż torów kolejowych z jednej strony hałdy żwirku w różnych kolorach: czerwony, szary, niebieskawy. Budynek dworca kolejowego nie wygląda na użytkowany, raczej rozsypujący się. Może gdzieś z drugiej strony jest nowszy, nie wiem. Nie miałam czasu się rozglądać i szukać. 

      Gdzieś w środku miasta duży szyld na ślepej ścianie budynku: Pierogi z ciasta. Przyznaję, że nie rozumiem. Czy mogą być pierogi bez ciasta? To z czego innego? W każdym razie te były z ciasta i numer telefonu, pod którym można zamawiać. 

        Tuż za Niskiem znajoma nazwa: Racławice. Ale to nie te Racławice, tylko inne. Całkiem inna miejscowość. A jadąc dalej i dalej w stronę Janowa Lubelskiego kolejna znajoma nazwa: Jarocin. Ale to też nie ten Jarocin, tylko zupełnie inny. Spokojniejszy. Na razie jestem jeszcze za rogatkami Niska. Tereny wokół przepiękne, dużo zieleni, lasy, zagajniki, zarośla, rzeczki, strumyki. I jest wielka, majestatyczna, leniwie tutaj się rozlewająca, z piaszczystymi łachami po bokach rzeka: San. Szeroki, dostojny, płynący z wielką powagą. A wokół tereny lekko faliste, jakieś pagórki, wzniesienia, dużo łukowatych łagodnych zakrętów, kilka podjazdów pod górkę i potem w dół. Lasy w głębi sosnowe, ale wzdłuż drogi dużo liściastych drzew, urocze białe brzozowe szpalery, zagajniki. W mijanych wioskach bocianie gniazda, w których młodzież ćwiczy rozkładanie skrzydeł. Dorosłe już się nie mieszczą w gnieździe z potomstwem i stacjonują na pobliskich słupach. 

       Przy granicy województwa podkarpackiego - Domostawa. To tutaj dwa lata temu, w 2024 roku postawiono pomnik Rzeź Wołyńska autorstwa Andrzeja Pityńskiego, polskiego rzeźbiarza emigracyjnego ze Stanów Zjednoczonych. Pomnik został zaprojektowany i odlany kilka lat wcześniej. Wzbudzał kontrowersje drastycznym wyrazem. W środku sylwetki orła - wznoszącego się z płomieni - na wysokich widłach widnieje bezwładne ciało dziecka jako symbol tysięcy niewinnych ofiar rzezi. Pomnik wraz z cokołem ma 20 metrów wysokości. U podstawy umieszczona została rodzina z dziećmi. 


Pomnik Rzezi Wołyńskiej w Domostawie, Domena publiczna

         Przewodniczącym Komitetu Honorowego wzniesienia pomnika był ks. Tadeusz Isakowicz - Zaleski, z pochodzenia Ormianin, kapelan środowisk kresowych. Niestety, nie doczekał odsłonięcia pomnika. Zmarł w styczniu 2024 roku. 11 lipca tego roku, a więc kilka dni temu, odsłonięto Ścianę Pamięci z wypisanymi nazwami sześciu tysięcy miejscowości, w których OUN-UPA dokonało mordu na Polakach. I - no właśnie - jadąc w odwrotną stronę, czyli do Niska, widziałam jak w Domostawie wsiadły dwie kobiety z plecakami z patriotycznymi akcentami. Starsza mogła być w wieku ok. 60. lat, młodsza może ze 20. Było dwa dni po uroczystościach, wracały stamtąd. Wysiadły kilka przystanków dalej. 
        Po przekroczeniu granicy województw podkarpackiego i lubelskiego mijamy wieś Pikule, mającą dramatyczną historię wojenną. W 1942 roku Niemcy rozstrzelali tutaj 51. mieszkańców i spalono niemal wszystkie zabudowania, a była to mała wieś.  Właściwie obecne Pikule znajdują się obok dawnego położenia, na którym wzniesiono pomnik pamięci pomordowanych. 

        Stąd już ostatnie kilometry prowadzą do Janowa Lubelskiego, dawniej zwanego Ordynackim, bo został wzniesiony w obrębie Ordynacji Zamojskiej. Tutaj chwila oddechu w kawiarni, gdzie zadaszony letni ogródek ma w wystroju ogromne fotograficzne banery czy tablice do złudzenia przypominające miasteczka Toskanii. Staję na tle jednego z nich i wysyłam zdjęcia znajomym z podpisem "Pozdrowienia z Toskanii". Ale się zdziwili.
         Na Rynku cztery rzeźby przedstawiające cztery bogactwa miasteczka: garncarstwo, tradycje browarnicze, rolnictwo i zdroje źródlanej wody. A obok kolorowe plakaty z zapowiedzią atrakcji na drugi weekend sierpnia: Gryczaki 2026. Odbędą się między innymi międzynarodowe zawody w jedzeniu pierogów z kaszą. No proszę, konkurencja znacznie bliższa i łatwiejsza do zorganizowania niż mundial. I bez biletów wstępu. Ale czy ja za miesiąc tutaj znowu przyjadę? 

prasówka

     Przed laty, słuchając programów radiowych, czekałam na poranną prasówkę, w której krótko streszczano i prezentowano ciekawe artykuły z prasy codziennej, a w piątki i soboty dodatkowo także z tygodników. Niektórzy dziennikarze robili to naprawdę dobrze i zanim poszłam do pracy - w robocze dni tygodnia - wiedziałam już mniej więcej, jakie tematy są na topie, co ciekawego napisano lub zgoła co mogło mi umknąć, gdybym sama zechciała zagłębiać się w dzienniki. Dzisiaj, niestety, nikt już prasówek nie robi. Niewiele osób czyta w ogóle gazety. Pod koniec tygodnia pojechałam do miasta i zajrzałam do ostatniego w Polsce kiosku. Kupiłam kilka gazet, tygodników, nawet miesięczniki. Weekend poświęciłam na czytanie prasy i postanowiłam zrobić sobie prasówkę. Trochę okrojoną, pominę tytuły gazet. 

      Jeśli chodzi o temat dominujący, to jest nim rocznica Krwawej Niedzieli (11 lipca), czyli największej eskalacji akcji wymierzonej przeciwko Polakom podczas rzezi wołyńskiej w 1943 roku oraz obecne stosunki polsko-ukraińskie, a właściwie ich pogorszenie. Jędrzej Soliński w artykule "O pamięć prawdziwą" przywołuje wspomnienia swoich bliskich, którzy byli świadkami wydarzeń wołyńskich w 1943 roku i ocaleli. Wuj autora tylko raz w życiu opowiedział całe zdarzenie ze wszystkimi okrutnymi szczegółami. Zakończył swoje wspomnienia tak: "Interesuje mnie tylko to, kto zamordował moją mamę, siostrę i babcię. Chcę znać imię i nazwisko. Nie potrzebuję pomników i dni pamięci. Tylko imiona i nazwiska morderców, i żeby mama, siostra i babcia miały katolicki pogrzeb. Nic więcej". Dopełnieniem tematu są rozważania Marka Kozubala, który w artykule "Więcej o Kozakach niż o Wołyniu" zauważa, że temat rzezi wołyńskiej w szkolnych podręcznikach pojawił się dopiero w 2017 roku. Tutaj dodam, że jestem zaskoczona, nie sądziłam, że wcześniej nic  o tym w podręcznikach nie było. Analizując treść podręcznikowych zapisów, Kozubal podkreśla, że informacje podręcznikowe są rzeczowe, choć pozbawione specjalnego epatowania opisami szczegółów, ale zawierają ilustracje. Wydarzenie definiowane jest jako "czystka etniczna mająca na celu oczyszczenie terenu zachodniej Ukrainy z Polaków". Ponadto autorzy podręcznika starają się podawać fakty, nie demonizując całego narodu ukraińskiego, zdecydowanie odróżniając od nich formacje OUN-UPA. Kozubal kończy artykuł sugestią, aby jednak zakres wiedzy o rzezi wołyńskiej uzupełnić o akta IPN, gdyż obecnie "polscy uczniowie dowiadują się więcej o powstaniach kozackich w XVII wieku niż o wydarzeniach sprzed zaledwie osiemdziesięciu lat, które wciąż ciążą na naszych relacjach z Ukrainą. " I trudno w tym autorowi nie przyznać racji. 

        W nawiązaniu do kwestii wołyńskiej i afery z Orderem Orła Białego Piotr Zaremba w artykule "I po co Zełenskiemu było to wszystko?" zastanawia się nad motywacjami prezydenta Ukrainy czy może nawet szerzej, ukraińskiego rządu. Postawienie niemal na ostrzu noża sprawy wołyńskiej wywołało "zwarty front ataku na Polskę i Polaków". Chodzi o opinie i komentarze, które pojawiały się po stronie ukraińskiej w Internecie. Uparte lansowanie bohaterów UPA przyniosło jednak odwrotny skutek w kontekście starań Ukrainy o przyjęcie do Unii Europejskiej, ponieważ Parlament Europejski zajął się tematem rzezi wołyńskiej, a problem współpracy przywódców OUN-UPA z III Rzeszą ma być wpisany do raportu określającego warunki przyjęcia Ukrainy do Unii. Na pytanie postawione w tytule artykułu autor odpowiada przywołaniem krążących na ten temat teorii, w tym taką, że w zasadzie chodzi o politykę wewnętrzną. Zełenski skupiając uwagę społeczeństwa na konflikcie z innym narodem, odwraca uwagę od problemów z korupcją i być może planów na jesienne wybory prezydenckie w Ukrainie. 

        Sprawy ukraińskie toczą się także w Europie i to dosyć dramatycznie. 29 czerwca w Monako doszło do zamachu na ukraińskiego oligarchę Wadyma Jermołajewa, który w ciężkim stanie trafił do szpitala. Jego partnerce musiano amputować obie nogi. Obrażenia odniósł też syn biznesmena. O powiązaniach podejrzanej o dokonanie zamachu Anastasii Berezowskiej z ukraińskimi służbami wywiadowczymi pisze Rusłan Szoszyn w artykule "Zamach w Monako z ukraińskimi służbami w tle". Berezowska 1 lipca wróciła do Ukrainy i tutaj została zamordowana zanim złożyła zeznania. Jej ciało znaleziono zakopane. Ustalono, że przed śmiercią spotkała się z dwoma mężczyznami. Jeden z nich był funkcjonariuszem organów ścigania a drugi czynnym funkcjonariuszem ukraińskiego wywiadu wojskowego. Ten drugi przyznał się, że wraz ze swoimi wspólnikami dokonali zabójstwa Berezowskiej, która została zastrzelona. Prowadzone jest śledztwo mające wykazać, czy zabójcy Berezowskiej działali na czyjeś zlecenie. Tak czy inaczej, za zamachem na Wadyma Jermołajewa, który był zresztą na liście podejrzanych za odprowadzanie podatków do Rosji, stoją służby specjalne Ukrainy. 

      Polskie zaś służby kryminalne stoją przed planami podwyższenia przez Ministerstwo Sprawiedliwości wysokości grzywien. Wzrost ma być dziesięciokrotny, czyli z obecnej najniższej stawki dziennej 10 zł na 100 zł, a ze stawki 2 tysięcy zł na 20 tysięcy zł. Piotr Szymaniak w artykule  "Wyższe stawki grzywny mogą oznaczać więcej więźniów" oblicza, że jeżeli przestępstwo w kodeksie karnym zagrożone jest grzywną i karą pozbawienia wolności do jednego roku, to grzywna nie będzie mogła być niższa niż 5 tysięcy zł. Gdy przestępstwo jest zagrożone karą pozbawienia wolności do dwóch lat, minimalna grzywna wyniesie 10 tysięcy złotych. Piotr Szymaniak i Marek Kobylański w obszernej analizie pt. "Prawnicy krytykują drakońskie podwyżki grzywien" podkreślają, że "państwo chce podnieść wysokość grzywien, ale nie poprawia ich egzekucji. Problemem nie jest wysokość grzywien, lecz ich ściągalność".

       Na pograniczu problemów ekonomicznych i zdrowotnych sytuuje się artykuł dr Ewy Waś "Co wiemy o chińskim wosku?", z którego wynika, że obecne na polskim rynku importowane z Chin produkty opisywane jako czysty wosk są tak naprawdę wyrobami zafałszowanymi, wykonanymi z parafiny. Badania w puławskim laboratorium HoneyLab Teper & Waś wykazały, że udział parafiny w badanych próbkach wynosił od 80 do 90 %. Część badanych próbek została wysłana do Niemiec do specjalistycznego laboratorium mającego akredytację na analizy jakości wosku i węzy. Tamtejsze badania również wykazały wysoki stopień zafałszowania produktów. 

       Tomasz Nowak w artykule "Architekci mikroświata" przypomina między innymi zasługi Marii Skłodowskiej-Curie dla rozwoju fizyki jądrowej: "To ona sformułowała paradygmat, że fizyka jądrowa wymaga ścisłego sojuszu z chemią  (radiochemia). Jej laboratoria wyszkoliły całe pokolenia naukowców, którzy kontynuowali rozbijanie i badanie jądra atomowego". Przypominając genezę badania atomu, autor artykułu przywołuje przełomową pracę Rutherforda z 1911 r., w której zaproponował nowy model atomu jako centralnego jądra skupiającego 99,9 % masy. "Oznaczało to, że atom w ponad 99,9999999999 procentach swojej objętości jest pustą przestrzenią, w której krążą znikomo lekkie elektrony przyciągane przez centralne jądro, podobnie jak planety wokół Słońca". 

       Na koniec z dziedziny historii sztuki o rewolucyjnym malarstwie Jacqesa-Louisa Davida w artykule Piotra Kobiewskiego "Artysta, który zmienił sztukę".  Autor przypomina jak doszło do powstania najsłynniejszych dzieł malarza: "Przysięgi Horacjuszów" i "Śmierci Marata". To drugie z wymienionych znajduje się w każdym podręczniku do historii sztuki ze względu na nowatorskie potraktowanie tematu śmierci. Malarz "stworzył obraz umierania tu i teraz, bez odwołań do religijnej symboliki. To pierwsze nowoczesne przedstawienie śmierci, w której transcendentny wymiar został całkowicie pominięty. A jednocześnie oddał godność zmarłego". David, który od samego początku był aktywnym zwolennikiem rewolucji w 1789 roku, został razem z Robespierrem uwięziony, a potem pozostawał w areszcie domowym W przeciwieństwie do rewolucyjnego przywódcy, udało mu się uniknąć szafotu i został ułaskawiony. Po przewrocie w 1799 roku, gdy Napoleon Bonaparte został pierwszym konsulem, David został zwolennikiem bonapartyzmu, brał udział w koronacji Bonapartego w Notre Dame w 1804 roku. Po uchwaleniu w 1817 roku ustawy o wydaleniu z kraju deputowanych, którzy głosowali za egzekucją Ludwika XVI David wyjechał do Brukseli i mimo proponowanej mu przez rząd francuski amnestii, do końca żył na wygnaniu. 

wszechznawstwo

       W rocznym kalendarzu z dużym prawdopodobieństwem można wytypować stale powtarzające się tematy wrzucane na portalach, blogach czy w innych mediach. Gdy jest maj, czas matur, a obecnie też lipcowe ich wyniki, tematem są oczywiście egzaminy. Przestrzeń publiczną zapełniają z jednej strony wynurzenia maturzystów na temat przygotowań, narzekania na trudność zadań, tematów, z drugiej zaś wspomnienia starszych pokoleń z własnej matury, porównywanie zakresu materiału. Towarzyszy temu masowy wysyp komentarzy na temat funkcjonowania szkoły w ogóle. Szczególnie intensywna obecność tematu szkolnego, oświatowego trwa właśnie od maja do początku  lipca, bo to i egzaminy ósmoklasistów odbywają się w tym czasie, a potem ogłoszenie ich wyników podobnie jak matury. I zaczyna się wysyp "eksperckich" diagnoz, opinii, krytyki na temat pracy nauczycieli, szkolnego oceniania, szkolnych uroczystości i całego oświatowego systemu. Nagle okazuje się, że na uczeniu znają się wszyscy. Trochę to dziwi, gdy jednocześnie okazuje się, że w szkolnictwie brakuje nauczycieli i jakoś nie widać masowego pędu do pracy w oświacie.

      Sztandarowym tematem w okresie przez Bożym Narodzeniem jest przygotowywanie prezentów. Przez prawie dwa miesiące media i portale miętoloą problemy zakupowe Polaków, sposoby przygotowywania wigilijnej kolacji, emocjonalne wyczerpanie rodzinnymi spotkaniami przy tej okazji. Nagle, a właściwie nie nagle, bo jest to stały punkt sezonu, okazuje się, że większość nie lubi rodzinnych świątecznych spotkań, że spotkania te odbywają się niejako z obowiązku lub z przyzwyczajenia, że w ogóle cała świąteczna atmosfera jest na pokaz. I znowu masa negatywnych komentarzy, a "eksperci" doradzają, o czym rozmawiać, o czym nie rozmawiać przy stole, jak przetrwać ten "okropny" czas. Widocznym wątkiem są także porady jaka moda obowiązuje w danym roku w ozdabianiu choinki, no bo przecież wiadomo, że choinkę ubiera się po to, żeby potem zdjęcie wrzucić do sieci, pochwalić się, że zna się aktualne trendy, a choinka jak modelka musi wyglądać szałowo. 

      Ciekawym zjawiskiem jest szczególny temat związany z Wielkanocą, gdy nagle okazuje się, że wszyscy są znawcami świątecznych tradycji i kultu. Święcenie pokarmów w Wielką Sobotę staje się tematem zagorzałej dyskusji co trzeba włożyć do koszyczka. Tysiące "znawców" ujawnia swoje preferencje w oderwaniu do religijnej symboliki, jakby to było kupowanie warzyw na straganie. Najciekawsze jest zaś to, że na tematy religijne najwięcej mają do powiedzenia ludzie, którzy z religią mają mało do czynienia, albo zgoła nic. Przy okazji świąt wcześniej wspomnianego Bożego Narodzenia rzecz jasna tematem najgorętszym jest duszpasterska tzw. kolęda, kiedy księża odwiedzają parafian. Internet rozgrzany do czerwoności, w komentarzach burza, wręcz huragan. Dawać czy nie dawać; ile dawać w kopercie? Najpierw jeszcze: przyjmować czy nie przyjmować księdza? I znowu, jak wynika z wielu komentarzy, najwięcej do powiedzenia mają często ci, którzy do kościoła nie chodzą, więc im wsio ryba. No ale przecież są "znawcami", muszą się wypowiedzieć: na temat kolędy, na temat datków na tacę, na temat celibatu, na temat chrztu, na temat komunii, na temat... Na każdy temat, który ich nie dotyczy, ale rozgrzewa do czerwoności.

       Jest jeszcze stały temat letnio-jesienny: prace polowe. W polu pracuje coraz mniej rolników, ale coraz więcej jest "specjalistów" od prac polowych. Znają się na wszystkim. Wiedzą, że wokół chlewni czy fermy drobiu nie powinno śmierdzieć, że gnojówka pachnie różami, że kogutowi nie wolno piać o czwartej rano, że pies nie powinien szczekać w nocy na podwórku, że pszczołom nie wolno żądlić, że zboże dojrzewa tylko do zmierzchu i po zapadnięciu zmroku kombajn nie powinien w pole wyjeżdżać, że maszyny rolnicze umieją fruwać i nie powinny poruszać się po drogach publicznych. Coraz mniej mamy rolników, a coraz więcej specjalistów od rolnictwa, ot, paradoks. Wystarczy przecież kupować w supermarkecie mleko w kartonie, warzywa w folii, mięso w styropianowej tacce i pieczywo z rozmrożonego ciasta, żeby zostać znawcą produkcji żywności. 

        Przy okazji wydarzeń rzadszych niż coroczne też następuje wysyp "specjalistów". Rozgrywki sportowe, igrzyska, mundial czy inne aktywizują rzesze znawców wszelkich dyscyplin sportowych. Okazuje się, że tysiące komentujących zna się na treningach, mentalu sportowców, sposobach wygrywania, a paradoksalnie najmniej się na tym znają sami sportowcy i ich trenerzy. Ba, oni specjalizują się w jakiejś jednej dyscyplinie, a rzesze komentatorów na forach i portalach potrafią doradzać i wykazywać błędy w całej gamie dyscyplin. Słowem, wszechznawcy od wszystkiego. 

       Znam ludzi, którzy mają zdanie na każdy temat. Mało tego, muszą koniecznie to zdanie, swoją opinie wypowiedzieć czy ich kto pyta, czy nie pyta. Mam wrażenie, że większość bywalców Internetu cierpi na to samo wszechznawstwo, ale może w realnym życiu nikt już nie chce ich słuchać, więc tu znajdują pole do zaprezentowania się, do komentowania, do ferowania wyroków, do wyrażania opinii. A ponieważ nie są to spotkania twarzą w twarz, nikt im nie powie, że te ich opinie bywają zwyczajnie bez sensu. Zresztą najczęściej nikt nie oczekuje informacji zwrotnej, jakiejś interakcji. Bo przecież jego opinia jest wiążąca i ostateczna. Bezdyskusyjna. Ot, powiem, co sądzę i znikam, bo lecę dalej. Wszechznawca nie ma czasu zatrzymać się na rozmowę z jakimś ignorantem.

       

        

sieczka

       Jakieś dwie zupełnie mi nieznane influencerki ogłosiły światu, że ich zawód (?) jest porównywalny z zawodem lekarza, bo nawet nie potrafią powiedzieć "ile żyć mogły uratować" swoimi filmikami, rolkami czy jak tam nazwać te ich prezentacje. Ja juz pominę okropieństwo językowe "wiele żyć", od którego bolą zęby. Znam słowo "rzyć" - owszem, wulgarne, ale istniejące w polszczyźnie. A życie każdy ma jedno, można uratować komuś tylko jedno życie, natomiast wiele to można uratować osób lub uratować życie wielu osobom. No ale czego się spodziewać po influencerkach. Na pewno nie znajomości poprawnej polszczyzny.

      Wracając zaś do owej wypowiedzi, w szczegółach chodziło o to, że zdarzało się, że jakiś obserwujący mający gorszy stan emocjonalny, może nawet depresyjny, obejrzał sobie te influencerskie filmiki i to mu poprawiło nastrój, wydobyło go z tego dołka i uratowało mu życie. Jednym słowem: masz depresję, włącz sobie rolkę modowej influencerki a będziesz uratowany! No bo teraz, gdy wszystko musi być ekstremalne, nie mamy chandry, tylko zaraz depresję. A zabawny filmik w sieci to panaceum na wszelkie choroby. Więc gdy influencerki zarabiają  tyle, co lekarze, a nawet więcej (była tam mowa o setkach tysięcy), to jest to porównywalne. 

       Z drugiej strony pewna młoda lekarka również gdzieś w wywiadzie stwierdziła, że 1000 zł za prywatną wizytę u ginekologa to jest w porządku. To nie jest cena półgodzinnej czy godzinnej tylko wizyty, ale cena za kilkanaście lat nauki i specjalizacji, wielu przeprowadzonych zabiegów i doskonalenia się lekarza. Czyli co, każda pacjentka osobno ma mu za te lata nauki zapłacić? I tak przez całe lata mają mu płacić za te studia? 

      Policzyłam moje lata nauki: 8 lat podstawówki + 4 lata liceum + 5 lat studiów + 2 lata studia podyplomowe na innym kierunku + kilkadziesiąt szkoleń, no dobra, w sumie samych wyjazdowych szkoleń mogło się nazbierać na jakieś 2 lata = 21 lat zdobywania wiedzy, doskonalenia się, pogłębiania specjalistycznych umiejętności. Każda jedna minuta mojej uwagi jest cenna.  Muszę odebrać finansowy ekwiwalent za te lata i dobrze się wycenić. 

      Nie, poważnie, przepraszam, trzeba mieć sieczkę zamiast mózgu, żeby takie bzdury wygadywać.

     Albo nie, nie przepraszam. To naprawdę sieczka zamiast mózgu. 

Jedna moja wykładowczyni w trakcie upalnych dni podczas zajęć mówiła, że upał źle wpływa na myślenie, powodując, że powstaje "ser zamiast mózgu" Ale upały już się skończyły, więc pozostaje jednak sieczka. 

ograniczenia

      Psycholodzy naprawdę mają co robić, analizując współczesne zjawiska społeczno-kulturowe. Ja bym nawet powiedziała, że to fenomeny zachowań irracjonalnych. Nie da się nawet pobieżnie przejrzeć portalu informacyjnego czy platformy publicystycznej, aby nie natknąć się na wstawki na temat instagramowych, tiktokowych i youtubowych kont różnej maści osób znanych, mniej znanych i całkiem nieznanych. Są wśród nich ludzie  działający w szeroko pojętej sferze kultury (aktorzy, piosenkarze), są jakieś (piszę z drugiej, trzeciej ręki, bo sama naocznie tego nie śledzę i nie oglądam) sposoby zaistnienia typu szafiarka, chiromanta, kulinaria, podróż dookoła świata, ale są też konta osób, których jedynym celem i zadaniem jest prezentowanie siebie. Wszystko pod hasłem "Patrzcie na mnie". Patrzcie jaką ma figurę i furę. Fenomen popularności kont takich osób (nie wiem, chyba nie podam nazwisk, bo to jeszcze bardziej przyczyni się do ich popularności) jest dla mnie niezrozumiały. Chodzi mi o tysiące, dziesiątki tysięcy nawet, a czytałam, ze najbardziej znani maja po kilka milionów obserwujących ich konta społecznościowe. Tak na przykład modelka (modelka z przypadku moim zdaniem), której jedynym zadaniem jest pokazywanie własnego (powiększonego operacyjnie, co oficjalnie tez ogłosiła) tyłka w kolejnych odsłonach ubrań, a czasami bardziej negliżu niż ubrania. Albo taki osobnik medialny, który publikuje po prostu jak wozi się drogimi samochodami i co rusz je rozbija. Albo tacy - nie wiem, czy jest nazwa - nazywają ich youtuberami, ale to przecież nie zawód - jeżdżą sobie po knajpach, hotelach, nagrywają jak jedzą i wrzucają z tego filmiki. Słowem: "patrzcie, jak wyglądam", "patrzcie, jak rozbijam kolejny drogi samochód", "patrzcie, jak jem". 

       Zupełnym fenomenem są zaś konta dzieci, które są popularne dlatego, że mają znanych rodziców. Takie dziecko zakłada swoje konto i nagle znajduje tysiące obserwatorów, którzy śledzą jego poczynania. Ta młoda osoba, naśladując aktywność medialną rodziców, zaczyna sama prezentować swoje życie, a to nagle odkrywa w sobie talent kulinarny, a to zamieszcza projekty modowe, a to zdjęcia z podróży, a to zaczyna tańczyć albo śpiewać. Staje się wirtualnym omnibusem, artystą obserwowanym przez tysiące rzekomych fanów. I żeby to byli obserwatorzy w ich wieku. Nie, często są to dorośli, którzy przy okazji wypowiadają się na temat wychowania tego dziecka, jego sposobu ubierania się, wypowiadania się itp. 

        Chcę tu być dobrze zrozumienia,, bo jak znam życie, to zaraz odezwie jakiś samozwańczy psycholog i powie: Zazdrości, więc krytykuje". Nie, nie zazdroszczę. Nie mam nic przeciwko temu, że ktoś sobie dokumentuje swoje życie. Intrygują mnie inne pytania. Po pierwsze: dlaczego ludzie to oglądają. Och, wiem, jest mnóstwo psychologicznych analiz, które doszukują się świadomych i podświadomych uzasadnień. Nie interesują mnie one aż tak bardzo. Podejrzewam, że wiele z nich to bajki wyssane z palca rozgłaszane też tylko po to, żeby zagmatwać sprawę. Oczekiwałabym racjonalnego logicznego uzasadnienia. 

        Tym bardziej, że często, a nawet powszechnie formułowane są słowa krytyki pod adresem tych oglądanych osób, zwłaszcza w kwestiach finansowych, albo że powinni się do jakiejś normalnej pracy wziąć. Chodzi mi o taką dziwną sprzeczność, że ktoś śledzi życie jakiegoś celebryty, a jednocześnie narzeka na to, że zarabiając na swojej popularności szastają pieniędzmi, na które zwyczajny człowiek nie może sobie pozwolić. A przecież to właśnie liczba subskrybentów, liczba zaglądających na ich konta, liczba tych obserwujących napędza im kasę. Oni  z tego żyją, że tyle osób ich ogląda. Zarabiają na tym miliony. 

       Dla mnie logiczne byłoby, że jeśli nie akceptuję tego, jak i z czego żyje taki youuber czy tiktoker, nie interesują mnie jego czy jej pokazy, kręcenie tyłkiem, rozbijanie samochodów, wędrowanie po knajpach, to nie oglądam i nie przysparzam mu swoim czasem (który jest dla mnie bardziej cenny) zainteresowania i kasy. 

      Druga kwestia, która wydaje mi się interesująca, to pytanie, dlaczego ci ludzie, ci na tych kontach społecznościowych, uważają, że ich życie jest tak ciekawe, że na pewno zainteresuje tysiące obserwujących. Co sprawia, że taka osoba uzna, że to, jak je śniadanie w hotelu, jak jedzie przez miasto, jak dobiera kolor sukienki do koloru ścian w kuchni, jak baluje na imprezie, jak parkuje w miejscu niedozwolonym, jak robi zakupy, jak leci samolotem, jak przylepia karteczki z sentencjami na lodówce... co sprawia, że im się wydaje, że to jest tak ciekawe, że warte upublicznienia. Oczywiście, gdy nagle okazuje się, że coraz więcej osób to ogląda, to nie ma znaczenia, czy to jest ciekawe, tylko ile na tym da się zarobić. Jest popyt - jest podaż

      Niemniej zjawisko przekracza zdolności mojego rozumienia. Bo skąd ten popyt? Wiem, rzecz jasna, jakie są i mogą być emocjonalne, psychologiczne motywacje, ale nadal nie rozumiem, ponieważ to takie absurdalne. Zupełnie nielogiczne. Często można natrafić na różne przykłady i analizy, jaki to świat jest absurdalny.  Ale świat nie jest absurdalny sam z siebie. Absurdalny jest człowiek i jego zachowanie. Co jest sensownego w tym, że ktoś obserwuje celebrytę, a potem ma do niego pretensje, że na tym zarabia. To czemu go obserwuje i pozwala mu na tym zarabiać??? Przyznaję się do swoich ograniczeń. Przyznaję, że nie rozumiem. 

        Mając świadomość swojego cennego czasu, nie marnuję go na obserwowanie bzdurnych autoprezentacji. Mając też negatywne zdanie np. o nadmiernie rozbuchanych i wywindowanych zarobkach sportowców, zwłaszcza w piłce nożnej, dziennikarzy prowadzących swoje programy autorskie oraz niektórych artystów, którzy dla mnie aż tacy dobrzy nie są - nie oglądam ich, nie kupuję biletów na koncerty, na mecze, nie oglądam ich programów.  

       Być może wydaje się to zbyt abstrakcyjne, ale jak wspomniałam na początku, świadomie nie podaję tutaj nazwisk przykładowych osób ze świata internetowych kont, żeby właśnie nie napędzać im obserwatorów i popularności, bo byłby to z mojej strony brak konsekwencji. Jestem w stanie zrezygnować z korzystania pewnych usług, programów czy rozrywek, jeśli ich autorzy nie prezentują wartości, które cenię. Na przykład konsekwentnie nie korzystam z pewnej sieci kawiarni, bo swego czasu jej właściciele wykazali się nieakceptowalną dla mnie postawą. Postanowiłam więc, że nie będę przysparzać im dochodów. Oczywiście w skali globalnej to nie ma dla nich znaczenia, nie przyczynię się do ich upadku i plajty, ale ja jestem w zgodzie ze swoim sumieniem.  

zmienność

      Zawsze podziwiałam ludzi, którzy żyli długo i byli świadkami przemian na przestrzeni dziesięcioleci, a czasem nawet stulecia. Jak bardzo zmienił się świat od czasów ich dzieciństwa, młodości. Co czują patrząc na współczesność i porównując ją ze swoimi wspomnieniami?  

     W dawniejszych epokach zmiany cywilizacyjne nie zachodziły tak szybko i w zasadzie warunki i tryb życia nawet po dziesięcioleciach były podobne. Czy ktoś urodził się na początku XVI wieku, czy w jego połowie, czy pod koniec, w domach nadal nie było elektryczności, telefonów, telewizji, radia. Dopiero wiek XIX tak naprawdę przyspieszył i wynalazki typu kolej parowa, fotografia, pierwsze filmy, pierwsze telefony diametralnie zmieniły rzeczywistość, w której dorastali długowieczni ludzie, którzy rodzili się, gdy tych wynalazków nie było, a umierali, gdy stawały się powszechne. Mickiewicz jechał do Paryża dyliżansem, a już Sienkiewicz podróżował po Europie i Stanach Zjednoczonych koleją. Gwałtowny skok nastąpił w II połowie XIX wieku i na początku wieku XX. Nowożytna epoka pisma drukowanego  od wynalezienia druku przez Guteneberga w XV wieku rozwijała się przez 500 lat, natomiast w 1983 roku powstał Internet jako miejsce, które stopniowo stało się największą platformą publikacji cyfrowych. Era druku została wyparta przez teksty umieszczane w wirtualnej sieci. 

       Nie trzeba być stuletnim świadkiem epoki, aby móc powiedzieć: pamiętam czasy sprzed Internetu. Wystarczyło kilkadziesiąt lat, aby z mieszkania bez telefonu i bez telewizora znaleźć się w otoczeniu telefonów kieszonkowych, laptopów, tabletów, Internetu bezprzewodowego, samojezdnych robotów sprzątających, automatycznych pralek z wieloma programami, wyspecjalizowanymi lodówkami, a wychodząc z domu zakłada się na rękę smartwatch, który łączy nas ze światem i monitoruje nasze funkcje życiowe. 

       Moja babcia i mama prały jeszcze na tarze w balii zanim udało się kupić pierwszą pralkę wirnikową. Jedyny telefon we wsi był u sołtysa, u którego umawiało się wizytę w razie konieczności zadzwonienia dokądś. Mój ojciec urodził się w drewnianej wiejskiej chacie z klepiskiem, a pod koniec życia, w wieku lat osiemdziesięciu nauczył się obsługiwać komputer i telefon komórkowy. Ja sama w pierwszej klasie szkoły podstawowej uczyłam się alfabetu pisząc piórem z wymienną stalówką zanurzanym w kałamarzu umieszczonym w specjalnym otworze szkolnej ławki. Przeszłam później przez pisanie długopisem, piórem kulkowym, na ręcznie przesuwanej maszynie do pisania, elektrycznej maszynie do pisania i wreszcie pisania w komputerowym edytorze tekstu i na laptopie. Mój brat przebył drogę od dziecinnych szachów z drewnianymi pionkami do pisania programów komputerowych do gry w szachy. 

       W dzieciństwie jeździłam do sianokosów. Przy pomocy grabi ręcznie przewracaliśmy siano na prawie hektarowej łące, potem składaliśmy je w kopy. A trzeba było złożyć tak, żeby długie źdźbła gładko zwisające od szczytu kopy chroniły siano w czasie deszczu i pozwalały spływać kroplom na zewnątrz bez wsiąkania do środka. Tę umiejętność zdobywało się przez lata praktyki. W kolejne dni przy dobrej pogodzie siano się zwoziło furmankami, potem traktorem z przyczepą i składało do stodoły widłami. Po całym dniu człowiek był umordowany i umorusany, zakurzony od stóp po czubek głowy i włosy. 

      Co robi dzisiejszy rolnik? Obrazek sprzed tygodnia: łąki po horyzont. Nie ma wytyczonych granic między działkami poszczególnych właścicieli, a jedne właśnie się wybrał kosić. Oczywiście pełna mechanizacja, ale gdzie jest miedza, trzeba wiedzieć. Nie widać jej. Co więc robi? Wyciąga z kieszeni telefon i łapie granicę działki przez satelitę. Jedzie kosiarka równo wzdłuż miedzy. A zbelowane siano nakłada się i zwozi już nie ręcznie, lecz przystosowanymi narzędziami ciągnika.  

       Gdy wspominam, jak rowerem jechałam przez wieś do sklepu, bo właśnie przywieźli chleb lub masło, i nie było pewności, że dla mnie wystarczy, mam świadomość ogromu zmian, które nastąpiły od tamtego czasu. Dwa sklepy pod nosem, w odległości kilku kroków, co rano świeża dostawa, zatrzęsienie produktów dawniej niedostępnych, możliwość wyboru produktów do własnych kulinarnych eksperymentów i gotowych, gdy ogarnia lenistwo. 

      Pisząc tutaj mam kontakt z osobami będącymi daleko, w innej części kraju, a czasem nawet gdzieś w świecie. Toczą się ciekawe rozmowy nie tylko z ludźmi zza płotu. To są wszystko fantastyczne zmiany, które całkowicie odmieniły warunki życia. Wiele ułatwiły, ograniczając codzienny ludzki wysiłek. Jestem pełna podziwu i wdzięczności za to wszystko, co stało się podczas mojego życia. Za możliwość kupienia biletów on-line na wydarzenia kulturalne, do teatru lub na autobus czy pociąg. Za transmisje na żywo w Internecie, za streamingi koncertów, na które nigdy bym nie pojechała. Za dostęp do cyfrowych zasobów bibliotek. Za pralkę, która pierze, gdy śpię lub czytam książkę. Za pizzę na telefon, którą ostatnio jadłam u koleżanki.

      Doceniam i podziwiam ludzką inwencję i wynalazczość za wszystkie te zmiany, których nie doceniają ci, którzy urodzili się zbyt późno. Życie bywa piękne, gdy żyje się odpowiednio długo, aby to zobaczyć. 

       

jampapol

       Ile stopni jest teraz w Gruzji? Nie wiem, ale sami sobie temperaturę podnieśli bójką w parlamencie. Pobili się przedstawiciele dwóch partii: rządzącej i opozycji. Kto wygrał? Chyba interweniująca ochrona, bo po wyprowadzeniu kilku delikwentów powrócono do obrad.

      Czy to stała temperatura obrad, czy sezonowa atrakcja? Może jednak upały nie sprzyjają zachowaniu powagi. Lepiej skupić się na darach letniej pory roku. 

      Proste plasterki z cukinii 

Młodą cukinię, taką, w której jeszcze nie wykształciły się nasiona, po opłukaniu pokroić na plasterki 0,5 do 0,7 mm. Plasterki posolić odrobinę (zależy jak kto lubi, ja stosuję niedużo soli), ułożyć na tacy i pozostawić, aby się spłakały (puściły sok). Następnie przełożyć na inną tacę, żeby nie nasiąkały tym sokiem i rozgrzać patelnię. Układać na gorącej patelni - na małym ogniu - przy minimalnym tłuszczu i  smażyć na obie strony aż plasterki zmiękną i nabiorą delikatnego złocistego koloru. Można jeść na ciepło i na zimno, same lub w połączeniu z drugim daniem zamiast ziemniaków. Dobrze komponują się zarówno z mięsem, jak i z twarogiem.  

       Czerwone porzeczki z budyniem

Na ugotowany i lekko przestudzony budyń w salaterkach nałożyć czerwone porzeczki z kilkoma truskawkami. Ja nakładam grubą warstwę, bo lubię. Można posypać porzeczki cukrem, gdy ktoś woli bardziej słodkie. Poczekać aż bardziej budyń wystygnie i na wierzch na owoce wylać przestudzoną i prawie tężejącą galaretkę tak, żeby przykrywała owoce. Salaterki wstawić do lodówki do pełnego stężenia galaretki. Przed konsumpcją można jeszcze nałożyć na wierzch łyżkę śmietany, jogurtu lub kefiru. 

odręcznie

         Pisanie ręczne wyszło z mody.  Rzekomo z wygody, bo skoro wszyscy używają klawiatury - czy to tradycyjnej, czy dotykowej - pisanie stało się szybsze, łatwiejsze do poprawienia w przypadku pomyłek. Inną kwestią jest utrata pewnych umiejętności. Z jednej strony jest to zanik elastyczności mięśni, dzięki którym dawniej trzymało się pióro, długopis, ołówek w dłoni. Tego specjalnego uchwytu, który umożliwiał stabilność narzędzia służącego do pisania. Gdy patrzę dziś na to, jak ludzie trzymają długopis, nie potrafię wyjść z podziwu, do jakiej ekwilibrystyki się uciekają, zwłaszcza kobiety, młode dziewczyny, które mają ostre i długie tipsy. Dla nich faktycznie pisanie odręczne może być torturą. Druga sprawa, to nieznajomość podstawowych połączeń literowych. Druk przyzwyczaił nas, że każda literka jest osobno. Tymczasem w piśmie ręcznym litery powinny być połączone, jak uczono nas tego w szkole. Nawet ta czcionka zastosowana we wpisie nie ma wszystkich obowiązujących połączeń, chociaż bardzo przypomina ręczne pismo. Ba, niektórzy dosyć szybko zapominają, jak wygląda ręczne -ł- w odróżnieniu od drukowanego [ł] i w efekcie bywa tak, że -ł- i -t- wyglądają tak samo. No i mimo wszystko ta zastosowana przeze mnie czcionka nie ma polskiego dużego -A-, które powinno wyglądać bardziej jak [A] niż zwyczajnie powiększone małe -a-. No cóż, wszystkie te czcionki nie są polskiego pochodzenia, stąd pewne niedoskonałości. [Dlatego każde wielkie A będę osobno poprawiać na inny format] Owszem, jest polska czcionka opracowana kilkanaście lat temu, nazywa się Apolonia, ale też nie wszystko mi w niej odpowiada. Może kiedyś ją sobie ściągnę. Kto ciekawy, może sobie o tym przeczytać TUTAJ

          Wracając zaś do pisma odręcznego, muszę przyznać, że o ile łatwiej się czyta teksty drukowane, to jednak list pisany własnoręcznie ma dodatkowy atut jako wyraz osobistego zaangażowania autora w budowanie relacji. I choćby nie wiem jak się starać, żadna wydrukowana kartka nie będzie miała tej wartości. Chodzi oczywiście o list prywatny, nie pisma urzędowe. Inna rzecz, że dzisiaj listów nikt prawie nie pisze. No bo po co tracić czas, skoro są e-maile, SMS-y, telefony i wideorozmowy. Jestem na tym tle chyba wyjątkiem, ponieważ nie lubię rozmawiać przez telefon, a już nie cierpię, gdy ktoś gada godzinami i omawia wszystko po kolei coś, co właśnie bardziej pasuje, żeby rozwinąć w dłuższej wypowiedzi pisemnej. Właśnie w formie listu. Tylko że tej osobie po prostu nie chce się pisać, nie chce się poświęcić na to czasu, natomiast nie ma problemu z tym, że taką rozmową i gadulstwem mnie zajmuje czas, który chciałam poświęcić na coś innego. Natomiast list mogłabym przeczytać w dowolnej chwili, wtedy, kiedy miałabym ochotę, na przykład wieczorem. 

        Inna rzecz to też jałowość takich długich rozmów, dyskusji, które do niczego nie prowadzą. No bo jeżeli omawia się pewien poważny problem, to znalezienie rozwiązania nie jest kwestią natychmiastowej recepty wymyślonej ad hoc w trakcie rozmowy. Często wymaga to namysłu, rozważenia różnych opcji. A to wymaga czasu. Rozmówca/rozmówczyni teraz ma czas, oczekuje wysłuchania, odpowiedzi, reakcji, mojego zaangażowania akurat teraz. No dobrze, gdyby to było, powiedzmy wcześniej ustalone spotkanie, ale nie jest. Najczęściej ktoś dzwoni wtedy, gdy ma czas, nie licząc się z czasem osoby, z którą chce rozmawiać. Nieliczne osoby rozumieją, że bywam zajęta lub nie mam nawet siły na rozmowę. Większość, niestety, tak skupiona jest na tym, żeby się wygadać, że nie słucha żadnych protestów, prób przełożenia rozmowy czy skierowania na inne tory.

        Dlaczego na inne tory? Bo czasami gadanie nie ma sensu. Dotyczy w kółko tego samego, na przykład roztrząsania dawnych spraw, wałkowania co kto kiedyś, dawno temu powiedział. Są ludzie, którzy nie potrafią zamknąć tematu, zakończyć go definitywnie. Dawno temu pewna osoba chlubiąca się tym, że ma zacięcie psychologiczne, rozważając różne ludzkie potrzeby powiedziała mi, że trzeba zrozumieć, że ktoś ma potrzebę wygadania się. Nie można być samolubnym i odtrącać wówczas, bo to niszczy relacje międzyludzkie, niszczy tkankę społecznych więzi, a poza tym ta osoba może potrzebować wsparcia dla swojego zdrowia psychicznego. No dobrze, a co z moimi potrzebami? Jeśli ja mam potrzebę spokoju, odpoczynku, ciszy dla zapewnienia własnego zdrowia psychicznego, to są to potrzeby mniej ważne? Kto ustanawia hierarchię, czyje potrzeby są ważniejsze? 

        Chyba odeszłam za daleko od tematu, jakim miało być pisanie odręczne, a konkretnie listów. Pisanie listu wymaga większego skupienia niż pisanie w komputerze, ponieważ pomyłka, którą należałoby poprawić, wymaga przepisywania całości od nowa. Wysłanie listu pokreślonego byłoby oznaką lekceważenia i niechlujstwa. Dlatego dawniej pisało się najpierw na brudno, a potem dopiero na czysto. Ale dziś, w dobie pośpiechu, nikomu się nie chce cyzelować tekstu pisanego ręcznie, gdy komputerowy program podkreśla i poprawia nawet niektóre błędy i pomyłki. Co prawda, czasami poprawia tak, że wychodzą jeszcze większe nonsensy, ale to już inny temat. 

         Całe szczęście, że w pewnych sytuacjach wymaga się ode mnie wypełnienia jakiegoś druczka lub pisma z własnoręcznym podpisem. Mogę sobie wtedy wyjąć moje wieczne pióro i uczynić zadość tym wymogom. A listy? Cóż, listów już dziś nie pisze nikt. 

plebs

       Uważam, że szkolne lektury trzeba czytać uważnie. Zawierają wiele cennych nauk, które mogą się w życiu przydać. Pod warunkiem, że umie się je właściwie zrozumieć i zastosować. Na przykład "Pan Tadeusz". Znacie "Pana Tadeusza", prawda? A przynajmniej każdy zetknął się z nim w szkole. Może dla wielu był zmorą nie do przebrnięcia, a to błąd. Naprawdę warto przeczytać dokładnie. I zapamiętać. Na przykład taka rada z IV Księgi: 

"Głupi niedźwiedziu! gdybyś w mateczniku siedział, 

Nigdy by się o tobie Wojski nie dowiedział". 

      Ale nie siedział. I zapłacił życiem. Wystawianie rachunku za głupotę/chciwość/karierowiczostwo/kolesiostwo/partyjniactwo {wstawić dowolne] w przypadku afery w Warszawskim Szpitalu Południowym dopiero się zaczyna. Dawid Kacprzyk, lekarz bez specjalizacji kierujący SOR-em, według grafiku pracował po 11 godzin dziennie przez cały ubiegły rok. Bez wyjątku. Każdego dnia. Jest też radnym dzielnicy Ursus, pracuje też w innych (co najmniej trzech) palcówkach medycznych. I wszędzie tam bywał, brał aktywny udział. Pracował. Mało, on harował. Poza tym udzielał się publicznie, występował w telewizji, prowadził media społecznościowe. Słowem: cyborg.

          Jego ubiegłoroczne zarobki ujrzały światło dzienne, bo jako radny musiał je upublicznić. wykazując 1.6 mln zł  dochodu. 28 lat, bez specjalizacji, dopiero zamierza być anestezjologiem. Wcale nie wiadomo, czy nim zostanie, ale był w strukturach KO, w strukturach samorządowych, w strukturach... W każdym razie był tam, gdzie dobrze płacili. 

       Od lat zarobki lekarzy wciąż rosną i osiągają pułap abstrakcyjny dla przeciętnego obywatela. Odzywają się głosy, że takie zarobki lekarzy to mit. Doprawdy? Pewien szpital proponował faktycznie lekarzowi, młodemu, ale ze specjalizacją 100000 - sto tysięcy miesięcznie, żeby go do siebie ściągnąć. Myślicie, że się zgodził? Mylicie się. To było dla niego za mało. 

       Wracając do medialnej afery ostatnich dni.  Ani to ewenement, ani zdarzenie ostatnich dni. Po pierwsze, proceder trwał jakiś czas, skoro rzecz - na razie - dotyczy ubiegłego roku. Po drugie, korupcja/znajomości/partyjność [wstawić dowolne] stale jest obecna na styku władzy i instytucji publicznych. Tylko nie każdy przekręt wychodzi na jaw. Zero zdziwienia, naprawdę. Kto się dziwi, nie ma pojęcia, jak działa ludzka psychika w jej najbardziej wynaturzonych przejawach pożądania władzy i pieniędzy, prestiżu i sławy/ popularności i pychy. Bark przejrzystości finansowania zawsze jest korupcjogenny. A poczucie bezkarności jest podwójnie niebezpieczne. Zabiegi bez kolejki, specjalne traktowanie w salonikach VIP, przyjęcia poza kartoteką, prywatne usługi medyczne na państwowym sprzęcie itp, itp. Zero zdziwienia. 

       Dawid Kacprzyk złożył mandat radnego Ursynowa, wystąpił z szeregów partii KO, skorygował ubiegłoroczne faktury, zwracając pół miliona złotych. Nie ma złudzeń, że zrobił to, bo go ruszyło sumienie. Nic z tych rzeczy. KO nie może sobie pozwolić na taką stratę wizerunkową, na pewno padły argumenty za oddaniem legitymacji. Podobnie z oddaniem mandatu radnego. Trzeba ratować, co jeszcze się da uratować. Trzaskowski odwołał całą radę nadzorczą Szpitala Południowego -  to też cena za ratowanie podkopanego wizerunku. 

      Nagle szumne zarządzenia audytu (szpital był kontrolowany i nikt nic wcześniej nie zauważył, że lekarz bierze pensję za nieobecność, ha, ha, ha!), skierowanie sprawy do prokuratora, zarządzanie kontroli w innych podległych placówkach... Ruch się zrobił niemożebny. Jak nie przymierzając w "Panu Tadeuszu" na wieść o pojawieniu się niedźwiedzia. Zawsze uważam, że szkolne lektury trzeba czytać dokładnie. Zawsze mogą się przydać. Dawid Kacprzyk nie czytał, a jak czytał, to po łebkach, albo streszczenie tylko, a jak nawet coś tam liznął, to nie zapamiętał dobrej rady:

Głupi Dawidzie, gdybyś nie był radnym i cicho siedział,

Nigdy by się plebs o twoich zarobkach nie dowiedział. 

kto to pisze?

      Od dłuższego czasu w tekstach publicystycznych nagminnie pojawia się słowo "skwitować". Piszą, że ktoś coś skwitował, co zostaje zilustrowane cytatem. Czytanie tego przyprawia mnie o gęsią skórkę zażenowania i irytację. Skwitowanie w znaczeniu zareagowania słownie na coś odnosi się do wypowiedzi krótkiej, lakonicznej. Skwitować temat to inaczej podsumować lakonicznie niejako kończąc dywagacje, przecinając dyskusję i dalsze rozważania. Dlatego nie można czegoś skwitować mówiąc trzy, cztery zdania, to raczej odzywka typu: "Daj spokój, skończmy temat".  Skwitować też można bezsłownie, ironicznym uśmieszkiem lub wzruszeniem ramion, co oznacza, że zwrot jest bardzo, naprawdę bardzo potoczny i w tekstach publicystyki informacyjnej nie powinien być w ogóle używany. Właściwymi określeniami byłyby słowa: podsumować, wyjaśnić, dopowiedzieć. Na zakończenie wywiadu ktoś raczej nie kwituje całości, tyko go podsumowuje. Podobnie w reportażu temat nie zostaje skwitowany, bo to oznacza, że został tak jakby tym wzruszeniem ramion zlekceważony.

      Nie umiem sobie samej wyjaśnić i zrozumieć, skąd wzięła się ta maniera i kompletny brak wyczucia stylu. Integralnym elementem znaczenia słowa "skwitować" jest lakoniczność i bagatelizowanie problemu, więc jak można używać go, licząc na zainteresowanie tematu i poruszenie nim czytelników. Razi mnie to bardzo, podobnie jak łamanie zasad polskiej fleksji. W języku polskim prawie wszystkie nazwiska męskie są odmienne, nawet obcojęzyczne. Gdy widzę lub słyszę, że ktoś tego nie respektuje, odbieram to jako brak szacunku wobec ojczystego języka. Nie interesuje mnie, ze ktoś np. tłumaczy się nawykiem z języka angielskiego. Skoro wypowiada się po polsku, czy to w mowie czy pisemnie, powinien stosować gramatykę polską. 

      Tu dygresja, gdyby komuś się wydawało i chciałby tłumaczyć, że w oficjalnych dokumentach o przeznaczeniu międzynarodowym, w notach na szczeblu międzynarodowym czy języku prawniczym polska fleksja nie obowiązuje, bo byłaby niezrozumiała. Nieprawda. OBOWIĄZUJE. W polskich tekstach, także dokumentach na szczeblu państwowym i prawniczym obowiązuje polska fleksja - nazwiska obce się odmienia. Tutaj jestem dobrze poinformowana, bo miałam do czynienia z takimi notami i wiem to bezpośrednio ze źródła. Problem mają ludzie, którym się wydaje, że skoro piszą dla zagranicznego odbiorcy, to mogą sobie polską gramatykę upraszczać. Nie mogą, nie powinni, - jeśli cały tekst jest pisany po polsku, to zawsze zgodnie z polskimi regułami. 

      Zaczyna się od nieznajomości odmiany nazwisk a potem czytam takie kwiatki, jak "głaskasz kota" - to z dzisiejszego jakiegoś tekstu w Internecie. Głaskasz? A po jakiemu to? Głaszczesz - mamy wymianę s na sz, k na cz - to podstawowe informacje z fleksji z poziomu szkoły podstawowej. Co prawda forma "głaskasz" występowała w polszczyźnie, ale jest rzadka i archaiczna. Słuchałam kiedyś zachowanych archiwalnych nagrań przedwojennego audycji radiowej Wesoła Lwowska Fala. Występowali tam dwaj satyrycy Tońcio i Szczepcio, którzy prezentowali skecze w gwarze lwowskiej. W jednym z nich jeden pytał drugiego: "dokąd taskasz ten fortepian".  I to było śmieszne, miało swój urok jako satyra, wnosiło komizm językowy do całości. No ale, litości, w informacyjnym artykule wypada jednak zastosować formę prawidłową: taszczysz. Ale skoro większość tekstów piszą językowe boty SI szkolone na angielskiej składni, to czego się spodziewać?  Powstają potworki typu: "według receptury Michel Moran", jakby to była ta Michel Moran, a nie znany restaurator. 

       Na pocieszenie. Przeczytałam też fajny tekst o amerykańskich aktorach, w którym wszystkie nazwiska i imiona były cudownie poprawnie odmienione: Wilder - Wildera, Wolfe - Wolfe`a, Pryor - Pryora, Pryorem, Silberman - Silbermana itd.

        

zebrane z drogi

      To było dawno. Jakieś 30 lat temu. Anteny satelitarne dopiero zaczęły się pojawiać. Ale już wtedy równolegle istniał niezależny nurt satyryczny obśmiewający pogoń za nowoczesnością. Jego twórcami byli nie zawodowi satyrycy, lecz niezawodni studenci. Stałam na ulicy i omal się potknęłam zadzierając głowę do góry na widok studenckiego wynalazku. Gdzieś chyba na szóstym czy siódmym piętrze akademika obok okna dumnie otwierała się w stronę nieboskłonu poobijana czasza blaszanej miednicy, z której środka celowała w stronę satelity (nie wiem, którego) pompka od roweru. Pomyślałam wtedy, że musieli się nieźle namęczyć, żeby to przytwierdzić. Ale pomysł i dowcip przedni.

      A kiedy satelitarna się rozpowszechniła, talerze pojawiły się wszędzie. I wtedy już samo życie okazało się bardziej zabawne niż poczucie humoru studentów. Ten zaś obrazek zauważyłam jakieś piętnaście lat temu. Obok remizy strażackiej w niedalekiej wiosce biały talerz zamontowano na... publicznej toalecie. Co ważne, to nie był żart, podłączenie było jak najbardziej fachowe i legalne. Noż kurczę, ale się tym OSP dobrze powodzi, mają nawet telewizję satelitarną w kibelku. Od razu o wiele przyjemniej się siedzi, co nie? Obecnie już tego nie ma, nie dlatego, że nikt nie ogląda, tylko zlikwidowano ten publiczny szalet. No i żałuję, że wcześniej nie zrobiłam zdjęcia, gdy jeszcze był na to czas.

      Był czas, gdy dojeżdżałam do pracy autobusem. Siłą rzeczy poznawałam przystanki, to znaczy wiaty dla podróżnych. Najpierw te najstarsze, blaszane, pomazane, powyginane, początkowo z ławkami, a z czasem tych ławeczek, żeby usiąść, było coraz mniej. Ulegały zniszczeniu przez czas i przez wandali. Co ileś lat coś tam było remontowane, odnawiane. Blaszaki zamieniano a to na całkiem ciekawe drewniane konstrukcje, a to na solidne murowane. Z czasem architektura przystankowa nabrała lekkości i pojawiły się wiaty oszklone. W zależności pewnie od zasobów finansowych gminy. W jednej z gmin po drodze chyba wygoda podróżnych nie była na pierwszym miejscu, bo stary przystanek, pamiętający czasy PRL-u niszczał i niszczał, nic się w nim nie zmieniało poza odpadającym tynkiem i zniknięciem ławeczki. Została goła obskurna murowana konstrukcja, na szczęście z zadaszeniem, to przynajmniej deszcz nie padał na głowy oczekującym. I tam właśnie pojawiło się niezwykłe udogodnienie - wreszcie ktoś zadbał o komfort podróżnych wstawiając w głębi miękką obitą suknem kanapę z oparciem. Zapewne ktoś wymieniał meble, to oczywiste, niemniej też musiano się namęczyć, przywieźć ją, wyładować, idealnie wpasować. Stała przez jakiś czas wzbudzając zainteresowanie i uśmiech za inwencję mieszkańców. Podziwiam takie pomysły. Nie potrafię teraz dokładnie podać ile to lat temu, ale będzie ponad dwadzieścia. 

      Szczerze mówiąc, coraz rzadziej można w drodze zauważyć coś, co ma znamiona humoru, życiowego dowcipu, anegdoty. Wszystkie niemal aspekty życia są podporządkowane paragrafom, wytycznym, certyfikatom, obostrzeniom. Wiaty budowane w wyniku konkursu na inwestycję, krzesełka, ławeczki z certyfikatami bezpieczeństwa, tak samo szyby, kanapa - cóż, jej właściciel dzisiaj dostałby mandat za zaśmiecanie przestrzeni publicznej, a studenci straciliby miejsca w akademiku za zniszczenie elewacji. 

     Administracyjne komplikacje są męczące. Nazewnicze też. Chciałoby się, żeby to wszystko było prostsze, bardziej przyjazne. Idę do sklepu dawniej nazywanego żelaznym (teraz to się nazywa centrum handlowe psb) chcę kupić śrubkę do kółka kosiarki, to pan mnie pyta jakie wkręty, jakie nakładki, jakie podkładki. Litości! Kiedyś mówiło się śrubki i wiadomo było, o co chodzi. I wiecie co, jadę ostatnio przez to Roztocze, o czym pisałam w poprzednim wpisie, i po drodze widzę szyld na lokalu handlowym: "Śrubki". No, rewelacja. Wreszcie ktoś ma po prostu śrubki i można sobie wybrać, co trzeba. Niestety, nie mogłam ot, tak, wysiąść i tam zajrzeć. 

      Ciekawa jestem, czy wiata przystankowa, gdzie niedawno czekałam na bus, jest monitorowana i znajdą tego, kto zostawił tam na ławce buty. Duże czarne, ocieplane buty, prawie niezniszczone, zadbane. Postawione na ławce, a więc nie to, że wyrzucone, ktoś po prostu był gotowy je oddać. Może ktoś potrzebuje, a nie może kupić? Ale przecież buty to dzisiaj towar specjalnego traktowania. Nawet do zwykłych śmieci nie wolno wyrzucać. 

      Ktoś powie, można wstawić gdzieś na stronach internetowych do oddania czy sprzedaży. Wielu to robi. Ale czy każdy może? Czy każdy chce? Ja na przykład miałabym sporo rzeczy do oddania lub sprzedania za złotówkę, ale nigdy nie będę wystawiać w Internecie. Nie każdemu to odpowiada. Dwa lata temu miałam do oddania meble. Drogą pantoflową nie udało się znaleźć nabywcy. Część znalazła inne zastosowanie: na przykład stara lodówka stoi w szopie i służy jako szafka na akcesoria ogrodowe. W brodziku po prysznicu zrobiłam na podwórku kąpielisko dla kaczek. 

      Dawno temu, będzie też jakieś dwadzieścia lat, pozbywałam się starego domu po dziadkach. Stara szafa rozleciała się, ale pozostały mi po niej, w co trudno uwierzyć, ale naprawdę, w całkiem dobrym stanie dwie głębokie szuflady. Szuflady z litych desek, nie jakieś paździerzowe. Nie pamiętam już, czemu szafa się rozleciała, coś w niej pewnie się połamało. W każdym razie mam te szuflady i wiem, co zrobię. Wkopię je do połowy w ziemię w ogródku i zrobię dwie rabaty kwiatowe. Pa! Idę!

objazdówka

       Nawiązując stylistycznie do poprzedniego wpisu, będzie to paczania ciąg dalszy. O słuchaniu też będzie. Tak się złożyło, że w niecałe dwie doby zrobiłam sobie objazdową wycieczkę po Lubelszczyźnie i części Roztocza. Zaczęłam od Lublina, gdzie mnie skusiła Noc Kultury z 6 na 7 czerwca. Skoro noc, to chyba nie potrzebuję noclegu? 

        Cały program wydarzeń to kilka bitych stron, więc wiadomo, że człowiek wszędzie nie zajrzy. Biedziłam się kilka dni nad wyborem i w końcu stanęło na tym, że zdam się na spontan. Rzecz pierwsza po przyjeździe: uzupełnienie braków kawy w organizmie. Poza tym czekała mnie cała noc wrażeń, trzeba mieć energię. Potem zameldowanie się w hotelu. No jednak swoje lata mam, wzięłam poprawkę na potrzeby  organizmu i nocleg zarezerwowałam, co nie obyło się bez trudów, bo dosyć późno się do rzeczy zabrałam, gdy inne upatrzone lokalizacje były już niedostępne. 

      Gdy gdzieś jadę, nocleg to rzecz tylko po to, żeby przetrwać. Nie szukam miejsca z serią gwiazdek i atrakcji, bo nie jadę po to, żeby w hotelu siedzieć. Potrzebuję spania z łazienką i tyle. Jako że mam swoje lata, biorę pokój jednoosobowy. Cała reszta, czyli te dodatkowe gwiazdki mnie nie obchodzą i nie zamierzam za to płacić. Dlatego najpierw szukam jakiegoś taniego hostelu. Chodzi też o to, żeby mieć jak najbliżej, gdzieś na peryferiach nie bardzo mnie urządza, bo przemieszczam się komunikacją zbiorową: autobusy, busy, ewentualnie pociągi. Tutaj się spóźniłam trochę, a impreza ściągnęła rzesze turystów. Ale podzwoniłam tu i tam i udało mi się, o dziwo, zdobyć pokój w hotelu całkiem niedaleko z ceną do zaakceptowania, a nawet wynegocjowałam zniżkę. (Żart, oni te zniżki mają w ofercie, na pewno i tak na tym zarobią, to się nazywa reklama.)  

       A potem spotkanie z ludem. Najpierw z tym ludem, z którym byłam umówiona na wieczorne i nocne wędrówki, a potem z ludem, który tłumnie zjechał chyba z połowy Polski. Całe szczęście, że nasze peregrynacje rozpoczęły się dosyć wcześnie i jeszcze udało się nam posłuchać z bliska wielkich bębnów (Orkiestra Wielkich Bębnów), znaleźć wolne miejsce w kawiarni Między Słowami, zwiedzić wystawę szuwarów i wodorostów, poczytać mądrości postaci z dobranocek, obejrzeć Lublin na obrazach, zatonąć w ciemnościach wystawy rzeźby z czarnego dębu, ponownie zahaczyć się w miejscu z jadłem i napitkiem, bo gdy z niego wyszliśmy, zobaczyliśmy rzekę. Rzekę głów idących w stronę Starego Miasta, że ani się wścibić. Rozejrzałam się czy gdzieś jakiegoś Mojżesza nie znajdę, żeby nam zrobił przejście przez to morze ludzi głodnych całonocnej kultury. Nic z tego. Można było tylko próbować iść z prądem lub zostać tu, gdzie stoimy. Poszliśmy z prądem skręcając po chwili w boczny nurcik o mniejszej intensywności już poza centralnym placem atrakcji. 

       Wstępujemy do Muzeum Czechowicza. Z panią kustosz i jeszcze jednym zwiedzającym rozmawiamy o przedwojennych maszynach do pisania. Eksponat muzealny nosi na klawiaturze odciski palców Józefa Czechowicza, przepisywał na niej swoje wiersze. Ja miałam w domu Mercedesa. Ciężka maszyna. Po długim pisaniu palce bolały. Starszy pan mówi, że pisał na Underwoodzie. Stare dzieje. Kto dziś z młodego pokolenia wie, co to znaczyło mieć w tamtych czasach maszynę do pisania.

       Z wystawy przepisuję fragment poematu napisanego do obrazu Jana Wydry "Wskrzeszenie Łazarza": "... jakby coś się zmieniło w tym obrazie. Nabrał życia i śmierci. Zaczyna mi się podobać."

       Na wystawie rzeźb z czarnego dębu w ciemności pyta mnie ktoś, co widzę. Odpowiadam, że w tej chwili nic, bo ciemno. No dobra, coś widzę, bo rzeźby minimalnie oświetlone. 

- Widzę klucz, o, nawet dwa, jeden do góry nogami wtopiony w drewno. 

- To ja powiem, co ja widzę - odpowiada głos z ciemności. 

- Tak? Dobrze. 

- Ale o innej rzeźbie, bo ta dla mnie za trudna - Ok, podchodzimy do innej. 

- Co widać? - znowu pyta głos. 

- Totem - odpowiadam. 

- O, właśnie. A jaki? indiański, afrykański? - pyta głos. 

- A skąd ja mogę wiedzieć?! 

- No to zobaczmy, obchodząc dookoła. Z każdej strony widać twarz - może on widzi, ja nie bardzo - myślę sobie, ale zrobię mu tę przyjemność i odpowiadam, że widać. 

- Bo jest jak Światowid - mówię.

- No właśnie - głos potwierdza usatysfakcjonowany.  

      Myślicie, że rozmawiałam z autorem tych rzeźb? Bo nie mam pojęcia, kto to był. 

Wędrówkę zakończyłam przed północą. Jednak pokój w hotelu się przydał. Nawet śniadanie było w cenie. Wybieram grillowane warzywa z bakłażanem. Lokalizacja też okazała się doskonała. Trzy minuty do przystanku, skąd idealne połączenie złapałam rano do Śródmieścia do kościoła, bo to już niedziela była. Tylko w którą stronę iść? Proste: za ludźmi. I faktycznie, upatrzyłam sobie nobliwą parę w odświętnych ubraniach. Trafiłam za nimi do bazyliki oo. Dominikanów. Świątynia barokowa, do znalezienia w Internecie, nie będę przynudzać historią sztuki. Zwróciłam uwagę na rzadko spotykany - a może nawet nigdzie dotąd nie spotkany przez mnie przynajmniej - sposób eksponowania krzyża przy ołtarzu. Duży stojący krzyż został ustawiony na tle jeszcze większego zielonego żywego drzewka rosnącego w ogromnej donicy. Nie wiem, co to za drzewko, nie widziałam dokładnie.  I super! Nie żadne kwiaty cięte, które trzeba wymieniać, robić coraz to nowe bukiety, tylko rosnące żywe drzewko. Ostatecznie teraz kościoły są ogrzewane, to i drzewko takie może sobie stać cały rok. A poza tym organista grał z fajerwerkami. Jakie ozdobniki, motylki, dzwoneczki, falbanki, świetne organy. Po prostu cudo. Zdaje się, że nie było to takie codzienne czy coniedzielne wystąpienie, bo niemal wszyscy wychodząc zadzierali głowy do góry, gdzie na koniec jeszcze organista grał coś ozdobnego. Doczekałam do końca tego niespodziewanego koncertu. 

       Kolejna część trasy: kierunek Zamość. Przed wyjazdem z Lublina podziwiam jeszcze Dworzec Metropolitalny. Jedna ściana cała w zieleni i kwiatach - żywych. Po porostu kwitnąca ściana. Jest też taras widokowy i ogród na dachu, ale tutaj jakoś anemicznie to wygląda. Zjeżdżam na dół i teraz na wschód. Trochę przysypiam, ale tereny przepiękne. Zieleń, rzeczki, pola, na horyzoncie majaczą (a może to ja majaczę z z niewyspania) zalesione pagórki Roztocza. Jakieś miejscowości... Łopiennik, Krasnystaw, Sitaniec, Izbica i Zamość. Kierowca zatrzymuje się i mówi, że stąd najbliżej do Rynku. Do mnie to mówi. Dlaczego do Rynku? Bo tam odbywa się Jarmark Hetmański, na który się wybieram. 

       Gdzie można znaleźć Padwę, Veronę i Romę blisko siebie w odległości kilkudziesięciu metrów? Tylko w Zamościu, mieście renesansowym. To restauracje. Kanclerz Jan Zamoyski, założyciel Zamościa i Ordynacji Zamojskiej studiował między innymi w Padwie. O historii Zamościa też pisać nie będę, kogo interesuje, znajdzie sobie. Obchodzę wszystkie po kolei "włoskie" restauracje, a dodatkowo inne, artystyczne - Bohema, Casino... Obchodzę z daleka, tak tylko podziwiając inwencję nazewniczą. Podziwiam też przepiękne, kolorowe ormiańskie kamienice, słynny Ratusz z wachlarzowymi schodami, zanurzam się między kramy jarmarku. Wiele autentyków, np. jak są rzeźby ludowe, to sprzedaje je autor, wytwórca, artysta ludowy, a nie jakiś pośrednik. O rękodziełach na szydełku - cudowne chusty! - można sobie porozmawiać z kobietą, która je robi. Jest ceramika, wiklina, malarstwo na desce, witraże, kapelusze ze sznurka, drewniane zabawki dla dzieci... 

      Chyba się zgubiłam. Przejdę sobie dookoła Rynku podcieniami. Oglądam witryny. W jednej zabawna skarbonka świnka - od razu z młotkiem w zestawie. Skręcam w stronę Rynku Solnego, szukam swojego hostelu. Jest Senator - hotel w zabytkowej kamienicy. Jego właścicielem był nieżyjący już Witold Paszt, założyciel zespołu VOX. Ale to nie mój nocleg, mój pokój jest w hostelu kilka kroków dalej. Natomiast tropem muzycznym idąc, jeśli Zamość, to musi być Grechuta. Czytam plakat z zapowiedzią koncertu piosenek Grechuty w wersji symfonicznej. Za tydzień. No nie przyjadę tutaj ponownie za tydzień. 

      Zameldowanie, wymeldowanie wczesnym rankiem, po piątej i ciąg dalszy mojej objazdówki. Kierunek - Biłgoraj. Myślałam, że jak wybiorę się tak rano, na ulicach nie będzie żywego ducha. A gdzie tam, jest poniedziałek, ludzie do pracy, niektórzy z pracy, zaspana młodzież dojeżdża do szkół. Jest dopiero po szóstej, ale zanim dojedziemy, będzie prawie ósma. Autobus zbiera wszystkich po drodze niemal z każdego przystanku. Jedni wysiadają wcześniej, inni jadą do samego końca. Trochę przysypiam, ale widzę ciekawe rzeczy. Po drodze gdzieś duży tartak, przy bramie wjazdowej do niego znak ograniczenia prędkości: 10. Czy naprawdę ktoś próbował wjeżdżać szybciej, widząc dookoła te sterty desek, palet, jakichś resztek drewnianych, że trzeba aż było taki znak zamieścić? 

      No i Szczebrzeszyn. O, jakże polskie miasto. Przed Ratuszem cztery rzeźby chrząszcza. Jeden w eleganckim kapeluszu gra na skrzypcach. Stary cmentarz i kirkut. Niby nieduże miasteczko, a obok dworca jest galeria sztuki i pracownia malarska. Autobus robi pętlę i jedzie dalej. Po drodze więcej lasów. Zwierzyniec zaczyna się lasem i zaraz za nim znowu las. Jakaś miejscowość i znowu las. Za drzewami majaczą ule wędrownej pasieki. Hedwiżyn - ciekawa nazwa. Od imienia Jadwigi. Miejscowość, czy może folwark należący do Jadwigi, czyli Hedwigi - czyj? - Hedwiżyn. G wymienia się na ż. Coś wspaniałego, taka polszczyzna. 

      I jestem w Biłgoraju. Jak dawno tu nie byłam. Zaskoczył mnie dworzec: odnowiony, świeże białe otynkowane ściany, nowe przestronne okna. Kilka kroków dalej przestronna kawiarnia. Z Zamościa wyjechałam zanim otwarto jakieś lokale, więc tutaj zasiadam do pierwszej aromatycznej kawy. Nawet spory wybór słodkiego pieczywa, ciast, jakieś sałatki. Chwila odpoczynku, bo to ostatni przystanek przed ostatecznym już powrotem do domu. Znowu plakaty z zapowiedziami wydarzeń kulturalnych: za tydzień, za dwa... Koncerty, festiwale, dni miejscowości, rajdy... Nie da się być wszędzie.  

co ja paczę?

     Paczałam na chmury nad ziemią, czy aby nie zacznie padać w czasie procesji. I chmury się rozeszły. Suchą stopą obejszłam całą drogę. I zasiadłam do czytania wiadomości. A tu tyle nowości, nowinek i nonsensów. Nie wiadomo, co wybrać, na czym to paczanie zawiesić. 

     Wieść zaoceaniczna ogromniała mi w oczach aż prawie okulary pękły. No bo jak to?! Clint Eastwood przechodzi na emeryturę? Niemożliwe! Tak wcześnie? Zaledwie 96 lat i już mu się nie chce??? Kto to widział, żeby taki młody pragnął już tylko odpoczywać! Niech doczeka chociaż do setki.

     Okiełznawszy nieco ogromniejące ze zdziwienia oczy, natrafiłam na kolejny njus (a może snus? kto tam się rozezna...), jakoby Tusk zaproponował wzniesienie pomnika Tadeusza Mazowieckiego i zaprosił do komitetu organizacyjnego wszystkich byłych premierów pełniących to stanowisko od pamiętnych wyborów w 1989 roku. No myślałam, że to fejk wygenerowany przez SI. Tak, Polska pomnikami stoi. Tylko kto na tych pomnikach stoi? Nie da się zapamiętać. Jak o Kazimierzu Wielkim się mówi, że zastał Polskę drewnianą, a zostawił murowaną, tak za sto, dwieście, trzysta lat nasi potomni będą o naszych czasach mówić, że Polskę sukcesów niensyconą pomnikami zastawiono. 

       A sukcesy są. Wszystkie oczy paczą na Paryż. Tam się można zachłysnąć i zejść na zawał. Maja Chwalińska w finale Rolanda Garrosa. Nie będę ściemniać: tego nie paczałam. Tylko poczytałam później. Wyczytałam jaki wynik. Duszom siem radujem, sercem gratulujem! W sobotę też paczać nie będę. Przeczytam potem. 

     Na tym paczanie dzisiaj zakończyłam. 

      

To był maj...

 ... pachniała Saska Kępa...

      I właśnie maj się kończy. Czy Saska Kępa pachniała, nie wiem, nie było mnie tam. U mnie pachniały konwalie, bzy, skoszone trawy. Nie obyło się bez nieprzyjemnych niespodzianek. Dwa dni temu pojawił się o poranku kolejny przymrozek. Poraziło dynie. U kogoś nawet kwiaty jaśminu przymroziło. Pierwszy raz się z czymś takim spotkałam o tej porze, żeby omarzł jaśmin. Bo że przemarzły brzoskwinie i czereśnie, to już stara historia, jeszcze w kwietniu. Tymczasem maj w zasadzie był suchy - tych kilka-, jeśli nie kilkanaście pożarów w kraju świadczy o bardzo niskiej wilgotności lasów. Co z tego, że czytam właśnie o nawałnicach i oberwaniu chmury w innych regionach, gdy obecny miesiąc w mojej gminie zakończył się pilnym apelem o oszczędzanie wody z wodociągu i zakazem podlewania trawników, ogrodów i upraw. Jak widać, każdy region ma swoje problemy.  W jednych powodzie, w drugich susza, a w jeszcze innych trąby powietrzne lub gradobicie. 

      I każdy region ma swoje atrakcje. Nie ma gorszych czy lepszych. Zaczyna się sezon festiwali, przeglądów muzycznych, teatralnych, targów, jarmarków. Chmielaki, Jagodziaki, Kaszaki, Festiwal Cebuli, Kurpiowskie Miodobranie, Festiwal Miodu i Ziół oraz liczne festiwale smaków i produktów regionalnych. Coraz więcej organizowanych jest festiwali organowych, w mojej okolicy jest co najmniej pięć, a przypuszczam, że nie wiem o wszystkich. Najbliższy będzie już w czerwcu. 

      Ale miało być o maju. Cały miesiąc stał pod znakiem pracy w ogrodzie warzywnym. Ostatnie nasadzenia robiłam jeszcze przedwczoraj. Teraz tylko pielęgnacja: pielenie, zwalczanie ewentualnych insektów, nawożenie, doglądanie jak rośnie. Wszak pańskie oko konia tuczy. Na podwórzu pojawił się przychówek: kwoka wysiedziała kurczęta. No i prawidłowo. Skoro niektóre ptaszki już wysiedziały i wyprowadziły z gniazd pisklęta, to i w kurniku czas na powiększenie stada. Którejś nocy natomiast namierzyłam na podwórku jeża. Nie chciałam go niepokoić, więc go nie śledziłam i nie wiem, gdzie się ukrywa w dzień. 

     Ruda sąsiadka - wiewiórka - codziennie przechodzi przez płot i buszuje w moich leszczynach. Na ziemi szuka starych zeszłorocznych orzechów. Nawet specjalnie nie ucieka, gdy przechodzę. Tak łatwo wykurzyć się nie da, skoro tu ma taki zastawiony stół. U mnie orzechy laskowe potrafią wisieć niezerwane całą jesień, a jak spadną, to leżą dalej przez zimę aż do teraz. O ile nikt wcześniej się na nie nie połakomił. Wiewiórka więc ma w czym wybierać. 

     No i na koniec maj rozpoczął moje zabiegi zdrowotne. Kilka dni temu miałam nieduży zabieg chirurgiczny, którego dodatkowym plusem jest to, że wymusza zmianę diety. Sama z siebie nie mam aż tyle samozaparcia, więc niejako przy okazji organizm dopomniał się o regulacje w tym zakresie. No i jest świetnie. Zaczęłam spadać na wadze. Można zaczynać czerwiec. 

piętnastolecie

      Piętnaście lat to wystarczająco długi czas. Pozmieniało się. Na przykład ja sama dwa razy zmieniałam adres zamieszkania. Dwie uciążliwe wieloetapowe przeprowadzki, w tym jedna poprzedzona kompleksowym remontem. To nie dla mnie. Mam nadzieję, że już się to nie powtórzy. 

      Przez piętnaście lat zmieniło się wiele w otoczeniu, w rzeczach i sprawach tego świata. Czy na lepsze? Nie zawsze. Piętnaście lat temu ze swojej gminnej miejscowości miałam bezpośrednie połączenia autobusowe do Warszawy, Krakowa, Łodzi, Lublina, Zamościa. Kursowały nawet w soboty i niedziele i niektóre święta. Dzisiaj nie ma żadnego z nich. Najpierw upadły PKS-y, trasy przejęły prywatne przedsiębiorstwa. I nawet gdy było jeszcze trzech różnych przewoźników, dawało się znaleźć połączenia pasujące na każdą okoliczność. Potem, jak to bywa w brutalnym świecie biznesu, jeden przewoźnik wysiudał z trasy dwóch pozostałych i został monopolistą, mogąc dyktować warunki. Dzisiaj dyktuje je tak, że w soboty i niedziele nie ma jak się wydostać. W samej mojej miejscowości jest tylko jeden kurs dziennie: rano do miasta powiatowego i powrotny po południu. To wszystko. Gdy pofatyguję się prawie 3 km do innego przystanku, mogę mieć połączeń więcej, ale żaden nie kursuje w weekendy i żaden nie jest bezpośrednim połączeniem dalekobieżnym, jak te wymienione na początku. Zostałam odcięta od świata. Jest też problem z powrotami. Bo gdy wybiorę się w dalszy wyjazd, to zanim obrócę po załatwieniu spraw i dotrę do najbliższego miasta powiatowego, to nie mam już czym dojechać do swojej gminy. A gminna miejscowość to nawet nie ta, w której mieszkam, więc do siebie pozostaje mi tylko powrót na piechotę. Ostatni bus odjeżdża o 18:00. Nie oszukujmy się, jak ma się jechać sto czy dwieście kilometrów w jedną stronę, nie mam szans złapać ten ostatni busik o szóstej. Utknęłabym chyba na dworcu. 

      A dworzec jest nowy, ładny, czysty, z ławeczkami, toaletą dla niepełnosprawnych. Piętnaście lat temu był to obskurny blaszany barak, pełen porozrzucanych dookoła petów i śmieci. Ale zawsze dyżurował dyspozytor i kursów było więcej. Dzisiaj dworzec jest ładny i funkcjonalny, lecz zamykany na głucho o dwudziestej. W oddalonym ok. 70 km prawie sześćdziesięciotysięcznym mieście, po podobnych zmianach prywatyzacyjnych, dworzec jest zamykany o siedemnastej - tak o 17:00! Wiem, bo byłam. Autobus miałam później i czekając na nie szukałam toalety. Nigdzie nie ma. Żadnego szaletu miejskiego, nawet żadnego toi toia. Zlitowała się kobieta pracująca w jednym z okolicznych sklepów i udostępniła mi swoją toaletę służbową. 

        Wracając zaś do moich stron, gmina się przez piętnaście lat unowocześniała, choć stała się wykluczona komunikacyjnie. Nie wiem, jak to idzie w parze i czy można mówić o nowoczesności, jeśli się leży poza trasami komunikacyjnymi. Władze gminy przeniosły się z PRL-owskiego baraku z drewnianymi skrzypiącymi schodami do nowoczesnego budynku z windą dostosowaną dla niepełnosprawnych, zadaszonymi stanowiskami parkingowymi i przestronną recepcją. Czy sprzyja to pogłębieniu kompetencji urzędników? Szybciej i sprawniej będą załatwiane sprawy? 

       W ostatnim piętnastoleciu powstało kilka ścieżek rowerowych. Teoretycznie miały włączyć tereny do dłuższej sieci tras turystycznych wiodących przez przyrodnicze atrakcje trzech powiatów. No i się posypało, bo ścieżka urywa się na granicy dwóch gmin. Jedna zrobiła na swoim terenie do granicy, a druga nie pociągnęła dalej. Brakujący odcinek trzeba przejechać szosą wojewódzką o dużym natężeniu ruchu, gdzie miało miejsce już wiele tragicznych wypadków z udziałem rowerzystów. Na razie nic się w tym kierunku nie dzieje. Trwa zastój. 

      Natomiast w kolejnym mieście kręci się biznes. Bank PKO przejął ogromny budynek, planowany jako hotel, którego właściciel zbankrutował i okazały budynek w centrum miasta stał się siedzibą oddziału banku. W starej siedzibie ulokowały się punkty handlowe i usługowe: jubiler, piekarnia, kancelaria notarialna i kilka innych. Piętnaście lat temu był jeden optyk, u którego wszyscy robili okulary. Teraz ten sam optyk ma cztery punkty w różnych lokalizacjach, a pojawiła się też konkurencja. Konkurencja ma większy wybór oprawek i soczewek, daje też dodatkowe rabaty i promocje. Na pewno nie daje ich koszem własnego zysku, więc jaką marżę stosuje ten pierwszy? Ostatnio odwiedziłam wszystkie te punkty i mam porównanie.  Różnica w cenie za nowe soczewki z tytanową oprawką - jakieś 400 - 500 zł. 

       Właśnie zdałam sobie sprawę, że przez ostatnie piętnaście lat powiatowe władze samorządowe, czyli starostwo, także dwa razy zmieniało siedzibę. Za każdym razem wiązało się to z ogromnymi remontami całych budynków, które wcześniej służyły innym celom. Różnica polega na tym, że za swój remont płaciłam sama, a oni z pieniędzy publicznych. W tym czasie w siedzibie urzędu miały miejsce co najmniej trzy duże afery korupcyjne, zakończone wyrokami skazującymi dla pracowników. Zapadły też trzy (tyle pamiętam, nie śledzę aż tak szczegółowo tego, co tam się dzieje) prawomocne wyroki nakazujące zapłatę odszkodowania dla niesłusznie zwolnionych pracowników. Zwolnienia podpisywał starosta, czyli on jest za to odpowiedzialny, że teraz te odszkodowania zostaną wypłacone z publicznych pieniędzy. Jak to możliwe, że on jeszcze jest starostą? Nie mam pojęcia.  

      Piętnaście lat temu koło mojego dawnego miejsca zamieszkania w mieście był plac zieleni z trawnikiem i brzozową alejką. Miasto sprzedało teren i powstał supermarket. Najpierw, żeby przyciągnąć klientów, miał niskie ceny, akcje promocyjne i ciekawy asortyment towarów, często niedostępnych gdzie indziej. Po mniej wiece dwóch latach sieć wycofała się, supermarket przejął nowy właściciel i zmienił nazwę. Minęły dwa - trzy lata i kolejna zmiana. Wchodzi nowa sieć ze swoim logo. I tak bez końca. Tymczasem w centrum powstaje nowa galeria handlowa, na obrzeżach supermarkety czterech różnych sieci, na terenie lokalnego targowiska wybudowano kolejną galerię. W tym czasie upadły cztery (czyli wszystkie w mieście) księgarnie, zniknęły cztery (te, które znałam) punkty z usługami szewskimi, zamknięto dwie drukarnie, w miejscu sklepu spożywczego powstała galeria chińska, powiatowy szpital popadł w długi, zrewitalizowano rynek, co polegało na tym, że wycięto drzewa i wybetonowano jego środek, a ławeczki teraz stoją nieocienione, więc rzadko kiedy ktoś z nich korzysta. Zniknęły też dwa miejskie szalety: w centrum i na dworcu autobusowym. Jeden z tych szaletów prowadził emeryt który sobie w ten sposób dorabiał. Cichy spokojny starszy pan. Kiedy miasto wymówiło mu najem, bo w tym miejscu budować ma kolejny deweloper, obok już powstał jeden budynek, człowiek ten popełnił samobójstwo. 

      I buduje się, a jakże, coraz to nowe. Miasto się rozwija, rozrasta. Wybudowano obwodnicę i zlikwidowano połączenia kolejowe. I tak nie było ich dużo, teraz został może jakiś jeden osobowy pociąg, nawet się nie orientuję, bo przestałam koleją jeździć. Dokończono jeden kościół na osiedlu i powstał całkowicie nowy na innym osiedlu, powstała parafia prawosławna i Sala Królestwa Świadków Jehowy. W jednej dziedzinie widać zdecydowany rozwój: w usługach pogrzebowych. Zakłady pogrzebowe rozbudowały swoje siedziby, powstały nowe kaplice pożegnań, ceny usług poszły w górę. Powstał nowy cmentarz.  

A gdyby zapytać...

       ... jaką dostaniemy odpowiedź? Może nie będzie żadnej. Wtedy sprawa jasna. Na pewno każdy bloger spotkał się z sytuacją, że nowy kome...